Kiedy sięgam myślą wstecz do czasów wczesnego dzieciństwa, widzę bujnyogród w pełni ukraińskiego lata i znajomy dom, słyszę daleki gwizdlokomotywy. Mieszkaliśmy wtedy w Żmerynce i tam właśnie urodził się Janek.Była to niewielka stacja kolejowa, gdzie ojciec pełnił funkcję naczelnikadepo i odcinka Kolei Południowo-Zachodnich.Ojciec hył synem warszawskiego księgarza i wydawcy podręczników naukowych,Bernarda Lesmana. Ukończył Instytut Technologiczny w Petersburgu irozpoczął pracę w Zdołbunowie. Po nieudanym pierwszym małżeństwie i rozwodzie żył samotnie siedem tat. W 1892 roku przyjechał do Warszawy,gdzie miał liczną rodzinę i przyjaciół, i zaczął rozglądać się za nowątowarzyszką życia. Przedstawiono go pannie jak na owe czasy nie pierwszejmłodości, przekroczyła bowiem trzydziesty rok życia. Inteligentna idowcipna, odznaczała się również urodą. Ojciec miał wtedy czterdzieści dwalata i było mu do twarzy z przedwcześnie posiwiałą czupryną i żywymi,ciemnoszarymi oczami. Był wykształcony i oczytany, a ujmujący sposób byciai wrodzona delikatność zjednywały mu powszechną sympatię. Oboje przypadlisobie do serca, a że urlop ojca dobiegał końca, szybko doszli doporozumienia. Ślubu udzielił im pastor Loth. I tak matka, która bywała wParyżu, a mieszkała dotąd w Warszawie, od razu zdecydowała się jechać zmężem do dalekiego, nieznanego kraju i zakopać się na głuchej prowincji, gdzie wszystko było jej obce. W rezultacie matka nigdy nie żałowała tegokroku. Małżeństwo okazało się nad wyraz szczęśliwe. Oboje rodzice kochalisię gorąco i dozgonnie.Zgodnie z wymogami pracy ojciec musiał przenosić się z miejsca na miejsce.Rodzice wszędzie czuli się dobrze i szybko zawierali znajomości z miejscowąelitą. Pracownicy szanowali i lubili ojca, gdyż był ludzki i sprawiedliwy.Nie tolerował jedynie pijaków, a pijanych maszynistów zwalniał z pracybezapelacyjnie.Miałam trzy lata, gdy pojawił się w rodzinie braciszek. Z jego wczesnegodzieciństwa pozostał mi w pamięci tylko malec w wózku, zawzięcie ssącywłasną nogę. Jeśli mu wkładano na nogi trzewiczki, także usiłował je ssać. Ze Żmerynki przeniesiono ojca do Wielkich Łuków w Pskowskiej guberni, anastępnie do pobliskioh Nowo-Sokolników. Co parę lat wnoszono do domuwielkie kosze i skrzynie, do których pakowano nasze meble i rzeczy.Zamieszanie i harmider, towarzyszące przeprowadzce, stanowiły dla naswielką atrakcję. Spodziewaliśmy się nowych znajomości i nowych wrażeńwynikających ze zmiany miejsca zamieszkania.W Wielkich Łukach mieszkaliśmy w domu z ogrodem pełnym kwiatów, za nim byłsad owocowy, a przed domem biegła ulica, spadająca łagodnie ku rzeceŁowat'. Ulica w czasie deszczu pokrywała się grząskim błotem prawie nie doprzebycia. Żaby wtedy gromadnie wylegały na drogę i tworzyty na niejruchomą powierzchnię. Ani Jaś, ani ja nie czuliśmy do nich odrazy. Braliśmydo rąk małe żabki i urządzaliśmy wyścigi, obserwując, czyja żabka pierwszadojdzie do mety. One jednak nie dbały o reguły gry i zamiasz skakać wkierunku mety po linii prostej, kicały na boki i psuły nam całą zabawę. Wzimie, gdy wody Łowat' skuwał lód, je1/4dziliśmy na przeciwległy brzeg rzekirozłożystymi saniami, przytuleni do rodziców i okryci baranicą. Niebo byłociemne, roziskrzone gwiazdami, dzwoneczki u sań d1/4więczały, pęd powietrzatamował oddech, a Jaś aż piszczał z radości.Często odwiedzaliśmy mieszkającą po drugiej stronie rzeki zaprzyja1/4nioną znami rodzinę doktora Jakuba (nazwisko). Doktor był społecznikiem ibezpłatnie leczył okoliczną biedotę. Gdy wybuchła rewolucja w 1905 roku,bandy "czarnej sotni", które urządzały żydowskie pogromy, rabowały i częstomordowały bezbronnych, dotarły również do domu dra Jakuba. Hałastra zaczęładobijać się do drzwi, wykrzykiwać obelżywe wyrazy i pogróżki. Wtedy wyszedłdoktor i przemówił do nich. Przypomniał, jak ich wraz z rodzinami ratował wchorobie, apelował do ich sumienia i rozsądku. To zrobiło na motłochuwrażenie. Mitygowani przez swoje kobiety, jeszcze jakiś czas się odgrażali,w końcu się rozeszli. W powieści pt. "Gdy owoc dojrzewa" Janek wiernieopisał to wydarzenie. Historia jego miłości do siedemnastoletniej córkidoktora, Poliny, jest oczywiście zmyślona, gdyż Jaś w tym czasie miał dopiero sześć lat i bawił się z młodszymi dziećmi doktora. Książka wpolskim oryginale dotarła do mieszkającej w Moskwie, sędziwej już Poliny.Tłumaczono jej na żywo ustępy dotyczące jej rodziny. Wrażenie było ogromne- zdumienie, wzruszenie i radość. Polina napisała do Janka i przysłała muzdjęcie rodziny Jakubów z tamtego okresu, na którym to zdjęciu Janekrównież figuruje. Póżniej jakiś czas trwała ożywiona wymiana listów międzynią i Jankiem. Listy te zachowały się do dziś.Rodzice bardzo tęsknili za krajem i swoimi bliskimi. Od czasu do czasuje1/4dzili z nami do Warszawy z potrzeby serca, aby nie tracić kontaktu zPolską i rodziną i umacniać w nas poczucie polskości. Poznaliśmy więc Warszawę i sporą rodzinę - zarówno ojca, jak i matki.Obydwie siostry matki mieszkały w domu przy ul. Czackiego 8. Ciotka Anielai jej mąż Benedykt Bormanowie okazywali nam dużo serca i gościnności. Ichdzieci - Antek i Zosia, jak również syn drugiej ciotki, Marii - Kazio, bylimniej więcej w naszym wieku. Razem spędziliśmy wiele miłych chwil nawspólnych grach i zabawach. Mimo całej dobroci ciotki Anieli, Jaś nie żywiłdo niej sympatii. Zdarzyło się bowiem, że podczas podwieczorku zauważył wkakao znienawidzony przez siebie kożuch, wyjął go palcami i wrzucił dokubka Zosi. Ciotka zamknęła go za to w łazience. Przez długie lata Janeknie mógł jej tego zapomnieć.Wuj Benedykt, człowiek o gołębim sercu, kochający dzieci, starał się naróżne sposoby umilić nam pobyt w Warszawie. Ale i on naraził się Jasiowi.Bawił go kresowy akcent chłopca, wołał więc na niego żartobliwie"Połusztannikow". Warszawskie pismo satyryczne "Mucha" drukowało w owymczasie serię felietoników, których bohaterem był śmieszny, mówiący łamanąpolszczyzną Moskal, niejaki "Połusztannikow". Jaś znosił te docinki z nieukrywaną irytacją.Rodzina ojca była nam bardzo bliska, ponieważ łączyła nas miłość doukochanego przez wszystkich "Olesia", czyli naszego ojca. Dopatrywali się wnas podobieństwa do niego, jak również rozmaitych zalet. Wszyscy onikochali sztukę i piękno, w ich otoczeniu można było spotkać znanychmalarzy, poetów i inne interesujące osobistości. Siostra ojca, Gustawa,była żoną adwokata Seweryna Sunderlanda, powstańca z 1863 roku. Miałaczworo dzieci: Kazimierz i Rudolf byli wtedy inżynierami, Wanda - żonąadwokata Jana Fidlera, a Celina - malarką pełną temperamentu i bardzopostępową. Cieszyła się ona w rodzinie dużym autorytetem. Janek, mimoróżnicy wieku, bardzo się z nią przyja1/4nił i ulegał jej osobowości. Tam teżpojawiał się często bratanek ojca, syn Józefa Lesmana, Bolesław Leśmian. Janek lgnął do niego jak do starszego brata i przewodnika po krainiepoezji.Za naszej bytności w 1905 roku w Warszawie często bywaliśmy u Fidlerów. Jaśmiał wtedy siedem lat. Jan Fidler bardzo lubił chłopca, brał go na kolana i przekomarzał się z nim wesoło. Potem otwierał przepaściste szuflady starego biurka i pozwałał mu w nich grzebać, a nawet wybierać sobie niektóreprzedmioty, jak: resztki ołówków, nalepki, jakieś pudełeczka, gumki istalówki. Wszystko to były dla Jasia niezwykle cenne rzeczy. Napychał sobiekieszenie tymi rupieciami, a w domu rozkładał "skarby" przed Antkiem iZosią. Wspólnie szacowali je według sobie. tylko wiadomych kryteriów,bawili się w sklep i zawierali transakcje zamienne.Gdy nadeszła Wielkanoc, zostaliśmy zaproszeni na świąteczny obiad do ciotkiGustawy. Przy długim stole zebrała się bliższa i dalsza rodzina. Zjawiłosię też kilka osób, których nazwiska z biegiem lat nabierały blasku. Był więc potężny Franc Fiszer - znany oryginał i żarłok, z nieodłącznymfiligranowym Leśmianem. Przybył też Antoni Lange. Gdy wniesiono wielkipółmisek z indykiem, Fiszer wydał radosny okrzyk: "Ooo, indyk! Czyżby zkaszcanami?" Niestety, kasztanów nie było. Ale od tej pory, ilekroćwidziałam nawet zwykte kasztany, jakie Jaś zbierał w parkach, przypominałomi się zawsze spotkanie z Fiszerem.Z Warszawy wracaliśmy w powiększonym składzie - matka zaangażowata dla nasbonę, pannę Kazimierę. Była to stara panna, w miarę brzydka, ale miła i sumienna. Uczyła nas różnych robótek, prowadziła na spacery i na ślizgawkę. Czytała z nami polskie czytanki. Z matką mieliśmy lekcje języka ojczystegoi początki francuskiego.Kiedy ojciec wracał do domu po pracy, najpierw pytał o matkę potem zajmowałsię dziećmi. Uwielbialiśmy ojca bezgranicznie. Gramoliliśmy mu się nakolana, całowaliśmy i głaskaliśmy jego bujną siwą czuprynę. Po wzajemnychczułościach następowały długie pogawędki. Zasypywaliśmy ojca pytaniami naróżne tematy, on zaś każdemu z nas odpowiadał chętnie i cierpliwie.Przekazywał nam swoją wiedzę o świecie. Opowiadał o dalekich lądach i ichmieszkańcach, odrębnych obyczajach i wierzeniach. Tłumaczył nam wprzystępny sposób niektóre zjawiska z dziedziny fizyki. Słuchaliśmy go zzainteresowaniem i uwagą, a te rozmowy pobudzały naszą wyobra1/4nię,poszerzały horyzonty i skłaniały do myślenia. Ojciec byt erudytą i posiadał niebywałą pamięć. Miał ogromny zasóbwiadomości. Ludzie zwracali się do niego jak do żywej encyklopediizpytaniami dotyczącymi różnorodnych dziedzin. Historia stanowiła jegohobby. Świat antyczny, średniowiecze, Wielką Rewolucję Francuską, wojnynapoleońskie miał w pamięci jakby dopiero przed chwilą o tych sprawach siędowiedział. Świetnie znał łacinę i na każdą okazję jak z rękawa sypałcytatami. Ćwiczenia matematyczne traktowat jako rozrywkę. Nic więcdziwnego, że Jaś, obcując z ojcem, wcześnle nabył wiele wiadomości i byłumysłowo nad wiek rozwiniętym chłopcem.Ojciec był nadzwyczaj muzykalny, miał absolutny słuch. Niestety, dawnymzwyczajem tylko dziewczęta uczono muzyki, ojciec więc nie grał na żadnyminstrumencie. Cierpiał nad tym ogromnie i dręczył go stale głód muzyki.Znał na pamięć arie i uwertury z wielu oper, utwory Chopina i innychkompozytorów. Ponieważ nie miał głosu, więc tylko nucił i podśpiewywał:"param-pam-pam, param-pam-pam". Siedząc na jego kolanach prosiliśmy: "Ateraz zaśpiewaj sonatę Beethovena Księżycową... A teraz arię Almavivy..." iojciec chętnie spełniał nasze życzenia. Janek prawdopodobnie odziedziczyłpo ojcu muzykalność, co znalazło odbicie w jego twórczości. Zwracaliśmy siędo ojca po imieniu i mówiliśmy tak samo, jak matka: "Olu, Oluniu". Zdarzałosię, że ktoś krytykował taki przejaw poufałości z naszej strony, upatrującw niej brak respektu. Ale ojciec tylko uśmiechał się łagodnie iwyrozumiale, znał bowiem nasze serca.Ojciec nie umiał się gniewać. jeśli które z nas zawiniło, siedziałzasępiony, z głową wspartą na ręku i z palcem wciśniętym w policzek. Matkamówiła: "Patrz, jak się tatuś martwi". I to wystarczało, żebyśmy zeskruszonym sercem śpieszyli pocieszyć go i uspokoić, przyrzekając poprawę.Podobnie ojciec zwracał się do nas: "Nie mów tak, bo mamusi będzieprzykro". I to (na razie) skutkowało. Gdy Jaś miał cztery lata i coś tamprzeskrobał, matka zamknęła go za karę na klucz w pokoju. Zaglądaliśmykolejno przez dziurkę od klucza, co się z nim dzieje. Siedział markotny naławeczce i dłubał w nosie. Ojciec miotał się w rozterce, lecz nie mógłwypuścić wię1/4nia wbrew woli matki, bo to poderwałoby jej autotytet. Wobectego ukradkiem wszedł przez okno do pokoju (a był to parter), usiadł obokJasia i tak razem w milczeniu odbywali karę, aż matka uznała pokutę zaskończoną i wypuściła wię1/4niów. Kiedy Jaś był starszy, a poważniejsze wykroczenia wymagały interwencji najwyższej władzy, wtedy wkraczał ojciec imówił z gro1/4ną miną: "Czekaj, czekaj, od jutra wezmę cię w żelazne ręce". I na tym się kończyło.Między nami a matką, mimo naszej miłości do niej, zdarzały się konflikty.Była w stosunku do nas stanowcza i rygorystyczna, uważała, że spełnianiezachcianek dzieci jest niepedagogiczne. Gorącym pragnieniem Jasia było posiadanie roweru takiego, jaki mieli jego koledzy. Matka twierdziła, żenas na to nie stać. I biedak, zrezygnowany, nie naprzykrzał się rodzicom.Ale to nie spelnione marzenie dzieciństwa tkwiło w nim jak obsesja i nawetkiedy był już starszym panem i posiadaczem samochodu, dawał wyraz utajonemużalowi na samo wspomnienie o rowerze.Za naszym domem stał kurnik, a w nim było stadko kurcząt i kilka kaczek.Jaś szczególnie upodobał sobie czubatego kogutka, którego nazywal "Czubatkiem", brał go na ręce, głaskał i karmil okruszkami. Stale dokarmiany przez Jasia kurak wcześniej od innych przybrał na wadze idojrzał do swego przeznaczenia. Tak przynajmniej uważała gosposia. Kiedywyszło na jaw, jakie to pieczyste podano nam do stołu, wybuchła bucza. Jaśpłakał i powtarzał, że Czubatka jeść nie będzie. ja bez wahania go poparłami przyłączyłam się do strajku. Matka bezskutecznie starała się nasprzekonać, że kogutka hodowało się i tuczyło w tym celu, żeby go zjeść. Aleojciec był innego zdania. I on też nie tknął pieczystego, tylko zdobrotliwym uśmiechem powiedział: "My przyjaciół nie jadamy, prawda;synku?" Jaś skoczył ku ojcu, chwycił jego dłoń i przylgnął do niej ustami.W pocałunku tym zawarł nie tylko całą swoją miłość do ojca, ale cośznacznie więcej...Z zadowoleniem powitaliśmy nasze następne miejsce zamieszkania -Nowo-Sokolniki. Była to nieduża stacja kolejowa, dookoła rozciągały sięlasy i pola. Nie opodal domu przebiegały tory kolejowe, słychać było gwizdprzejeżdżających lokomotyw i łoskot pędzących pociągów. W ogrodzie leżałolbrzymi kamień - meteoryt. Kamień ten stał się dla Janka punktem wyjściado powiesci "Gdy owoc dojrzewa". Zaczyna się ona szczegółowym opisem fótografii Jasia ze mną na tym właśnie kamieniu. Obok leżała góra piachu, w którym Jaś lubił kopać tunele i budować fortece.Działo się to w 1905 roku - grzebaliśmy się w śniegu koło ulubionegokamienia. Ulepiliśmy bałwana, a Jaś potem zaczął kopać dołek. Raptem podłopatką coś zgrzytngło, jak gdyby natrafiła ona na metalowy przedmiot.Zabraliśmy się więc razem do kopania. $nieg był twardy i Jaś aż zasapał sięz wysiłku. Nagle spod ubitego śniegu wyłoniła się żelazna skrzynka pełnanaboi. Obok leżał owinięty w ceratę karabin. Jaś pomknął jak strzała dodomu, wołając: "Mamo, skarb znalazłem, skarb!" Mama niezwłocznie pobiegłaza nim do ogrodu, szybko zwaliła bałwana, zasypała miejsce znaleziska irzekła do Jasia: "Pamiętaj, nikomu ani słowa, bo tatuś może mieć dużeprzykrości. Daj mi słowo, że o skarbie ani mru-mru". Jaś przyrzekł solennie, dumny z powierzonego mu sekretu. Gdy ojciec wrócił z pracy,pozbierał ukrytą w cóżnych kątach domu broń i wraz ze "skarbem wszystko tozostało przeniesione w bezpieczne miejsce. Ojciec nie należał do żadnejpartii, ale z przekonań był socjalistą i demokratą, przeciwnikiemwszelkiego ucisku i przyjacielem ludzi pracy. Właśnie pojechał służbowo doWielkich Łuków, gdy gruchnęła wieść o wybuchu strajku na kolei. Pociągiprzestały kursować. Kolejarze widząc, że ich naczelnik nie wrócił doSokolników, wyprowadzili z depo lokomotywę i wyruszyli po ojca. Wkrótceprzeciągły gwizd lokomotywy, przybranej gałązkami jedliny, obwieścił namich powrót. Ukazał się ojciec w otoczeniu oddanych mu ludzi. Na peronwyniesiono stół, wiele rąk uniosło ojca w górę i postawiło go na stole.Słyszeliśmy nowe dla nas słowa: "konstytucja", "rewolucja", "manifest".Ojciec rozpostarł manifest i odczytał donośnym głosem obietnice rządudotyczące poprawy bytu, wolności słowa itp. Następnego dnia zjechałapolicja i zaczęły się aresztowania, gdyż naczelnik stacji okazał sięszpiclem i donosicielem. Ojciec został zwolniony z pracy, w dodatkuusłyszał, że już nigdy nie wolno mu będzie objąć państwowej posady. A Jaś chodził z miną konspiratora i nucił pod nosem zasłyszaną gdzieś zwrotkę: Car ispugałsia - izdał manifest: Miortwym - swoboda, żiwych pod arest.Trzeba się było pakować i ruszać w nieznane. Rodzice postanowili zamieszkaćw Kijowie. I tak znale1/4liśmy się w tym pięknym mieście tonącym w zieleniogrodów i parków, z ulicami biegnącymi kapryśnie w górę i w dół. Z okiennaszego mieszkania widać było Padoł - miejsce znane z corocznych Targów,dalej wiła się połyskująca wstęga Dniepru.Teraz oboje wychodziliśmy rankiem do szkoły. Ojciec otworzył biurotechniczne i zajął się sprawami handlowymi. Wkrótce jednak okazało się, żenie wystarcza być doskonałym inżynierem, aby prowadzić takieprzedsiębiorstwo. Potrzebny jest spryt i brak skrupułów, umiejętnośćdawania łapówek, do czego ojciec nie był zdolny. W rezultacie zamiastzarobku ponosił straty. Rodzice żyli z dnia na dzień i nie mieli pewności,czy zdołają zapewnić nam byt i wyksztatcenie. W tej sytuacji ratowały nasprzysyłane co pewien czas przez Mieńszykowa niewielkie sumy uzyskane zesprzedaży placów.Jaś w tym okresie miał już jedenaście lat. Stał się psotny i dokuczliwy,dawał mi się bardzo we znaki. Ciągnął mnie za warkocze. Kiedy zamiast odrabiać lekcje czytałam powieść, donosił matce, że się nie uczę. Nie pozostawałam mu dłużna. Ledwo dosłyszałam w progu jego skradające siękroki, darłam się jak opętana: "Ratunku, Jaś mnie wali!" Wtedy zjawiał się ojciec i z gro1/4ną miną mówił: "Ani się waż jej tknąć. Ona jest panienką i jest delikatna". Takie słowa działały na wisusa jak płachta na byka. Gdy ucichły kroki ojca, doskakiwał do mnie z furią, szturchał i dogadywał: "Jak jesteś taka delikatna, no to masz, to masz jeszcze!" Nawet kiedy szliśmy z rodzicami ulicą, nie przestawaliśmy się czubić za ich plecami. Na szczęścietaki stan rzeczy nie trwał długo. W miarę jak dorastaliśmy, stosunki międzynami ulegały poprawie i zaczęliśmy chodzić zgodnie do teatrów na niedzielne popołudniówki, na opery i inne przedstawienia.Jaś uczył się dobrze. Bardzo lubił czytać. Początkowo pasjonował siękryminałami w popularnym wydaniu - przygodami Pinkertona lub SherlockaHolmesa. Wkrótce jednak zaczął czerpać lekturę z obszernej biblioteki ojca,gdzie poza tomami naszych wieszczów, wierszami Asnyka i Ujejskiego,znajdowali się polscy i rosyjscy klasycy literatury, powieści Balzaka iWiktora Hugo oraz wiele dzieł naukowych i encyklopedia. Jaś szczególnie lubił razem z ojcem czytać poezje. Ojciec miał dobrą dykcję i umiejętnie podkreślał piękno czytanego utworu, a chłopiec słuchał go z przejęciem.Kiedy zaczął interesować się historią, ojciec zapoznawał go z dziejaminaszego narodu. Potem rozmawiał z nim na temat różnych ważniejszychwydarzeń historycznych. Gdy Jaś był już starszy, w centrum jego uwagiznalazła się postać Napoleona i jego epoka.Minęto kilka lat od chwili, kiedy ojciec zaczął prowadzić swoje biuro, ale wciąż stanowiło ono dla niego 1/4ródło nie kończących się trosk. Nie pomagało rozsyłanie reklam, ogłoszeń. Próbował wprowadzić na rynek odkurzacze,liczniki do dorożek, wreszcie maszyny do pisania. W końcu pracownik,któremu ojuec polecił zawie1/4ć do pewnej firmy zamówione maszyny, ulotniłsię wraz z nimi i ślad po nim zaginął. Był to dotkliwy cios. Matkapochorowała się poważnie ze zmartwienia. Żyliśmy w cieniu smutku naszychrodziców i nawet beztroski Jaś jakoś przygasł. Ojciec nie widział już wKijowie możliwości zarobkowania i powziął złudną nadzieję otrzymania pracyw Warszawie. Nadeszły ponure dni, kiedy nasze meble, obrazy i książkizostały umieszczone w skrzyniach i oddane na przechowanie do składu. Rzeczyte w rezultacie przepadły, gdyż rodzice nie byli w stanie opłacać składowego ani nie mieli ich dokąd zabrać. Czekała nas bezdomność,długotrwała poniewierka i wegetacja. I tak było aż do wojny, któraprzyniosła nowe problemy i zmiany w naszym życiu.Nasza sytuacja po przybyciu do Warszawy była godna pożałowania. Pozarzeczami osobistymi nie mieliśmy nic. Matka wynajęła jeden pokój u ciotkiMarii przy ul. Czackiego 8. Dla ojca zabrakło tu kąta, sypiał więc u ciotkiGustawy. 5taliśmy się ubogimi krewnymi i poznaliśmy gorycz ludzi zmuszonychdo korzystania z pomocy zamożnej rodziny. Poczciwy wuj Benedykt zatrudniłojca w filii swego biura w Lublinie na bardzo skromnych warunkach, bo i pracy nie było tam wiele. Odwiedziliśmy go w nędznym kantorku, gdziewegetował samotnie, i przygnębienie nasze nie miało granic. Matkarozchorowała się na żółtaczkę i przez kilka tygodni nie opuszczała tóżka. Wtej sytuacji ojciec wrócił z Lublina i wraz z nami opiekował się chorą.Wreszcie sprowadził wziętego w owym czasie chirurga, dr. Leśniowskiego,który oświadczyt, że konieczna jest operacja. Uprzedził jednak, że zewzglgdu na ciężki stan istnieje jedna szansa na sto, iż zabieg się uda.Wtedy ojciec zwrócił się do nas, abyśmy zadecydowali, co robić. Bez wahaniawypowiedzieliśmy się za operacją. Nie zważając na oburzenie pielęgniarki iciotek, że nie pozwalamy matce spokojnie umrzeć, zawie1/4liśmy ją do "Omegi".Opecacja dała dobre wyniki i matka żyła potem jeszcze dwadzieścia lat.Kiedy wróciła z lecznicy do domu, ojciec przyniósł jej wiązankę róż - wydałtua nie ostatnie pieniądze. Matka ucałowała go i rzekła: "A ja też dlaciebie coś mam" i położyła przed nim dużą kopertę pełną pieniędzy. Była toprzekazana przez Mieńszykowa spora kwota za sprzedaż kolejnego placu. Wstąpiła w nas otucha i wróciła dawna radość życia, zwłaszcza że Kazimierz Sunderland dzięki swoim stosunkom wyrobił ojcu posadę w fabryce kotłówparowych w Ługańsku, mieście położonym na południu Rosji. Termin objęciapracy miał być wkrótce ustalony.Janek nie tracił czasu i uczęszczał do gimnazjum Jeżewskiego. Zmężniał,stał się ładnym i zgrabnym chłopcem, również głos mu się zmienił. W obszernej jadalni cioci Mani zbierało się wieczorami sporo osób, gdyż stale odwiedzali ją różni znajomi i krewni. Z drugiego piętra przychodzili Zosiai Antek. Mimo różnic wieku, młodzież doskonale bawiła się razem, a Janeknazywał to towarzystwo "Wielkim Pensjonatem" i napisał "poemat" satyryczny,w którym trafnie i dowcipnie przypinał każdemu łatkę. Lubił też deklamowaćwiersze naszych wieszczów - chętnie go słuchano. Właśnie zaczytywał sięutworami Krasińskiego, "Irydiona" znał na pamięć. Wkraczał np. do pokojuniczym aktor na scenę, spowity w prześcieradło, jak w togę. Miał obnażone ramiona, gładkie i pulchne jak u dziewczyny. Oczy mu płonęły, gdy głośno, wyraziście i namiętnie wołał: "Żmijo, którą kocham, czego żądasz więcej?... Furie rozdzierają członki moje... Położę się na stopniach ołtarza i całowaćbędę palce białych stóp twoich..." W zapamiętaniu wcielał się w Heliogabalai przeżywał jego miłosne uniesienia. Słuchacze, początkowo roześmiani iubawieni widokiem jego odstoniętych wdzięków i pozy aktora, stopniowo dalisię porwać magii poezji i spoważnieli, zasłuchani. Gdy przebrzmiałyostatnie słowa kwestii, ocknęli się nagle, posypały się żarty, dowcipy,poklepywania, zaglądania pod prześcieradło... I wszystko znów stało sięzwyczajne.Niebawem przeżywał nowe emocje. Na czwartym piętrze mieszkała daleka krewnamatki, Zosia L. Miała trzech synów, czwarty był w drodze. Jej mąż traktowałją brutalnie i zdradzał, czego wcale nie ukrywał. Ładną twarzyczkę Zosi odelikatnych rysach zdobiły duże, ciemne oczy zranionej łani. Zwierzała sięJankowi ze swoich zmartwień, a on, zawsze wrażliwy na ludzkie cierpienia,wzruszał się jej niedolą i starał się dodać jej otuchy, a może nawet się wniej zadurzył. Pomagał jej opiekować się chłopcami. Z jednym odrabiałlekcje, drugiego wyprowadzał na spacer, mitygował ich, gdy zbytniołobuzowali. A że już zaczynał tworzyć swoje pierwsze, nieporadne jeszczeliryki, pisał i dla niej wiersze, które dawał mi do czytania. Pamiętam takąstrofkę pełną egzaltacji: "Nie zapomnisz mnie nigdy, chociaż lata przeminą.Słowa moje dla ciebie będą pieśnią jedyną". Tymczasem matkę niepokoiłoczęste wymykanie się chłopca z domu i niedbałe odrabianie lekcji. Powiedziała, że stanowczo nie życzy sobie, żeby nadal odwiedzał Zosię iczas przeznaczony na naukę tracił na pilnowanie cudzych dzieci, któreprzecież mają rodziców. Dodała, że zbliża się koniec roku szkolnego,wkrótce przyjeżdża ojciec z Ługańska i byłoby mu przykro, gdyby chłopiecmiał złą cenzurę. Janek niechętnie przyjął argumenty matki i sarkał na jejsurowość, ale nie mógł nie przyznać jej słuszności w końcu. Zresztą myślijego były już zaprzątnięte przyszłymi podróżami. Miał z ojcem wrócić dokraju swego dzieciństwa i tam przeżyć kilka lat w zupełnie nowej scenerii.Przyja1/4ń z Zosią posłużyła Jankowi za motyw do epizodu opisanego pó1/4niej wnoweli pt. "Quasi una fantasia".Nastał rok 1914. Świat był pełen konfliktów i problemów. Ojciec, czytającprasę codzienną, powiedział któregoś dnia: "To pachnie wojną światową".Minęło kilka miesięcy, gdy został podpalony lont w Sarajewie. Nad Warszawąukazały się niemieckie zeppeliny w kształcie cygar. Ulicami maszerowałyoddziały poborowych, podążały tabory wojskowe na front. Rodzice z Jankiemwybierali się do Ługańska, a ja szykowałam się do ślubu i miałam jechać zmężem do Piotrogrodu, gdzie objął swoją pierwszą posadę po ukończeniustudiów. Przed wyjazdem poszliśmy pożeegnać ciotkę Gustawę z rodziną. Wsaloniku zebrało się sporo usób. Był wśród nich jej syn Rudolf, powołany dowojska, a z nim jego piękna żona, Lola. Rozmawiano o wojnie i nastrój byłraczej minorowy. Nie brakowało tu również Leśmiana, który adorował Lolę,dowcipkował i starał się ją rozweselić. Mówił, że jego pierwszy w życiuafekt miłosny był skierowany do karmiącej go mamki, ponieważ miała bardzo ładny i ponętny biust. Lola uśmiechnęła się z przymusem, gdyż bolał ją ząb,i powiedziała: "Zamiast pleść głupstwa, przyniósłbyś mi trochę spirytusu na ten ząb, bo dłużej nie wytrzymam". Bolek zerwał się i wybiegł z domu. Niebawem wrócił, d1/4wigając pięciolitrową butlę, tak zwaną "suleję", denaturatu, używanego do prymusów, i postawił ją przed Lolą. Widok drobnejosoby Leśmiana z tą ogromną butlą był tak groteskowy, że nawet znękana Lolawybuchnęła śmiechem. Śmieliśmy się wszyscy, zapominając na chwilę o groziewojny.Mieszkałam już z mężem w Piotrogrodzie, kiedy ojca oddelegowano z Ługańskado Kazania. Rodzice z Jankuem znów udali się w podróż. Drogę odbywalistatkiem, płynąc Wołgą z południa na północ. Janek całe bogactwo wrażeń ztej podróży wyraził w poemacie pt. "Wołga", który rodzicom i mnie bardzosię podobał.Z początkiem roku szkolnego Janek przyjechał do Piotrogrodu, ponieważrodzice życzyli sobie, aby tam kończył gimnazjum. Prosili, żebym z pomocąmęża wynajęła mu umeblowany pokój. Chodziliśmy więc od bramy do bramy iprzeglądaliśmy ogłoszenia. W końcu wydało nam się, że jesteśmy u celu.Pokoik był schludny i niedrogi. Po obu stronach korytarza widniało kilkorodrzwi. Gospodyni uprzejmie zapewniła nas, że zaopiekuje się chłopcem. Poodprowadzeniu Janka na miejsce przeznaczenia wrócilismy z miłym poczuciemdobrze wypełnionego zadania. Niestety, następnego ranka zjawił się naszpodopieczny ze swą walizeczką w ręku. Był zły, zmęczony i niewyspany. Zprzerażeniem słuchaliśmy jego relacji z minionej nocy. Okazało się, żelokal, w którym nieopatrznie umieściliśmy go, był po prostu domempublicznym. Przez całą noc "dziewczynki" dobijały się do drzwi które Janekzamknął na klucz i zabarykadował meblami. Dopiero po paru dniachznale1/4liśmy dla niego odpowiedni pokój.W chwilach wolnych od nauki nawiązał trochę znajomości, a że był dobrzeułożony, rozwinięty fizycznie i umysłowo, traktowano go już jak dorosłegomężczyznę, co niebawem miałam okazję stwierdzić. Przyszedł do mnie pewnegodnia przygnębiony i po krótkim wstępie wyznał, że zgrał się w karty. "Sprawa honorowa, ratuj". Przyrzekł solennie, że już nigdy więcej nie ulegnie magii kart. Nie miałam własnych pieniędzy, zaniosłam więc dolombardu swój złoty zegarek i w ten sposób honor Janka został uratowany.Ale na tym nie skończyły się kłopoty finansowe, gdyż życie towarzyskie,jakie Janek prowadził, pociągało za sobą wydatki. Chciał pod względemelegancji dorównać innym panom, więc w tajemnicy przede mną sprawił sobiemodny w owych czasach żakiet. Wydał na ten zakup pieniądze, które rodziceprzysłali mu na utrzymanie, i został bez środków do życia. Radził sobie wten sposób, że jadał przygodnie: na przyjęciach u znajomych, w niedziele iświęta u mnie, a w dni powszednie chodził do studenckiej stołówki, gdziechleb z sosem można było jeść za darmo. Tam właśnie go spotkałam, gdy zesmętną miną zajadał ten marny obiad. Wszystko się wydało i znów musiałam gowyciągać z biedy.Po zdaniu przez Janka matury pojechaliśmy do rodziców. Rodzice zajmowali wKazaniu dwa umeblowane pokoje i cieszyli się, że mają nareszcie zapewnionąegzysteneję. Przyjęli nas z radością i ojciec, jak dawniej, nucił od ranaswoje "param-pam-pam". Wraz z rodzicami zwiedzaliśmy Kazań aż po samąprzystań na Wołdze, a wieczorami zasiadaliśmy wokół stołu i ojciec nazmianę z Jankiem czytali głośno, zaczynając od "Wesela", które w czasachwojennej zawieruchy i z dala od Polski miało dla nas szczególny wyd1/4więk.Po powrocie do Warszawy ofiarowaliśmy rodzicom tom "Wesela" z dedykacją:"Kochanym Staruszkom na pamiątkę wspólnych wieczorów w Kazaniu. Jaś iHala".Po Wyspiańskim przyszła kolej na utwory Oscara Wilde'a. Zafrapowaniosobowością i twórczością tego autora, czytaliśmy jedno po drugim jegodzieła. Talent Wilde'a, jego błyskotliwość, w zestawieniu z okrutnym losem,jaki mu zgotowało angielskie społeczeństwo i rodzina, wszystko to poruszałonas do głębi. Szczególną reakeję można było zauważyć u Janka. Trudno mi wytłumaczyć, jak i kiedy dokonała się w nim przemiana. Dość, że zewnętrznie upodobnił się do ulubionego pisarza. Nie tylko uczesanie, ale nawet zarysust i spojrzenie spod ciężkich powiek były jakby takie same. Potwierdzałato jego fotografia z tamtego okresu, jak również spostrzeżenia wielu osób.Szkoda, że to zdjęcie zaginęło podczas Powstania.W Kazaniu Janek stale bywał w polskim klubie, gdzie zbierała się tamtejszapolonia. Spotykał się tam z Remigiuszem Kwiatkowskim, któremu pokazywałswoje wiersze. Poeta zainteresował się bratem, uważał, że ma talent, izachęcał do dalszej pracy.Na początku roku szkolnego Janek zapisał się na uniwersytet (wydziałweterynarii), ale gdy doszło do krajania żab, przerwał studia.Wojna miała się ku końcowi, front rozłaził się w szwach. Zbliżały się noweczasy. Coraz wyra1/4niejsza stawała się wizja wolnej Polski. Rodzice robilistarania związane z powrotem do kraju, chcieli jak najprędzej opuścićKazań. Raptem matka odkryła, że Janek otrzymuje miłosne listy i wymyka sięchyłkiem z domu. Przyciśnięty do muru przyznał się, że pewna Rosjanka,mająca zresztą dwoje dzieci, której mąż przebywał na froncie, zakochała sięw nim i często go do siebie zaprasza. Jaś zawrócił nią sobie głowę i był zdecydowany na wszystko. Wtedy matka odbyła z nim poważną rozmowę iroztoczyła gro1/4ną wizję przyszłości, jaką mógł sobie nieopatrznie zgotować.Jeśli da się uwikłać w ten romans, wsiąknie, zostanie w Kazaniu i pogrzebiewszystkie nadzieje na nowe życie w wolnej Polsce. Słowa te poruszyływyobra1/4nię Janka, chłopak przeraził się nie na żarty. Wziął się w garść iprzestał odwiedzać uwodzicielkę. Po kilku dniach przyszło dziecko zliścikiem, który Janek otworzył w obecności matki. Przeczytali razem słowa:"Jasja, jeśli wy nie prijdiotie, ja ubijuś". Odpisał na nie: "Ja bolsze nieprijdu. Ni siewodnia, ni zawtra, nikogda nie prijdu". Tak zakończyła sięniebezpieczna gra w miłość. Do Piotrogrodu wracałam sama. Janek na razie został z rodzicami. Dopiero pu upływie dwóch lat miałam spotkać się z nim w Warszawie, dokąd przyjechał w1918 ruku. Rodzice wkrótce po nim, po wielu tarapatach, dotarli do Polski i zamieszkali w Radomiu, gdzie ojciec dostał pracę w Dyrekcji KoleiPaństwowych. Ja z mężem i synkiem wyjechałam z Rosji towarowym pociągiemwraz z grupą Polaków. Po sześciu tygodniach tułaczki w poszukiwaniugranicznego przejścia dotarliśmy przez Wołoczysk do polskiej granicy iudało się nam ją przekroczyć. Na tle grudniowego nieba ujrzeliśmy sylwetkężołnierza w rogatywce, na koniu. Stał nieruchomo - symbol upragnionejPolski. A daleko za nami zostały udręki i groza niszczycielskiej wojnydomowej.Na dworzec przyjechali po nas wuj Benedykt z Antkiem. Znale1/4liśmy się winnym świecie, wśród naszych bliskich, półprzytomni ze zmęczenia i radości.Kazano nam natychmiast zdjąć z siebie nędzne łachmany, które służąca zodrazą wrzuciła do pieca. Po kąpieli, ubrani w czystą bieliznę i odzież,zasiedliśmy do suto zastawionego stołu. Byli tam rodzice i Janek, który barwnie i z humorem opowiadał, jak brał udział w rozbrajaniu Niemców. Pokolacji Janek i Antek śpiewali "O mój rozmarynie" i inne żołnierskiepiosenki. Potem nastąpiły rozmowy, którym nie było końca.Po przyje1/4dzie do Warszawy Janek zapisał się na wydział prawa UniwersytetuWarszawskiego. Polska kształtowała właśnie swoją państwowość, powstawałaarmia. Janek, zgodnie ze swoim temperamentem, nie pozostawał na uboczu,lecz z młodzieńczym zapałem włączył się w nurt porywających wydarzeń. W1918 roku przerwał studia, by wraz z grupą studentów wstąpić na ochotnikado nowo utworzonego 36 Pułku Piechoty Legii Akademickiej, idącego naodsiecz Lwowa. Brał więc udział w kampanii lwowskiej. Dowiedzieliśmy się, że sytuacja mieszkaniowa w Warszawie jest bardzotrudna. Całe szczęście, że matka zarezerwowała dla nas dawny pokój u ciotkiMarii przy ul. Czackiego - wraz z mężem i synkiem mieszkałam tam przezszereg lat.Ledwo zatarły się trochę wspomnienia o wojnie, gdy nastał rok 1920. Janekznów wyruszył na front. Znając jego artystyczną, wrażliwą naturę,umiłowanie poezji i humanitaryzm, mogę się domyslać, że wcale nie pociągałygo okrutne, krwawe potyczki i triumfy bitewne. Ze wszystkich rodzajów orężanajlepiej władał piórem. Dobrze się więc stało, że przydzielono go doredagowania gazety frontowej i organizowania imprez kulturalno-oświatowychdla żołnierzy.Po skończonej wojnie Janek wrócił do Warszawy w stopniu sierżantasztabowego. Kontynuował studia na Uniwersytecie Warszawskim i zarabiał nażycie pisując pod pseudonimem Szer-Szeń teksty piosenek i skecze dlakabaretów literackich. W końcu lat dwudziestych za udział w kampaniachlwowskiej i kijowskiej został odznaczony Medalem Niepodległości.Z doświadezeń wojennych brat wyniósł umiłowanie "Dziadka". W uczuciach tychnie był odosobniony, gdyż większość współczesnych mu Polaków darzyłaPiłsudskiego niekłamanym sentymentem. Gdy Marszałek zrzekł się władzy izamieszkał w ofiarowanym mu przez wdzięczne społeczeństwo domku wSulejówku, 19 marca ściągały tam tłumy pragnące uczcić dzień jego imienin.Posuwaliśmy się w długiej kolejce aż do holu, gdzie każdy wpisywał się doksięgi życzeń. Pan domu stał obok, w swym szarym mundurze, bez orderów aniodznaczeń, i po kolei zamieniał z każdym uścisk dłoni.Kiedy wyszła z druku pierwsza książka Janka pt. "Oblicza zmyślone",zapragnął przesłać ją w hołdzie Marszałkowi. Na pierwszej stronie zamiastdedykacji napisał odręcznie wiersz o jego córkach. Niebawem adiutantMarszałka przyniósł tom jego wspomnień pt. "Moje pierwsze boje", zdedykacją: "Janowi Brzechwie - J. Piłsudski, 6/8.26". Po śmierci "Dziadka"został wydany przez J. Mortkowicza tomik pt. "Imię Wielkości", na któryskładało się dziesięć wierszy brata o Piłsudskim, nigdzie poza tym niedrukowanych.W czasie pełnienia stużby wojskowej w Warsrawie przydarzały mu się niemiłeprzygody. Kiedyś na przykład otrzymał rozkaz odprowadzenia kilku koni doinnej jednostki wojskowej. Na Krakowskim Przedmieściu konie rozbiegły się wróżne strony i przechodnie pomagali mu je łapać.Kiedy indziej stał na warcie pod Belwederem. Mijały jałowe godziny. Myślamibujał w obłokach, gdy w pobliżu dały się słyszeć kroki. Ocknął się z zadumyi miał zapytać o hasło, ale zapomniał jego brzmienia. Aby ratować sytuacjęzawotał raz po raz: "Padnij, powstań! Padnij, powstań!" Oczywiście, nieominęła go paka.Gdy Janek powrócił do cywila, Celina oddała mu swoją pracownię malarskąprzy ul. Marszałkowskiej 148. Piętro niżej mieszkała wielka miłość Leśmiana- Dora Lebenthal. Zaprzyja1/4niony z obiema kobietami i otoczony ichserdeczną opieką, Janek spędzał u nich wolne chwile. W 1924 roku zacząłaplikować w kancelarii adwokata Jana Fidlera.Leśnnian często przyjeżdżał z Zamościa i zatrzymywał się u Dory. Była todla Janka okazja do zbliżenia z Leśmianem, którego podziwiał i uwielbiał zajego talent. Kiedy Janek dał mu do przeczytania swoje przywiezione z Rosjimłodzieńcze wiersze, Bolek ocenił je bardzo krytycznie. Radził je spalić izacząć pisać od nowa. Za jego też poradą brat podpisywał swe utwory jakoBrzechwa i już do końca życia został Brzechwą.Około 1922 roku odbył się w Filharmonii Warszawskiej wieczór futurystów.Brał w nim udział także Bruno Jasieński. Janek wyszedł na estradę i zadeklamował kilka swoich wierszy. Poza tym Kazimiera Rychterównarecytowała jego "Express", gorąco oklaskiwany. Tyle tylko zachowało się wmojej pamięci szczegółów z tamtego wieczoru.Gdy przyjeżdżał Bolesław, dom Dory się ożywiał. Przychodzili znajomi Bolka,a także lekarze - koledzy Dory. Odbywały się wówczas wielkie przyjęcia,bawiono się i tańczono. Janek brał żywy udział w tych zebraniach. Każdy zbiesiadników miał obok swego nakrycia przygotowaną przez Janka karteczkę zokolicznościowym wierszykiem. Kartka przy nakryciu Dory zawierała słowa:"We wszystkim tak dokładna, że wnet się połapiesz. Ma jedna zawsze rację,prócz niej - czasem papież. Tańczy jak Terpsy-chora, a pije jak zdrowa. Nazłość wszystkim lekarzom niech mnie boli głowa". Pewnego razu było naobiedzie u Dory kilku studentów Francuzów. Nie rozumieli ani słowa po polsku. Siedzieli obok Janka i stale sięgali po jego papierosy. Wreszcietrochę zniecierpliwiony rzekł półgłosem: "Cudze palicie, swoich nie macie,sami nie wiecie, co oszczędzacie". Oczywiście nic z tego nie zrozumieli.Odczuwaliśmy dotkliwie rozłąkę z rodzicami, oni też za nami tęsknili,zwłaszcza że w Radomiu byli zupcłnie sami. Przyjeżdiali do Warszawy naniedziele i święta bardzo zmęczeni drogą i obładowani przysmakami dla nas.Żal nam było staruszków, że mają trudne życie. Te spotkania były dla naswszystkich wielką radością. Oboje z Jankiem, już przecież dorośli,siadaliśmy na kolanach ojca jak za dawnych lat i gawędziliśmy onagromadzonych sprawach. Janek był jeszcze na studiach, kiedy ojciecsprawił mu smoking. Ślicznie w nim wyglądał, smukły i urodziwy. Ojciec wodził za nim spojrzeniem pełnym czułości. Byliśmy wszyscy razem tacyszczęśliwi! Nie przeczuwaliśmy wtedy, że zbliża się najgorsze, co mogło nasspotkać. Ojciec ciężko zachorował. Przyjechał z matką do Warszawy dolekarza, który stwierdził daleko posuniętą sklerozę nerek. Zgodnie z jegozaleceniem wywie1/4liśmy ojca na lato do Radości. Kilka miesięcy trwała walkao jego życie. Mimo największych wysiłków lekarzy nie udało się ojcauratować - we wrześniu odszedł od nas na zawsze. Cios ten ugodził nasgłęboko. Obawialiśmy się o matkę - rozpacz jej nie miała granic. Gdynapotykała na jakiś przedmiot należący do ojca, osuwała się na ziemięzemdlona. Otoczyliśmy ją serdeczną opieką, nie spuszczaliśmy jej z oczu. Zamieszkała z nami na Czackiego w sąsiednim pokoju. D1/4wignęła się na duchuz miłości do nas. Przeżyła męża o osiem lat.Janek długo nie mógł przeboleć utraty ojca, cierpiał i tęsknił. Napisałwtedy wiersz pt. "Ojciec". Pierwsze jego strofy brzmiały: Nieżywe, smutne słowa: "Mały Jaś" Mów do mnie znów jak dawniej. Światło zgaś, Chcę z tobą być jak dawniej sam na sam, By dobrze tak jak dawniej było nam...Cała nasza osierocona trójka - matka, Janek i ja - wspierała się i garnęłado siebie wzajemnie, by łatwiej d1/4wigać ciężar świeżej żałoby. Mijały dniei miesiące. Najlepszy lekarz - czas pomagał zabli1/4nić się ranie.Nasza matka wykazała duży hart ducha. Aby rozproszyć swój smutek i wypełnićnadmiar wolnego czasu, postanowiła udzielać lekcji języka francuskiego,którym doskonale władała. W tym celu opracowała własną metodę nauczania idawała odpowiednie ogłoszenia w prasie. Chętnych do nauki okazało sięnadspodziewanie dużo. Matka umiejętnie dobierała uczniów i organizowałakomplety. Lekcje te cieszyły się ogronmym powodzeniem, co dawało matce pozasarysfakcją moralną niezły zarobek. Było to nie do pogardzenia, ponieważemeryturę po mężu otrzymała bardzo skromną. Janek miał już daleko poza sobą sielskie dzieciństwo i uroki wczesnejmłodości, spędzone pod czułym okiem rodziców. Wchodził w wiek męski,udziałem jego miało być wiele szczęścia i goryczy, sądzone mu było poznaćsmak sukcesów i klęsk. Ale to już całkiem inna historia...