Chcę wam opowiedzieć o Jimie Harrym Worthcie i o szka-pie ze skrzydłami. Mnóstwo ludzi uważa teraz mity za zwy-czajne bujdy na resorach, za bajki rozdmuchane przez sta-rych, którzy opowiadają je młodym. Każdy kraj ma swojelegendy; na przykład w Chinach słyszałem o smoczycach...Ale to nie na temat, bo ja chcę wam opowiedzieć o JimieHarrym i zaczarowanym koniu, którego sobie zdobył.Był wysokim, chudym, ogorzałym jak orzech chłopakiemo pociągłej twarzy, niezgrabnym, jak to wyrostek, gdy stałnieruchomo, ale w ruchu pełnym gracji niczym 1/4rebię. Wor-thowie mieli farmę w Imperial i Jim Harry tam dorastał, tamuezył się chodzić w codziennym kieracie i tam, skończywszyswoje lata, poszedł do szkoły. Kochał konie.Umiał na nich je1/4dzić i skwapliwie z tego korzystał .e Kraj tu rozległy i wielki. Dzieciak może się położyć napCecach na żółtych zboczach i gapić w niebo, które jest więk-od całego świata. Może tam tak leżeć i patrzeć na dryfu-jące chmury, dopóki nie wyczuje pędu planety poprzezwszechświat, i ma czas na rozmyślanie. Jim Harry tak robił,wiem to. Chłopak miał rozmarzone oczy, a jego stopy do-tlcnięte były żądzą włóczęgi. Z początku nie wiedział, co totakiego. Zwykle galopował na złamanie karku po całej oko-licy i wędrował po niej, kiedy nie miał konia. Potem, wszkole, nauczył się czytać i Dolina stała się dla niego więzie-niem, tym gorszym, że nie miała granic.To marzenie w jego oczach i te niespokojne stopy - tak,tylko że są one dla człowieka przekleństwem i błogosławień-stwem zarazem. Ja to wiem. Wędrujesz i co gorsza, czegośpo drodze szukasz, a nie wiesz czego i możesz tego nigdy nieznale1/4ć.Starasz się odpowiedzieć na pytanie: nie wiesz, co to zapytanie: i w końcu pozostaje ono bez odpowiedzi. Kiedy sięw końcu zmęczysz, jesteś gotów siąść na słońcu i rozmyślać, ale nie wtedy, kiedy jesteś młody. Tak więc młody Jim Har-ry dużo rozmyślał i wiele czytał, a w pewien zły dzień zapy-tał o nagą, bezwodną i starą górę Breadloaf wznoszącą sięna południu.- Nikt tam nie łazi - odparł Andy Worth, tata JimaHarry'ego.- Ale czy nikt nigdy tam nie poszedł?Andy nie sądził, aby tak było, ale musiał jechać do mia-steczka, żeby kupić parę nowych siodeł, tak więc rozmowawłaściwie na tym się urwała. Sarah, matka Jima Harry'egonie wiedziała nic ponad to i poradziła chłopcu, żeby nie za-wracał sobie głowy takimi głupstwami. A więc Jim Harrywyszedł z domu ze starszym bratem Tomem, który zastawiałsidła i który wyśmiał tylko jego rozterki.Ale prawdy dowiedział się od Tante Rush, o której jednimówili, że jest paisano, inni, że była kiedyś sławną kobietąi widziała Europę. Teraz mieszkała w walącej się chacie przystrumieniu, hodowała świnie i kury, była wied1/4mą o twarzyprzypominającej uschnięty włoski orzech.i oczach błyszczącychjak granaty. Ludzie mówili, że jadała szalej, i może tak było.Tak czy inaczej, była samotną staruchą, a ponieważ lubiła to-warzystwo, nauczyła się słuchać i przytakiwać. Dzieciaki wpa-dały do niej na godzinkę pogawędzić, a ona usiłowała przeku-pić je skromnym poczęstunkiem, byle tylko zostały dłużej. JimHarry odwiedzał Tante Rush często, bo pozwalała mu się wy- gadać i nie śmiała się z niego, a jak już, to życzliwie.Tante Rush twierdziła, że na szczycie . góry Breadloafmoże coś być.- Po mojemu, nikt nigdy tam nie był - mówiła stara. -Ciężko się tam wdrapać, co, Jim? Nigdy się tam nie wdrapy- wałeś?- Prawdopodobnie nic tam na szczycie nie ma. Tyle żeto najwyższe miejsce w promieniu wielu mil. Widać stamtąddrogę przez Dolinę. - Chłopiec odpędził kwokę, któraprzydreptała dziobać jego znoszo:zy but. - Może nawet wi-dać Pacyfik.- Tam po drodze są góry, młodzieńcze. Nigdy nie wi-działeś oceanu?- Byłem raz we Frisco z tatą. I dostałem lanie, bo ucie-kłem i pojechałem do Sausalito - wspinać się na Tamal-pais.- Lubisz się wspinać, co?- Taak - przyznał. - Lubię wysokie miejsca. Powiedz,słyszałaś kiedyś o Piegazie? - Źle wymówił to słowo, pa-trząc w górę, na Breadloaf.- Nie. A co to?- Takie opowiadanie. O koniu ze skrzydłami. Podobnożyje na górze, a w każdym razie sfruwa tam co jakiś czas.- O jednorożcach to słyszałam - powiedziała z powąt-piewaniem Tante Rush poruszaj ąc w tę i z powrótem roz-chwianym siekaczem. - Rogi to mogą koniowi wyrosnąć,ale skrzydła chyba nie bardzo. Po co by mu były?- Nie wiem. - Jim Harry przekręcił się na plecy i leżałw zielsku obserwując chmury sunące w kierunku Góry Bre- adloaf. Nie odzywał się przez jakiś czas; potem mruknąłsennie: - Zastanawiam się, czy na szczycie Breadloaf niema czasem Pegaza.- Nie byłabym zdziwiona - wymamrotała zgodnie Tan-te Rush. - I tak nie znajdzie się taki, co by powiedział, żenie ma.- Wydaje mi się... a może... - Jim Harry usiadł. -Dzisiaj nie mam właściwie nic do roboty. Muszę tylko na-prawić stodołę, a to może trochę zaczekać. Chyba wdrapięsię na Breadloaf.- Jest za gorąco - zaoponowała starucha wzdychając.- Jak trochę poczekasz, to upiekę kukurydzianych plac-ków.- Nie. - Wstał, odszedł kawałek, ale zawrócił. - Masztrochę cukru?Tante Rush znalazła parę bryłek, które Jim Harry wrzuciłdo kieszeni farmerek. Potem ruszył gościńcem. Kiedy znik-nął już z oczu, stara wybuchnęła nagle piskliwym, rechotli-wym, starczym śmiechem. - Ach te dzieciaki - wymrucza-ła. - Te dzieciaki! - W ręku został jej kawałek cukru.Wcisnęła go sobie do ust i zaczęła wolno żuć. - Koń zeskrzydłami! Te dzieciaki!Ale Jim Harry podchodził pod Górę Breadloaf i po chwilispotkał śmiesznego, powykręcanego, garbatego karła, który kuśtykał ścieżką podpierając się zakrzywionym kosturem.Człowieczek spojrzał na Jima Harry'ego przenikliwie i po-wiedział: - Słyszę, że idziesz po skrzydlatego konia, chłop-cze.Jim Harry poczuł się dziwnie nieswojo i miał ochotę za-wrócić i uciec. Ale karzeł wyciągnął swoją zakrzywioną la-skę i zagrodził mu drogę.- Nie bój się mnie, młodzieńcze - powiedział. - Jesteśprzecież dwa razy większy ode mnie. A jeszcze nie przesta-łeś rosnąć.Jim Harry wypiął pierś, żeby mężniej wyglądać, chociażwiedział, że jest chudy nawet jak na swój wiek. -Nie znampana - powiedział.- Ale ja już ciebie widziałem w miasteczku. A więc wy-brałeś się szukać Pegaza.- Czy tak się to imię wymawia? - Jim Harry zarumieniłsię, bo pomyślał, że karzeł naigrywa się z niego. - Wcalenie. Ja sobie tylko spaceruję. .Głęboko osadzone oczy tamtego trochę posmutniały. -Szybko się uczysz, chłopcze. Już obawiasz się śmieszności.Id1/4 dalej, wejd1/4 na Breadloaf; znajdziesz Pegaza. Ale jak,u diabła, zamierzasz go dosiąść? Nie da się osiodłać, ale bę-dzie ci potrzebna uzda.Jim Harry pomarkotniał i zaczął kreślić czubkiem butawzory na piasku.- No nic, wspinaj się dalej , a j a wcale bym się nie zdzi-wił, gdybyś znalazł jakąś uzdę gdzieś na skale. Ale nie zapo-minaj , że Pegaz należy do nieba. Stanie się twoimi stopamii zabierze cię hen, daleko; stanie się twoimi oczami i ujrzyszcudowne rzeczy. Ale nie pozwól mu długo pozostawać naziemi.Te ostatnie słowa ścichły w oddali niczym poszept wiatru.Kiedy Jim Harry podniósł wzrok, człowieczka nie było, cho-ciaż gdzieś z dołu dolatywało postukiwanie jego laski.Chłopca kusiło, żeby zejść w dół po jego śladach, bo byłwrażliwy na kpiny. Ale potem spojrzał w górę i zobaczyłwierzchołek Góry Breadloaf i już nie potrafił się powstrzy-mać. I dziwna rzecz, ale po przejściu około pół kilometra Jim Harry ujrzał paradną uzdę leżącą na skale, tuż obokścieżki. Z początku trochę się przestraszył, ale zaraz ruszyłdalej pod górę, zabierając ze sobą uzdę i zachodząc w gło-wę, kim był karzeł.Droga na szczyt była trudna. Jim Harry krwawił w kilkumiejscach, a jego farmerki znajdowały się w opłakanym sta-nie, kiedy wreszcie wdrapał się na grań i stoczył po trawia-stym zboczu. Wstał i obejrzał się dookoła. Wierzchołek niebył zbyt rozległy; miał kształt spodka porośniętego bujnątrawą, a w znajdującym się pośrodku zagłębieniu utworzyłasię sadzawka deszczówki. Rosło tam trochę krzaków, ale ni-gdzie nie było śladu konia, ani skrzydlatego, ani żadnego in-nego.Jim Harry podszedł więc do krawędzi i wyjrzał na rozpo-ścierający się pod nim świat. Dolina Imperial wydawała się mała i nierzeczywista na tle niebieskawego pasma górskiegorysującego się na zachodzie. Za nim piętrzyły się przykrytebiałymi czapami góry Sierra. A podmuchy wiatru, które czułna sobie, na pewno nie zrodziły się w płucach ziemskiej isto- ty.Jima Harry'ego zaczynały świerzbić stopy i zapragnął ru-szyć pieszo poprzez powietrze na zachód, za te widmowe,zamglone dale i w drugą stronę, nad Sierrę. I na północ,tam gdzie śnieżne krainy, i na południe, gdzie Meksyk i Pa-nama; cud, że Jim Harry w tym podnieceniu nie przekroczyłkrawędzi szczytu, nie spadł i nie zabił się. Ale coś kazałomu spojrzeć w górę, a tam, na niebie, pojawiła się plamka,która rosła w oczach.Może to marzenie w oczach chłopca spowodowało, że rozpoznał Pegaza. W każdym razie zbiegł na dół do sadzaw-ki i rozrzucił tam kilka bryłek cukru, a potem wysypał okru-szkami ścieżynkę do najbliższych zarośli. Schował się w tychzaroślach i czekał. Nadleciał Pegaz.Och, ten koń wprawiłby w zachwyt samego Boga! Był to ru-mak o dumnie wygiętej szyi i wspaniałych chrapach, pokrytybiałą sierścią skrzącą się niczym same gwiazdy, z grzywą faluj ącąjak jutrzenka i z oczyma, które potrafiły być czerwone jak szale-jący płomień, to znowu łagodne i wilgotne jak u dziecka. Boże,człowiek mógł umrzeć ujrzawszy Pegaza i uważać się za bardzoszczęśliwego. I te skrzydła u ogiera! Rozpościerały się od bar-ków białe jak pióra czapli, mocarne i połyskujące w słońcu.Nadlatywał zataczaj ąc kręgi. Krążył to opadaj ąc, to pod- rywając się płochliwie w górę, biały na tle błękitu, aż w koń-cu wylądował obok sadzawki lekko niczym wróbel, składa-jąc wielkie skrzydła i bijąc kopytami w ziemię. Popił z umia-rem deszczówki, poskubał trawy i zaczął brykać wierzgając zadnimi nogami jak 1/4rebak i rżąc radośnie, jak to konie,i sięgając za siebie pięknym łbem, żeby skubać pierzasteskrzydła, a Jim Harry obserwował to wszystko jak we śnie.W końcu znowu zabrał się do skubania trawy i natrafił nacukier. Być może pomylił go z ambrozj ą. W każdym raziezasmakował w słodyczy i zbliżył się jej tropem do krzaka, zaktórym czaił się Jim Hairy. Tam chciał zawrócić, ale byłojuż za pó1/4no. Chłopiec zarzucił uzdę i kiedy Pegaz rozpo-starł skrzydła do lotu, Jim Harry wskoczył mu na grzbieti znalazł się w powietrzu!I wielki ogier pomknął w górę j ak rakieta, a chłopiec wy-czuwał udami drżenie jego mięśni. Skrzydła biły powietrzez grzmotem pioruna. Pegaz odrzucił w tył łeb i wydał z siebiekrzyk: ogłaszal światu swoje zdumienie i gniew, a grzywa ude-rzyła Jima Harry'ego w twarz i rozkrwawiła mu nos. Ale ondzierżył mocno lejce owinięte wokół brązowych pięści. Napi-nał silne uda. I tylko archanioł Gabriel ze swym ognistym mie-czem mógłby teraz wysadzić Jima Harry'ego z jego miejsca.Wiatr przeszedł w wichurę. Pegaz koziołkował w powie-trzu. Jim Harry objął ramionami końską szyję i przywarł doniej mocno. Nie dawał się zrzucić. Spoglądając w dół, sięgałwzrokiem aż za Sierrę i widział Pacyfik.I stała się rzecz dziwna. Pegaz, będąc koniem, przepadałza cukrem, a ponieważ był czymś więcej niż zwykły koń, wykazywał też ponadprzeciętną inteligencję. Tak więc nimniej , ni więcej uspokoił się i szybuj ąc lotem ślizgowymz rozpostartymi szeroko skrzydłami trącił nosem kieszeńJima Harry'ego, w której wyczuł cukier.Z początku chłopiec nie zrozumiał. Potem wyjął smako-łyk i podsunął go rumakowi. Poklepał aksamitny pysk, po-gładził dłonią wargę konia i pokochał go. A kiedy cukier sięskończył, Pegaz wydawał się już dostatecznie okiełznany.Pozwalał Jimowi Harry'emu kierować sobą, jakby od uro-dzenia sposobiono go do chodzenia w uprzęży. A mnie braki słów, i talentu, by opowiedzieć o tym locie poprzez błękit,a co myślał i co czuł Jim Harry nie muszę chyba mówić.Ale w końcu słońce schyliło się ku zachodowi i Jim Harrypostanowił wracać do domu. I tak był już spó1/4niony,a chciał pokazać Pegaza ojcu, matce i bratu. Tak więc zaczę-li zniżać lot i oddalać się od Breadloaf, aż ujrzeli pod sobązabudowania farmy.Jednak w domu nie zastał nikogo. Cała rodzina wybrała siędo miasteczka, bo był to sobotni wieczór. Zabrali ze sobą na-wet parobka. Jim Harry nie bardzo wiedział, co począć z Pega-zem, a nie chciał go zamykać w stajni; Pegaz nie zniósłby jejodoru. W końcu puścił skrzydlatego konia na pastwisko uwią-zując go na długiej linie. Potem wszedł do domu.Jeszcze tego samego wieczora odbył krótką przejażdżkęna Pegazie, z której wrócił około dziesiątej i od razu położyłsię do łóżka, bo był bardzo zmęczony i wyczerpany. Nie sły-szał, jak rodzina wróciła, a oni nie zauważyli w ciemnoś- ciach Pegaza.Jim Harry obudził się o świcie potrząsany przez bladegoi zdenerwowanego ojca. Stary Andy Worth znał się na ko-niach i wiedział, że Pegaz nie ma prawa istnieć. A jednak napółnocnym pastwisku znajdował się ogier ze skrzydłami i zakażdym razem, kiedy Andy próbował podejść do niego bli-żej, zwierzę wzlatywało w powietrze jak ptak.- On jest mój - powiedział Jim Harry. - Złapałem gowczoraj na Breadloaf.- Boże Wszechmogący - jęknął Andy. - Taki cudak musi do kogoś należeć. Wciągaj spodnie i chod1/4 ze mną.Poszli na pastwisko, a Pegaz, który w nocy zerwał sięz liny, wzbił się w górę wlokąc ją za sobą jak ogon. Jim Har-ry poczuł się okropnie. Miał wrażenie, że traci prawą rękę.- Zawołaj go - poradził Andy. - Może do ciebieprzyj dzie.Jim Harry posłuchał ojca. Pegaz osiadł na ziemi i przebie-rając nerwowo nogami nie spuszczał czujnego oka z Andy'ego.- Złap za uzdę - powiedział stary. - O, tak. Teraz...ej, trzymaj go! - Bo w tym momencie Pegaz szarpnął siępociągając za sobą Jima Harry'ego. - Nie da mi do siebiepodejść, co? No nic, nauczy się. - Andy oglądał konia fa-chowym okiem.- Rzeczywiście, są prawdziwe. Nigdy o takim czymś niesłyszałem. Gadaj teraz, co się wczoraj wydarzyło, JimieHarry, i nie wciskaj mi żadnej ciemnoty. Jim Harry opowiedział ojcu wszystko. Andy wierzył, w cochciał. - Nie wypalę zwierzakowi żadnego piętna. Zapro-wad1/4 go do stajni. Pójdę po trochę cukru.- Nie chcę go wprowadzać do stajni - zaczął Jim Har-ry, ale za pyskowanie dostał tylko w ucho.Nie bacząc na jego sprzeciwy umieścili Pegaza w stajnii zdrowo się napocili, zanim udało się im go uspokoić. Ob-tarł sobie skrzydła o ściany boksu, trzepocząc nimi przezchwilę jak l;urczak w klatce. Andy kazał Jimowi Harry'emu spętać go bardzo starannie rzemieniami, a za protesty chło-piec zarobił parę szturchańców. Potem poszli do domu poSarah, Toma i parobka Bucka.Jim Harry powinien odczuwać podniecenie perspektywąpokazania im Pegaza, ale wcale go nie odczuwał. Koń wy-glądał w stajni inaczej. Potrząsał łbem, marszczył nozdrza podrażnione panującym tam smrodem. Bały się go też innekonie.- Jadę po doktora Westa - oznajmił Andy pocierajączarośniętą brodę. - On się pozna, czy to jakiś szwindel, czynie. Chociaż po prawdzie, nie widzę tu żadnego szwindlu.Doktor West, weterynarz, stwierdził, że Pegaz jest wybry-kiem natury. On też nigdy o czymś takim nie słyszał, ale wi-dział już dwugłowe cielę, a raz kobieta z sąsiedniego okręguurodziła dziecko z głową kozła. Doktor West mrugnął naAndy'ego i tłumaczył mu coś półgłosem na stronie, zerkając cochwila na Sarah, która stała półprzytomna z boku gapiąc się naPegaza. Jim Harry nastawiał ucha, ale od niektórych rzeczy,jakie usłyszał, zrobiło mu się słabo. Jego brat Tom stał z roz-dziawioną gębą, z trudem łapiąc powietrze. A smród panującyw stajni był wszechobecny. To było wstrętne.Nie widać było, żeby ktoś zdawał sobie sprawę, że Pegaznależy do Jima Harry'ego ani że Jim Harry należy do Pega-za. Uszy jeszcze go piekły od ciężkiej ręki ojca. Od matkiteż nie mógł oczekiwać pomocy; mało nie zemdlała dowie-dziawszy się, że Jim Harry szybował w powietrzu na skrzyd-latym koniu.Powiedziała, że to nie jest normalne.- Ale takie stworzenia muszą mieć właściciela - upierałsię Andy.- Jeśli tak jest, usłyszysz o tym. Ta szkapa to kopalniapieniędzy - powiedział doktor West obrzucając Pegaza po-żądliwym spojrzeniem. - Nie chcesz go sprzedać, co?- Nie, na Boga. Ja chcę... no nie wiem. Może wypoży-czę go do Zoo, albo coś w tym rodzaju. Idę o zakład, że jest wart kupę forsy.Jim Harry podbiegł do Pegaza i stanął przed boksem. -On j est mój . Nie oddam go wam.. .- Nie mów do mnie takim tonem - mruknął Andy. -Co byś z nim robił? Skręcisz ten swój durny kark i cud, żejeszcze tego nie zrobiłeś. Zostawiać konia na całą noc na pa-stwisku z urwaną liną. Cud, że nie zwiał.- O rany, to on umie latać? - dopytywał się Tom. Dok-tor West też popatrzył pytająco.- Jasne, że umie. Sam widziałem. - Andy chciał po-dejść do boksu, ale dał spokój, kiedy Pegaz szarpnął się dotyłu i stanął dęba parskając. - Doktorze, chciałbym, żebyśpan wysłał z miasta w moim imieniu parę telegramów.- Na pewno nie chcesz go sprzedać...Ale Andy nie nosił się z zamiarem sprzedaży i telegramy do rozmaitych ludzi zostały wysłane. Odpowiedzi nie nade-szło wiele. Nikt nie wierzył w skrzydlatego konia. Pachniałoto jeszcze jednym szachrajstwem, jakich pełno w cyrku Bar-numa. Z Los Angeles przyjechał pewien mężczyzna zbadaćsprawę na miejscu, ale nawet on nie wyrażał chęc:i zakupie-nia albo wypożyczenia Pegaza do swojego cyrku.- Tak, widzę, że jest prawdziwy - powiedział zaintry-gowany - ale kto w to, u licha, uwierzy? Zaraz podniósłbysię krzyk, że to kant. Gdybyśmy rozreklamowali skrzydlate-go konia i pokazali ludziom szkapę z guzami na grzbiecie,nie mieliby pretensji. Ale to... on jest za prawdziwy. Publi-ka nigdy by w to nie uwierzyła. Posądziliby nas, że dokleiliś-my te skrzydła. To za oczywiste, żeby było prawd.ziwe.- Moglibyście go puścić, żeby śobie polatał w kółko -2asugerował Andy. - To by był dowód, że j est prawdziwy.- A będzie latał uwiązany na linie?Andy kazał już Jimowi Harry'emu przeprowadzić takąpróbę, ale nic z tego nie wyszło. - No nie. Ale można godosiadać - jest nie1/4le ujeżdżony.- Za żadne skarby nie wsiadłbym na niego! Nie zrobiłbytego nawet akrobata od trapeza. Człowieku, toż to by byłosamobójstwo. Porozmawiam o tym z szefem, ale to niewieleda. Chyba żeby wyskubać wszystkie pióra ze skrzydeł. Możewtedy ludzie by to przełknęli.Jim Harry podsłuchiwał przez dziurę po sęku i cały drżał.Kiedy mężczyzna odjechał, zagadnął ojca.- Nie zrobisz tego, prawda? Jeśli oskubać Pegaza z piór...- Nie - odpowiedział z roztargnieniem Andy. - Posłu-ełiaj, Jimie Harry, chciałbym, żebyś sprawdził, jak ten końpotrafi biegać. Nie latać - zwyczajnie biegać po ziemi. A po-zwól mu tylko podfrunąć, to złoję cię na kwaśne jabłko.Jim Harry był wniebowzięty, że nadarza się okazj a odzys-konia Pegaza. Koń był rączy. Gnał wokół północnego pa-stwiska jak błyskawica; skrzydła położył po sobie, a spodkopyt tryskała mu ziemia. Andy, który obserwował próbnąjazdę siedząc na ogrodzeniu z drewnianych bali, zdjął z gło-wy słomkowy kapelusz i wachlował się nim. -Dóbra jest - zawołał w końcu. Wytrzyj go i zaprowad1/4 do staijni.Nazajutrz Andy wysłał następne telegramy i ściągnął nafarmę człowieka, który miał zmierzyć Pegazowi czas na sto-perze. Potem obaj naradzali się ze sobą jakiś czas.- Do uszu Jima Harry'ego docierały strzępy tej rozmo-wy. - W każdym razie jest więcej wart... cyrki przeżywająlstyzys.:. szybciej niż Okręt Wojenny... ale nie możeszpan...Spojrzeli obaj konspiracyjnie na Jima Harry'ego i odeszlidalej .zjechanymi oponami na zakrętach. Buck, barczysty, mruko-waty gbur, nie odzywał się wiele.- Mamy mnóstwo siodeł - powiedział Jim Harry niemogąc znale1/4ć sobie miejsca na połamanych sprężynach. -Po co nam więcej? I po co ja mam z tobą jechać?- Rób, co ci każe stary - burknął Buck mocując się zpedałem hamulca, który zaklinował się w otworze podłogi.Po prawej mieli pionowe urwisko opadaj ące w bezdennąprzepaść. Po lewej wznosiło się strome zbocze. Zagotowała się woda w chłodnicy i w tej samej chwili wyszli z zakrętu naprostą i ujrzeli pokręconego karła stojącego przy drodzei ściskającego w wielkich dłoniach zakrzywiony kostur.Jim Harry poznał człowieczka. Kazał się Buckowi zatrzy-mać, ale parobek wymamrotał tylko przekleństwo pod adre-sem autostopowiczów i jechał dalej. Nie ujechał jednak da-leko, bo silnik zgasł i zablokowały się na drodze hamulce.Karzeł zawołał do Jima Harry'ego.- Robią coś niedobrego Pegazowi, chłopcze - powie-dział. - Wysłali cię do miasteczka, żeby się ciebie pozbyć. Serce uciekło Jimowi Harry'emu w pięty. - Co oni ro-bią? - spytał.- Twój ojciec chce zrobić z Pegaza konia wyścigowego.Jest rączy, jak wiesz, i więcej z tego pieniędzy niż z cyrku.Ale nikt nie dopuściłby skrzydlatego konia do gonitwy,a więc do twojego ojca przyjechał doktór West i zamierzająprzeprowadzić operację obcięcia skrzydeł. To dlatego wysła-li cię do miasteczka. Pegaz umrze od tego, chłopcze...- Stul pysk! - wrzasnął Buck i posłał karłowi wulgarneprzekleństwo. Wyskoczył też zaraz z samochodu i rzucił sięna tamtego z podniesioną pięścią. Jim Harry wiedział już,jak Buck nokautuje ludzi tą gromiącą ręką, krzyknął więc ostrzegawczo i usiłował wygramolić się z Forda. Ale farmer-1ei zaczepiły mu się o popękane sprężyny sterczące z siedze-riia.Jednak pomoc Jima Harry'ego nie była potrzebna. Karzełodniósł tylko swój zakrzywiony kostur i zdzielił nim Buc- Wszystko to zaniepokoiło chłopca. Poszedł do stajni,gdzie Tom nadaremnie usiłował zbliżyć się do Pegaza.- Ale narowisty - powiedział Tom. - Trzeba go uje1/4-dzić. Ja też to potrafię.Jimowi Harry'emu stanęły przed oczami ostrogi i baty,i pobladł. Wdał się z Tomem w sprzeczkę i starszy brat wy-szedł w końcu ze stajni roze1/4lony. Jim Harry nakarmił wte-dy Pegaza cukrem i wyszczotkował go pieczołowicie, a po-tem wymieszał mu papkę z otrębów i nalał świeżej desz- czówki.Skrzydlaty koń opadł z sił. Jego oko straciło swój błysk,a dumna szyja nie wyginała się już szlachetnym łukiem. Pe-gaz wepchnął Jimowi Harry'emu nos pod pachę i napierałnań, j akby zapraszaj ąc do przej ażdżki.- Wiem, też bym chciał. Ale nie mogę. Tata dałby miw skórę. Żałuję, że cię tu przyprowadziłem, Pegazie. Wy-puściłbym cię od razu, gdyby... - Ale to nic by nie da-ło. Andy kazałby Jimowi Harry'emu przywołać z powro-tem skrzydlatego konia, a Pegaz by prawdopodobnie posłu-chał swojego przybranego pana. Jimowi Harry'emu przy- pomniała się góra Breadloaf i lot z wiatrem w zawody,i usiadł w boksie, i poryczał się jak dziecko. Ale to też nicnie dało.Upłynęło kilka tygodni i Andy zaczął sprawiać wrażeniecoraz bardziej ponurego i rozdrażnionego. Tom molestował go bez ustanku, żeby pozwolił mu uj e1/4dzić Pegaza, ażw końcu oberwał ciężką ręką ojca tak, że rozciągnął się naziemi jak długi. Sarah właściwie się nie wtrącała, ale wyko-rzystywała każdy pretekst, by nie dopuścić Jima Harry'egodo konia. Wiedziała, że nic dobrego z tego nie wyniknie.Koń był wybrykiem natury, i to wybrykiem niebezpiecznym,i chłopcu lęgły się przez niego w głowie różne zwariowanepomysły. A i bez tego był dostatecznie zbzikowany.No i pewnego dnia Andy wysłał Jima Harry'ego z Buc-kiem do miasteczka i z jakiegoś powodu wybrali polną drogęwijącą się przez góry. Stary Ford zgrzytał, sapał i popiskiwałka. Nie wyglądało to na silny cios; mimo to pod Buckiemugięły się nogi i padł jak rażony piorunem.- Żyje - powiedział karzeł. - Jest tylko ogłuszony.A ty lepiej wracaj do domu, chłopcze. Wydaje mi się, że sa-mochód będzie teraz działał. Mówiłem ci, żebyś nie poz-walał Pegazowi długo pozostawać na ziemi. On należy donieba.Jim Harry wślizgnął się za kierownicę i próbował urucho-mić silnik. Zaskoczył bez większych kłopotów. Hamulce teżnie były już zablokowane. Jim Harry z pewną trudnością za-wrócił wóz na wąskiej drodze i puścił się na złamanie karkuw drogę powrotną do domu.Cud, że się nie zabił. Dziwne w tym wszystkim było to, że przejechał bez szwanku przez góry i nic się nie wydarzyło,dopóki nie zbliżył się do domu. Nad rowem irygacyjnymbiegnącym wzdłuż drogi przerzucony był mostek z surowychdesek; w swych najlepszych czasach był rozchwiany. JimHarry wszedł w zakręt ze zbyt dużą szybkością, lewa przed-nia opona uderzyła w coś i pękła. Ford wpadł w poślizgi spadł z mostka. Nie było tam zbyt wysoko, a woda ledwie ciurkała rowem, ale samochód przewrócił się i złożył jakakordeon. Jima Harry'ego zamroczyło na jakąś minutę.Ocucił go straszny ból.Leżał we wraku, a jego prawa stopa była jednym pulsują-cym splotem bólu. Wydawało mu się, że jest przygniecionapod samochodem i rzeczywiście tkwiła zmiażdżona międzymetalem a głazem zarytym w błocku. Gdyby samochód nieosiadł i nie zsunął się troszkę, Jim Harry mógłby tam tak le-żeć aż do nadejścia pomocy. A najwyra1/4niej nikt nie słyszałłomotu, bo w stajni przera1/4liwie rżał koń.Jim Harry poczuł swąd spalenizny. Stopę miał już wolnąi usiłować wstać. Ale nie mógł. Poczołgał się więc przez bło-to i wgramolił jakoś na pochyły brzeg rowu. Spojrzał na-reszcie na stopę, którą wlókł za sobą.No tak, to już nie była stopa. Nie pomógłby tu żaden chi-rurg. Jim Harry mógłby się jednak w końcu nauczyć posłu-giwania szczudłem. Ale przypomnijcie sobię żądzę włóczęgi,jaka tkwiła w jego stopach, i nic w tym dziwnego, że JimHarry chciał już zawrócić do rowu i rozwalić sobie głowęo kawał poszarpanej blachy, który wciąż tam sterczał.Nie uczynil tego j ednak, tylko krzyknął .Wrzawa w stodole ucichła, jakby nożem uciął. Potem pod niebo wzbił się alarmujący, oszalały ryk. Czy słyszeliściekiedykolwiek koński kwik? Nie ma niczego podobnego natym ziemskim padole. Kwiczał Pegaz i darli się ludzie zgro-madzeni w stodole. Rozległ się trzask łamanego drewna'i tu-pot chyżych :kopyt. Wrota stajni rozwarły się z impetem;przez sekundę zamajaczyła w nich sylwetka uniesionego natylnych nogach skrzydlatego ńonia, całego białego, stojące-go dęba, wierzgaj ącego w powietrzu kopytami; nozdrza miałczerwone, rozszerzone.Jakiś człowiek wrzeszczał z bólu; inny klął szpetnie.Pegaz, wlokąc za sobą porwane rzemienie i pęknięty łań-cuch, puścił się jak burza przez łąkę. Rozpostarł w bieguskrzydła i krzyknął z bólu. Jedno potężne skrzydło zbryzga-ne było krwią.Wzbił się w powietrze, zatoczył koło i zniżył lot kierującsię na Jima Harry'ego. Wylądował lekko jak piórko obok le-żącego chłopca. Pochylił łeb i trącił Jima Harry'ego w twarzaksamitnym pyskiem. Młodzieniec wyciągnął ramiona i ob-jął nimi silną szyję zwierzęcia.Nadbiegali ludzie. - Trzymaj go!... Co się stało?... Niepuszczaj go!Jim Harry spojrzał Pegazowi w oczy i człowiek z koniem zrozumieli się bez słów. Chłopiec wstał podciągając się nadługiej grzywie; zacisnął zęby, żeby nie krzyczeć z bólu. A Pegaz ukląkł, żeby Jim Harry mógł wdrapać się na jegoszeroki grzbiet. Lejc nie było, ale nie były potrzebne.Gdy biegnący ludzie byli już blisko, Pegaz odbił się odziemi. Wzleciał w górę oszczędzając trochę jedno skrzydło,ale z chłopcem na grzbiecie, zdawało się, znalazł w sobienowe siły. Jim Harry trzymał się grzywy. Spojrzał w dółi zobaczył malejącą coraz bardziej farmę. Zobaczył tę GóręBreadloaf na wschodzie, a jeszcze dalej na wschód Sierrę.- Wyżej - wyszeptał. - Wyżej, Pegazie.Jego wzrok sięgał już za Sierrę. Widział Pacyfik. Ostrywiatr łagodził palący ból w zmiażdżonej stopie. Po obu jegostronach wznosiły się miarowo i opadały wielkie skrzydła. Wyżej . .Pegaz odrzucił w tył łeb i odpowiedział. Wznosili się szy-bując na wiatrach i nie było już widać farmy, a góra Brea-dloaf ledwie majaczyła w dole i Dolina nie wydawała się jużtak ogromna.I wtedy, o dziwo, przemówił pokręcony, stary karzeł,chociaż Jim Harry nigdzie go nie widział.- Pamiętaj, co ci powiedziałem, chłopcze. Pegaz staniesię twoimi stopami i zabierze cię hen, daleko; stanie się two-imi oczami i ujrzysz cudowne rzeczy. Ale nie dopuść, by po-zostawał długo na ziemi.- Nie dopuszczę - obiecał Jim Harry.- Nigdy już nie zniżaj lotu, Pegazie. Wzlatuj w górę...Wiatr był przenikliwie zimny. Niebo pociemniało, przy-bierając barwę purpury. Pojawiło się nieśmiało kilkagwiazd. Ziemia obracała się powolnym, majestatycznym ru-chem, niewiarygodnie daleko pod kopytami Pegaza.Palce Jima Harry'ego zaciskały się kurczowo na końskiejgrzywie. Potem powoli, stopniowo, ich uścisk zaczął słab-nąć.