Twardowski (Staropolskie bajki ludowe) **************** Żył raz sobie szlachcic nazwiskiem Twardowski. Prawdziwy to był szlachcic, bo po mieczu i kądzieli. Umyślił on sobie, że znajdzie na śmierć lekarstwo, bo bardzo mu się nie chciało umierać. Zasiadł więc Twardowski do ksiąg starych i zaczął czytać. Jedna z nich powiadała, jak diabła przywołać można. O północy przeto wyszedł Twardowski poza rogatki Krakowa (w mieście tym był znanym znachorem) i przybywszy do Podgórza, zaczął biesa głośno wzywać. Zawezwany diabeł pojawił się bardzo prędko. Jak w onych czasach bywało, zawarł Twardowski z diabłem pakt. Na kolanach zaraz diabeł napisał długi cyrograf, który Twardowski własną krwią - wyciśniętą z serdecznego palca - podpisał. Pomiędzy wieloma warunkami był jeden, najgłówniejszy - że dopóty ni do ciała, ni do duszy czart żadnego prawa nie ma, dopóki Twardowskiego w Rzymie nie złapie. Na mocy tej to umowy Twardowski swemu słudze-diabłowi rozkazał na początek, aby z całej Polski srebra naniósł w jedno miejsce i piaskiem przysypał. Wskazał mu na Olkusz. Posłuszny sługa dopełnił rozkazu i tak powstała słynna naonczas kopalnia srebra w Olkuszu. Następne życzenie tyczyło się Pieskowej Skały. Diabeł miał tam przynieść skałę wysoką, przewrócić ją na dół najcieńszym końcem, ażeby tak wiecznie stała. Posłuszny giermek - jako pan kazał - postawił skałę, która dotąd stoi i zwie się Skałą Sokolą. Wszystko, czego Twardowski zażądał, miał na swoje zawołanie: jeździł na malowanym koniu, latał w powietrzu bez skrzydeł, a w daleką drogę siadał na koguta i prędzej bieżał na nim niż konno. Złota miał zawsze tyle co piasku nad morzem, bo czego sobie tylko zażyczył, zaraz mu diabeł donosił. Działo się tak już lat wiele i diabłowi znudziło się czekanie na duszę Twardowskiego. Razu pewnego Twardowski poszedł zaszedł do boru ciemnego bez narzędzi czarnoksięskich. Wtem napada na niego diabeł i żąda, aby niezwłocznie do Rzymu się udał. Ale ten rozgniewany, mocą swego zaklęcia, zmusił biesa do ucieczki. Aż wreszcie diabeł postanowił przechytrzyć mistrza Twardowskiego. Przyszedł do niego w przebraniu dworzanina i powiedział, że jego chory pan wzywa Twardowskiego do siebie. Ten za posłańcem pospieszył do pobliskiej wioski nie wiedząc, że była w niej gospoda, co się "Rzym" nazywała. Skoro tylko Twardowski jej próg przestąpił, zaraz mnóstwo kruków, sów i puchaczy osiadło dach cały i wrzaskami napełniło powietrze. Twardowsi widząc, że nie może złamać raz danego szlacheckiego słowa, zbliżył się do czarta. Ten zaś złapał go szybko i czym prędzej porwał kominem ku górze. Zawrzało stado sów, kruków i puchaczy. Lecą tak, lecą coraz wyżej, a Twardowskiemu coraz smutniej ziemię opuszczać. Spojrzał w dół - a tam Kraków i dalej Tatry. Z tego smutku wyrwała mu się z piersi w dzieciństwie śpiewana pieśń religijna, maryjna. Aż góralscy pasterze zadarli głowy wysoko, chcąc zobaczyć kto tę pieśń nabożną śpiewa - głos Twardowskiego bowiem nie poleciał w górę, ale ku ziemi podążył. Kiedy skończył pieśń śpiewać, zdziwiony spostrzegł, że nie leci już w górę, ale zawisł w powietrzu. Spojrzał dookoła - nie ma towarzysza podróży, słychać tylko z daleka głos diabelski: - Nie mogę ja cię wziąć ze sobą, boś Boga o pomoc prosił, ale jako pokutę do dnia sądnego tak będziesz zawieszony między niebem, piekłem a ziemią! I jak zawisł Twardowski, tak do dziś buja. I choć mu słowa w ustach zamarły, choć głosu nikt nie słyszy, żyją jeszcze starcy co na plamkę czarną na księżycu pokazują, mówiąc że to ciało Twardowskiego zawieszone do dnia Sądu Ostatecznego. O Dobrym Człowieku i jego ośle Patałachu Pamięci Cioci Oli Żył raz sobie Dobry Człowiek ze swym ukochanym osłem Patałachem. Żyli sobie w zgodzie, wędrowali razem po szerokim świecie. Pewnego razu zdecydowali się na dłuższą wędrówkę, spakowali więc swoje manatki i wyruszyli w nieznane. A że szlak ich wiódł przez olbrzymi las, Dobry Człowiek zaczął śpiewać swoją ulubioną pieśń, która - zdawać się mogło - nie miała końca; więc i osioł zaczął mu wtórować swym donośnym głosem. Gdy wreszcie obaj umilkli, Dobry Człowiek ujrzał w gęstwinie leśnej chłopczyka, który zabłądził w lesie i ze strachu rzewnie płakał. Zlitował się Dobry Człowiek nad chłopczykiem, usadowił go swym ośle Patałachu i ruszyli w dalszą drogę. Gdy tak sobie dalej wędrowali borem-lasem, Dobry Człowiek ujrzał staruszka, który dźwigał olbrzymią wiązkę chrustu. Staruszek uginał się pod nią aż do samej ziemi. Ulitował się Dobry Człowiek nad staruszkiem i usadowił go razem z wiązką chrustu na grzbiecie swego wiernego osła Patałacha. Razem ruszyli w dalszą drogę.... Gdy już tak uszli spory kawałek, usłyszał Dobry Człowiek, że ktoś nieopodal wzywa pomocy i gorzko płacze. Zbliżył się do nieszczęśnika, siedzącego na pniaku i zapytał, jakie go nieszczęście spotkało, że tak płacze. - Jakże ja mam nie płakać - mówi zrozpaczony człowiek - zobacz, padł mój ukochany koń. Któż będzie teraz dźwigał te ciężary? Och, ja nieszczęśliwy! Zlitował się i nad nim Dobry Człowiek. Wziął jego i bagaż (i nawet pniaka, na którym siedział) i usadowił na swym wiernym ośle Patałachu. Ruszyli w dalszą drogę. Ale nie uszli zbyt daleko, bo wtem osioł się zbuntował i rzekł, że nie pójdzie ani kroku dalej. - Bo już chyba czas najwyższy, Dobry Człowieku, ażebyś się wreszcie i nad swym osłem zlitował! - powiedział Cóż miał począć Dobry Człowiek? Ulitował się nad swym wiernym przyjacielem, osłem Patałachem. Zarzucił sobie osła na plecy - i poczłapał dalej...