TYTUL: Wielki Aleksander Gordon AUTOR: Jan Brzechwa OPRACOWAL : Adam Ciarcinski (adam@man.dedal.lublin.pl) -------------------------------------------------------------------------1Z oddalonego pokoju, przez otwarte okna, dobiegała gra Ewy. Na ulicyprzechodnie zatrzymywali się, zapominali przez chwilę o powszedniejkonieczności pośpiechu i oddawali się skradzionemu próżniactwu, żebyposłuchać chociażby strzępów rozbrzmiewającej muzyki. Naturalność gry Ewysprawiała wrażenie improwizacji. Na pierwszy plan wybijała się melodia żywai bujna, mieniąca się szeroką gamą najsubtelniejszych cieniowań. Aleniewidzialna pianistka urzekała też ulicznych melomanów plastycznościąpolifonii. Pod jej palcami Chopinowska Barkarola tchnęła żarem południowegonieba i chłodem wodnych przestrzeni, włoski romantyzm łączył się z czystopolskim liryzmem. Fortepian zdawało się nie grał, lecz śpiewał, zwłaszcza wpartiach kantylenowych. W pewnej chwili, gdy przebrzmiała środkowa częśćBallady g-moll, Gordon, który nigdy nie mógł słuchać jej bez głębokiego wzruszenia, wychylił ostatni łyk kawy i wszedł do pokoju Ewy.Stojąc w drzwiach, głosem patetycznym, jakby ze swojej ostatniej wyuczonejroli, zawołał:- Ewo, jesteś genialna! Zagrałaś to wspaniale, nadzwyczajnie,fantastycznie! Styszałem Paderewskiego w Paryżu, cała sala wstała z miejsc,stałem ja i król belgijski, ale Paderewski w porównaniu z tobą to partacz.Przysięgam na Szekspira! Niech będę statystą w prowincjonalnym teatrze,jeśli na konkursie nie zdobędziesz pierwszej nagrody. Przepowiadam ciświatową sławę, a ja znam się na sławie i potrafię na nią polować jakmyśliwy na kuropatwę. Możesz mi zaufać, uczynię z ciebie gwiazdę pierwszejwielkości.Mówiąc to pocałował ją w czoło tkliwie, niemal z namaszczeniem.- Cóż za skłonność do przesady - powiedziała Ewa przebierając palcami poklawiaturze. - Jesteś niepoprawnym entuzjastą. Ale na tym właśnie polegacały twój uzok. Chciałabym wyróżnić się na konkursie, żeby ci nie sprawić zawodu. Wiesz chyba, że na nikim tak mi nie zależy, jak na tobie. Inni mnienie obchodzą. Chociaż... skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie pragnęodnieść sukcesu.- Musisz! Wierzę w twój talent.- Kobiety na ogół nie są żądne sławy. Ale tyś mi zaszczepił ten bakcyl,przyznaję.- Czeka cię wytężona praca. Ludzie nie zdają sobie sprawy, jakiegosamozaparcia wymaga kariera artysty. Wszyscy sądzą, że nasze życie składasię z samych blasków, oklasków i francuskiego koniaku, że sukcesy spadająna nas lekko jak barwne confetti. Ale ty widzisz, iIe wysiłku kosztuje mniekażda rola, ty wiesz.- Mam przed sobą jeszcze pół roku. Ćwiczę przecież od rana do nocy. Jestemwytrwała i uparta.- Wzięłaś to po mnie. Dlatego też dziwi mnie, że od pewnego czasu nienazywasz mnie ojcem. Czy sądzisz, że tego nie zauważyłem? Nie, Ewo, to niejest w porządku. Przyznasz chyba, że traktuję cię jak rodzoną córkę, jeślinie lepiej.- Córkę, córkę - rzuciła Ewa tonem rozdrażnionym, z domieszką goryczy. -Jesteś despotyczny, samowładny jak faraon, co jeszcze byłoby do zniesienia.Ale ty jesteś gromowładny jak Zeus. Wielki Aleksander Gordon! A ja lubięcię - dodała z przekornym uśmiechem - kiedy jesteś rozczarowany, zmęczony,lubię twoje chwile słabości. Wtedy stajesz się bardziej ludzki, mniejpatetyczny. I masz w sobie bezradność małego chłopca. Takim cię lubięnajbardziej. Teraz już wiesz?- A ja Iubię, gdy jesteś pogodna, wesoła i mniej uszczypliwa. Masz nazywaćmnie ojcem. Żądam tego!- Odezwał się Zeus rozkazodawca! - zawołała Ewa i uderzyła w klawisze,wydobywając z nich kilka taktów zgiełkliwej Wagnerowskiej uwertury.- Nie mam ochoty na sprzeczki. Wyjdziesz z nastroju i gorzej pójdzie cipraca. Żegnam cię patetycznie, despotycznie i jak tam jeszcze? Aha -gromowładnie. Idę na próbę. Gdybym się spó1/4nił - nie czekaj z obiadem.- Znowu mnie opuszczasz, mój Koriolanie!- Ojcze! Masz mówić do mnie: ojczel Jesteś krnąbrna i niepoprawna.Gordon zszedł do podziemnego garażu, wyprowadził swego peugeota i pojechałdo miasta. Zajmował z Ewą obszerną, odosobnioną willę na mokotowskiejskarpie, z ogródkiem pełnym bzów I tultpanów, ale szczególną chlubę ichobojga stanowiło jedno drzewko, które pó1/4ną jesienią obsypane byłozachwycającą czerwienią rajskich jabłuszek.Wielki Aleksander Gordon!Tak, Ewa miała słuszność nazywając go wielkim. Któż z ludzi starszych niepamięta jego dawnych głośnych kreacji. W roli Edypa wywoływał płacz nawidowni, Zasłynął jako król Lear, Uriel Akosta, Natan Mędrzec. O jego aktorshwie pisano monografie, Porównywano go z Królikowskim, Kaczałowem, Garrickiem. Gordon Craig, który przed wojną specjalnie przyjechał do Paryżana jego gościnny występ w roli Don Salustia, wpadł za kulisy, ukląkł irzekł z emfazą:- Gordon składa hołd Gordonowi.Królowa rumuńska podczas swego pobytu w Warszawie, natychmiast poprzyje1/4dzie, wyraziła życzenie obejrzenia Gordona na scenie. Tego dniagrano "Ryszarda II". Królowa zaprosiła Gordona do swojej loży i ofiarowałamu zdjęty z palca pierścień z brylantem. Był to pierścień zaręczynowy odkróla Ferdynanda. Opowiadano pó1/4niej o nieopanowanym wybuchu gniewukrólewskiego małżonka podczas przyjęcia w Belwederze.Działo się to przed wielu laty. Ten drobny incydent nabrał rozgłosu. Wprasie zagranicznej pisano, że w całej tej historii Gordon zachował się jakkról, a król jak prowincjonalny aktor.W istocie, był to człowiek pozbawiony płytkiego snobizmu, żywił wstręt dotak często spotykanej w sferach teatralnych małostkowości i kabotyństwa.Żył postaciami, w które się wcielał, aż sam stał się postacią z wielkiegorepertuaru życia. Umiał być wyrozumiały dla ludzkich ułomności i słabostek,do kolegbw odnosił się życzliwie, a w przyja1/4ni okazywał szczodrobliwośćuczuć, której wielu chętnie nadużywało, poczytując ją za słabość. Gordon nie pysznił się swoją wielkością, nie wywyższał się, był skromny inigdy nie miał pewności sukcesu. Nie szukał sławy - sama do niego przyszła.Wiedział tylko, że zawód artysty wymaga nieustannego doskonalenia środkówwyrazu, szlifowania rzemiosła, zmagania się z samym sobą, ze skostnieniemwarsztatu, z ograniczoną możliwością poznania tego, co w sztuce jestniepoznawalne i wymyka się spod kontroli racjonalnego myślenia. Dlatego teżpraca jego wykraczała daleko poza obszar wyznaczonych mu ról. Studiowałhistoryczne 1/4yciorysy odtwarzanych postaci, obyczaje ich czasów, tłospołeczne i polityczne, sfarał się poznać cały podskórny nurt, któryuzasadniał ludzkie postępowanie. Zgłębiał charaktery, psychologicznepobudki działania bohaterbw sztuki, klimat epoki i jej wpływ na przebiegwydarzeń. Był żywą encyklopedią wiedzy o teatrze, znał wszystkie jego tajemnice.Nie odczuwał głodu zaszczytów i może właśnie dlatego los mu ich nie poskąpił. Wiele mówiono o jego zarobkach, o jego zamożności, chociaż on samdo spraw materialnych nie przywiązywał wagi. Był bożyszczem tłumów.Egzaltowane wielbicielki nachodziły go za kulisami, mógł sięgnąć po każdą,ale nie zależało mu na łatwej zdobyczy, na przelotnych przygodach. Pragnąłw życiu tylko jednego: prostej, prawdziwej miłości. I tej właśnle nie miał.Tak mu się przynajmniej zdawało. Chciał być kochany nie dla swojej sławy italentu, ale jak zwykły pierwszy lepszy mężczyzna. Jego niepospolitośćfałszowała obraz rzeczywistych uczuć kobiet. Przekonywał się o tymniejednokrotnie i zawsze za pó1/4no. Był człowiekiem wielkich pasji. Ta pasjaprzenikała jego kreacje sceniczne, porywała widzów, ale nigdy nie udało musię obudzić równie wielkich uczuć w żadnej kobiecie, którą kochał. Nieznalazł dotąd ani jednej godnej partnerki do odegrania tej najważniejszejroli w teatrze jego własnego życia. Szukał szekspirowskiej bohaterki, aznajdował subretki z wodewilu. Nie od razu poznał tę gorzką prawdę. Byłufny i wielkodnszny w miłości, mierzył wszystko miarą własnego serca.Największy jego romans trwał pięć lat. Kobieta, którą kochał płomiennie i wiernie, porzuciła go bez powodu. W światowym repertuarze dramatycznymGordon nie spotkał się z czymś podobnym. Powiedaiała pewnego dnia podczasobiadu, tak swobodnie, jakby chodziło o zmianę kapelusza:- Wiesz, Al, postanowiłam od ciebie odejść. Dłużej już nie wytrzymam.Gordon osłupiał.- Nikt inny nie wchodzi w grę, przysięgam. Jesteś nadzwyczajny, wspaniały,będę cię podziwiała do końca życia. Ale na to, żeby żyć z mężczyzną, trzebago po prostu kochać. Nie przerywaj mi. Wiem, że sprawiam ci ból, a samąsiebie ośmieszam mówiąc tak po pięciu latach. Poniosła mnie egzaltacja igłupota. Wmawiałam w siebie, że jestem w tobie zakochana. A ty byłeś zawszetaki delikatny, wrażliwy. Myślałam, że coś się we mnie z czasem odmieni.Ale teraz wszystko mnie drażni. I ta twoja wieczna pogoda, i uległość, inieustanna chęć dogodzenia mi... Nie mogę tego znieść. Rozumiesz? Nie mogę!Wybacz, mówię to, co czuję. Nie wytrzymam już dłużej ani jednego dnia. Choćbyś mnie zabił. Ja naprawdę próbowałam się przemóc. Nie zgodziłam sięna małżeństwo dlatego, że cię nie kochałam. To znaczy, nie kochałam aż tak,żeby spalić za sobą mosty. Początkowo nie umniałam ci się oprzeć, niemiałam dość siły. Spadłeś na mnie jak Zeus na Ledę, przytłoczyłeś mnie. Aja jestem zwykłą, mało skomplikowaną kobietą, nie mam sił do d1/4wiganiatwojego nieba. Nie urodziłam się Kariatydą. Wypuść mnie ze swojej niewoli.Chcę i muszę od ciebie odejść, chcę ratować przed tobą resztki mojegożycia.Po wysłuchaniu tego monologu Gordon przez chwilę milczał z zaciśniętąkrtanią. Ziemia usuwała mu się spod nóg. Każde słowo Leny miażdżyło go,znieważało, zadawało śmiertelne rany. Ale nie dał tego po sobie poznać. Byłpomimo wszystko i w każdej sytuacji wielkim aktorem. Opanował się, wstał odstołu i rzekł głosem, który widzów tej sceny mógłby przejąć dreszczem:- Wszystko rozumiem. Tak, teraz wszystko rozumiem. Oczywiście. Na dwa dniwyjadę z Warszawy, żebyś miała czas na rozważenie swojej decyzji, a jeśli będziesz przy niej trwała - na wprowadzenie jej w czyn. W każdym raziewszystko, co znajduje się w tym domu, należy do ciebie. Pieniądze są wlewej szufladzie biurka. Możesz nimi dowolnie dysponować. Żegnam cię...Bąd1/4 zdrowa.Gordon rolę tę odegrał nieporównanie. Był wspaniałomyślny, pełen godności iw miarę tragiczny. Tak jak zapowiedział - wyjechał do Kazimierza, a kiedywrócił, Leny już nie zastał. Przez długi czas nie mógł odzyskać równowagi.Zaczął pić, noce spędzał w knajpach z przygodnymi kompanami, spó1/4niał sięna próby, odrzucał role.Okres ten nazwał póżniej żartobliwie cytrynowym okresem swojego życia.Wynikało to stąd, że co wieczór w Klubie Aktora wypijał pół litrajarzębiaku pod cytrynę pokrajaną w plasterki i posypaną cukrem. Różninaciągacze spośród aktorskiego paspólstwa czyhali na niego. Gdy tylkowchodził do Klubu, jakaś postać zrywała się od stolika:- Mistrzu, czy nie mógłby pan pożyczyć mi stówy?Filmowiec Krummel, autor niezłych krótkometrażówek, o którego względyzabiegały młode aktorki, pewnego wieczoru ustrzelił Gordona w szatni.Działał przez zaskoczenie, gdyż znali się raczej przelotnie.- Mistrzu, musi mi pan pożyczyć dwa tysiące.Gordon, obezwładniony tupetem tego człowieka, sięgnął do kieszeni marynarkii wyjął dwie pięćsetki.- Proszę... Nie mam więcej przy sobie.Po trzech dniach w teatrze wezwano Gordona do telefonu. Mówił Krummel:- Mistrzu, mam u pana tysiąc złotych... Kiedy mógłbym je dostać? Potrzebami do zarżnięcia. I tym razem Gordon dał się sterroryzować bezczelnościąfilmowca.- Tak... no dobrze... Zostawię w kopercie u portiera.Przy jego stoliku w Klubie przewijali się wykolejeni aktorzy, grafomani,drugorzędni malarze, poszukujący fundatora. A pó1/4niej licytowali się międzysobą, który z nich celniej go "przygordonił". Cytrynowy okres trwał przeszło pół roku. Ale Melpomena czuwała nad swoim wybrańcem. Powołanie artysty okazało się silniejsze niż rozpacz porzuconego kochanka. Wielki Gordon w sztuce znalazł ukojenie i grając Otella budziłtaką grozę, że młoda aktorka, występująca w roli Desdemony, zemdlała nascenie z przerażenia.Lena po upływie roku wyszła za mąż za podrzędnego rze1/4biarza, który jąmaltretował i bijał po pijanemu. Gordon raz tylko widział ją przelotnie w kawiarni. Z wolna oddalała się z jego pamięci. Podczas wojny Niemcywywie1/4li Lenę na roboty do Drezna, gdzie zginęła podczas dywanowegobombardowania tego miasta przez alianckie samoloty. Na wieść o tym Gordon zzawstydzeniem pomyślał, że gdyby Lena umarła wtedy, kiedy była z nim,cierpiałby mniej niż wskutek bólu, który mu zadała opuszczając go takbezlitośnie. Natychmiast jednak zdał sobie sprawę, że jej śmierć odczuwałjak czasową tylko nieobecność. Aktor, który dziesiątki razy umierał nascenie, nie umiał ogarnąć świadomością całej prawdy o istocie śmierci, ostanie absolutnego nieistnienia. Czy zresztą samo słowo "stan" nie niwelujew jakimś sensie tego pojęcia?Ale sprawa z Leną nie oznaczała tylko jednorazowej klęski. Miała dlaGordona znaczenie o wiele głębsze, gdyż obnażyła w całej ostrości właściwydramat jego życia. On, który dawał ludziom nieprzemijające wzruszenia,który umiał z genialną rozrzutnością pokazywać wielkie namiętności iuczucia, sam żył jak potępieniec, nieustannie łaknący i spragniony miłości.Dopiero Lena sprawiła, że uświadomił sobie w pełni tę fatalną prawdę. Niekochała go żadna kobieta pomimo wszelkich zalet męskiej urady i charakteru.W chwilach rozczarowań zastanawiał się nad sobą, prowadził, jak na aktoraprzystało, patetyczny monolog wewnętrzny:- Czego mi brak? Na czym polega moja ułomność? Jakie cechy trzeba posiadać,żeby zyskać uczucie kobiety? Może jestem za mało męski? Nie, nic podobnego!Może nudny? Przeciwnie. Wszyscy są zdania, że jestem interesujący wrozmowie, atrakcyjny, błyskotliwy. Mówili mi to mężczy1/4ni, przyjaciele,osoby obce. Kobieiy, z którymi mnie nic nie łączyło, zachwycały się moimsposobem bycia, galanterią, taktem towarzyskim. Talent, inteligencja?Czyżby to miało obezwładniać kobiece serca? Do licha, jestem za małoobłudny, nie dość brutalny. One lubią mężczyzn samolubnych i bezwzględnych. Tego im potrzeba. Gdybym był kompletnym zerem jak mąż Leny, gdybym nią poniewierał jak on, wtedy kochałaby mnie na pewno. Czernic, ten kiepski aktorzyna, wiecznie cuchnący potem, miał żonę, która go ubóstwiała, a kiedyją porzucił - odebrała sobie życie. Oto zawiłe tajemnice psychiki ludzkiej.Wiemy, kogo kochał Mickiewicz, ale gdzież te kobiety, które uszczęśliwiłygo swoją miłością? Kleopatra nie kochała Cezara. Napoleon władał kobietami,ale nie zdobywał ich serc. Alojzja wzgardziła Mozartem. Żona Wiktora Hugo,tego genialnego, subtelnego poety, wolała abnegata Sainte-Beuve'a. Natalianie kochała Puszkvna, skoro potrafiła przeboleć jego śmierć. Geniuszparaliżuje małe duszyczki. Geniusz nadaje się tylko do uwielbiania zdaleka. Oto nędza wielkości! "Romea i Julię", "Panią Bovary', "Czerwone iczarne", "Cierpienia młodego Wertera" mogli napisać tylko ludzie, którym poskąpiono w życiu miłości, a byli jej spragnieni tak jak ja. Tylkopospolitość nie paraliżuje wyobra1/4ni erotycznej kobiet. Potrzebny jest imbyle kto, żeby mogły nad nim górować. Dopiero wtedy ubożuchnaszczodrobliwość serca zaspokaja ich próżność. Dopiero wtedy są zdolnepokochać. Dlatego tacy jak ja muszą ponosić porażki.W pamięci Gordona przesuwały się różne postacie i twarze - teatr cieni. Zawsze, ilekroć ponawiał próby obudzenia w kobiecie upragnionego uczucia, przekonywał się poniewczasie, że była to jeszcze jedna bezwartościowamiłostka, po której zostawał niesmak i pustka.Upływały lata, dziesiątki lat, a on był wciąż niekochany. I tenniezaspokojany głód miłości dodawał tragizmu jego szekspirowskim kreacjom.Sława Gordona rosła, ale malała szansa na osiągnięcie osobistego szczęścia.Był pasierbem losu i życie przebiegało mu pomiędzy aplauzem widowni asamotnością mrocznego gabinetu, gdzie książki piętrzyły się do sufitu.I jeszcze to ostatnie rozczarowanie z Izoldą. Ta banalna i bezsensownahistoria w stylu brukowej powieści.Właśnie wtedy na horyzoncie pojawiła się Ewa. Jemu miała wszystko dozawdzięczenia. Ale i on jej również. Dla niego grała ulubioną Balladę g-moll, dla niego pragnęła zdobyć laur na Kounkursie Chopinowskim, dlaniego starała się stworzyć w domu atmosferę ciepła i spokoju. Oboje lubiliswoje "angielskie wieczory", kiedy Gordon recytował wiersze Poego, Burnsa, Keatsa.Gordonowie wywodzili się ze Szkocji. Pradziad Aleksandra, mistrz, który posiadał sekret produkcji porcelany, uległ namowom Staszica i wbrewzakazowi władz wymknął się potajemnle z Anglii, aby osiedlić się w Polsce,gdzie założył pierwszą fabrykę wyrobów porcelanowych. Upływ lat,biedbalstwo spadkobierców, kolejne pożary unicestwiły jego dzieło. Wrodzinie pozostał tylko kult dla języka przodków, który pielęgnowano jakrodowy klejnot.Ewa była urodzoną pianistką. Jej fenomenalna muzykalność wprawiała wpodziw. Od dziewięciu lat nie rozstawała się z fortepianem. Olśniewałatałentem, wrażliwością, wyczuciem stylów, wirtuozerią. Rok spędziła nastudiach pianistycznych w Anglii. Gordon chciał, aby poznała kolebkę jegorodu, a równocześnie udoskonaliła swą angielszczyznę.Upajali się muzyką i poezją, żyli teatrem i pracą, mieli wspólneupodobania, przylegali do siebie jak pierścień do palca.Przygoda z Ewą stała się w życiu Gordona początkiem nowej ery.2W bufecie teatralnym unosił się odór bigosu i piwa. Przy jednym ze stolikówsiedziała grupa aktorów i omawiała przykry incydent z dnia poprzedniego.Podczas szkolnego przedstawienia "Zemsty" chłopcy strzelali z procygwo1/4dziami w Rejenta i Dyndalskiego.- Czołem, koledzy! - zawołał Gordon od progu i jego potężna, masywna postaćprzysłoniła połowę niewielkiej salki.- Witamy mistrza - odezwała się nieśmiałym głosem Desdemona.- Mówiłem ci, mała, że nie lubię, kiedy tak do mnie się zwracasz. Czychcesz, żebym cię naprawdę udusił na scenie?- O, nasz Otello jest dziś nie w humorze - powiedział Czernic i zachichotałśmiechem, który przypominał skrzypienie szafy.- Przeciwnie - rzekł Gordon. - Czuję się zadowolony i szczęśliwy. Zwłaszczakiedy widzę takie śliczne dziewczęta. Pozwolisz, Haneczko, że usiądę przytobie. Co z próbą?- Odwołana. Irena ma grypę. Dzisiaj gramy Brechta. Cały repertuar przewrócony do góry nogami.- Wobec tego mam wolny wieczór. Pójdę z Ewą do Filharmonii. Powiadam wam,jak ta dziewczyna gra! Co za talent! W poniedziałek zapraszam was dosiebie. Urządzę jej mały prywatny recital.- A będzie koniak? - zapytał Czernic i głupio zarechotał.- Będzie. Ale dopiero po recitatu. Zacząłbyś skrzeczeć, a Chopin tego nielubi. Zresztą ja również. Za łatwo się wstawiasz i w dodatku nieefektownie.- A wie pan, że dyrektor ma zamiar odwołać przedstawienia szkolne? - rzekłaDesdemona.- To niesłuszne - powiedział Gordon. Potępiam oczywiście strzelanie z procydo aktorów, ale pomyślmy, jak zapobiec takim wybrykom. "Zemsta", Fredro -klasyk - bardzo pięknie. Może jednak sztuka ta nie trafia do młodocianejwidowni? Istota sporu o mur graniczny, sam problem, jest dla nichnajzupełniej obcy. A do zrozumienia materii literackiej, do zrozumieniaistotnego piękna Fredrowskiego dzieła smarkateria jeszcze nie dojrzała. Boyjuż dawno przewidział, jak będzie odbierana "Zemsta" w czasach, kiedy nawidowni zasiadają dzieci i wnuki Fredrowskich murarzy, a konflikt sąsiedzkidwóch nie istniejących już obszarników do ich świadomości nie dotrze. Mówięto oczywiście w uproszczeniu, ale twierdzę, że klasycy dla współczesnejmłodzieży są niestety za trudni. Wymagają większej dojrzałości artystycznej. Powiada się, że Mickiewicz zbłądził pod strzechy. Nicpodobnego. To tylko mit. Pokażcie mi chłopa, który rozczytuje się w "PanuTadeuszu'. Najgenialniejsze dzieło świata, a dla ludzi nie przygotowanych -piła. Oto powód, dla którego chłopcy na przedstawieniu "Zemsty" strzelają zprocy. Dyndalski nie chciał urazić Gordona, ale nie mógł powstrzymać się, żeby nie powiedzieć:- Jesteś tak przesiąknięty Szekspirem, że łatwą i błyskotliwą komedię Fredry usiłujesz ponad miarę skomplikować. Przypisujesz Fredrze garb,którego nie ma.- Opowiem wam świetną historię á propos - przerwała dyskusję Klodia z przyszłej premiery "Idów marcowych". - Bunin i Czechow odwiedzili choregoTołstoja. W pewnej chwili ten złośliwy starzec przyciągnął do siebie Czechowa, jak gdyby miał zamiar go ucałować, i szepnął mu do ucha: "Nie znoszę tych pańskich sztuk. Szekspir pisał 1/4le, a pan jeszcze gorzej".- No-no! Si non e vero, e bene trovato - rzekł Gordon, pożegnał się zkolegaml i wyszedł majestatycznym krokiem, który wielu aktorów na próżnostarało się naśladować.Był niezadowolony z siebie, że wdał się w dyskusję na temat "Zemsty". Miałwątpliwości, czy został właściwie zrozumiany.Muszę o tym pomówić z Ewą - pomyślał wychodząc z teatru. Wsiadł dosamochodu, żeby pojechać do domu. Ale w tym momencie uświadomił sobie, żeod rana nosi w sercu jakąś drobną drzazgę, że coś go uraziło, ale niepamiętał co i w jakich okolicznościach powstał ten niemiły zgrzyt, który mupupsuł humor.Dzień był upalny. Po pierwszej połowie maja, chłodnej i deszczowej, naglewybuchła pełnia wiosny. W ciągu jednej nocy zazieleniły się drzewa,zakwitły bzy i czeremchy. Gordon wdychał rozgrzane, aromatyczne powietrze ipoczuł nieodpartą chęć zanurzenia się "w zwiewnych nurtach kostrzewy".Zapragnął zetknięcia z przyrodą, z zielonością. Początkowo miał zamiarpojechać za miasto ale wtedy spó1/4niłby się na obiad. Wybrał więc parkłazienkowski, gdzie nieraz przemierzał samotnie odległe aleje i obmyślałswoje role.Zaparkował wóz na Myśliwieckiej i ruszył w głąb parku. Zatrzymał się przezchwilę na mostku nad wodą przyglądał się przepływającym łabędziom idziewczynce, która rzucała im kawałki bułki.- Jak ci na imię? - zapytał.- Ewa - odrzekła dziewczynka - i uciekła przestraszona widokiem ogromnego,starszego pana.- Ewa - powtórzył Gordon. I nagle uświadomił sobie powód przykrego uczucia,które mu towarzyszyło od rana. Tak, to było to. Ewa od pewnego czasuprzestała nazywać go ojcem. Dlaczego? Przez kilka lat pieszczotliwe słowo"tatuś" napełniało Gordona ciepłem i dumą. Uczynił wszystko, co mógł, żebyją przywiązać do siebie, żeby stworzyć jej warunki rodzinnego domu. Kochałją gorącą ojcowską miłością, przeniósł na nią wszystkie uczucia zawiedzionego serca! Stała się jego córką, 1/4renicą oka, skarbem, nad którym czuwał nieustannie. Drżał o jej zdrowie, otaczał najczulszą opieką,wychowywał, kształcił, gotów był poświęcić dla niej wszystko, nawet sławę iscenę. Nikt w życiu nie był mu równie drogi. I nagle coś się w niejodmieniło. Przestała nazywać go ojcem. Może w miarę jak dojrzewała, zaczęław głębi jej duszy budzić się tęsknota za prawdziwymi rodzicami, którychnigdy nie znała? Za matką. Tyle słyszy się o podobnych wypadkach. Zdarzasię, że z wolna narasta wrogość w stosunku do przybranych rodziców.Przygarnięte dzieci uciekają od nich, czynią poszukiwania, żyją nadziejąodnalezienia rodzonej matki lub ojca. Nikt nie jest w stanie wytłumaczyćtych dziwnych odruchów instynktu czy też głosu krwi.Gordon czuł, jak serce mu zamiera na samą myśl, że Ewa mogłaby się od niegoodwrócić, odejść do ludzi, którzy się jej wyrzekli, których nie zna i niemoże kochać, choćby się nawet nagle gdzieś objawili.Jest jego córką, nosi jego nazwisko, wszystko, co posiada, należy do niej.Czyżby znowu miał ponieść klęskę, tym razem ostateczną i równą śmierci?Nie trwożyła go myśl o jej małżeństwie. Rozumiał, że nie da się tegouniknąć. Ważna była tylko kwestia wyboru. Pragnął, żeby znalazła szczęściew miłości, którego sam nigdy nie zaznał. Byleby tylko nie zniweczyła jegoojcostwa. Tego przecież nie może uczynić, nie może zadać mu takiego ciosu. Spotkał Ewę przed dziesięcioma laty. Tak, to była najosobliwsza przygoda!Żaden pisarz nie zdołałby jej wymyślić. Napisało ją samo życie swoimwiecznym, bajecznym piórem.3Był niezapomniany rok 1955, w którym wyrugowano bezprawie. Ludzie wyzbylisię lęku. Gordon pięć lat spędził w oflagu i każda myśl o ponownym pozbawieniu wolności napełniała go odrazą. Kiedy koledzy organizowali teatrw obozie jeńców, odmówił swego udziału. Jego muza nie mogła schwycićoddechu w niewoli. Tak określił swoje stanowisko.Dlatego też rok 1955 obudził w nim głód aktywności politycznej ispołecznej. Sztuka nie wypełniała już dostatecznie jego bujnej natury.Zgodził się kandydować na posła do sejmu, stanął na czele organizacjiaktorskiej, wszedł do zarządu ZBoWiDu, dał się poznać jako działacz i mówca. Przypomniano sobie jego przeszłość rewolucyjną, którą nie lubił się popisywać ani nie chciał jej dyskontować. Zresztą tego, że ukrywałspiskowców czy organizował strajk aktorów, nie uważał za rzecz godną uwagi.Rok 1955 otworzył tamy. Repertuar teatrów wzbogacił się o nowe sztuki,które dotąd nie miały dostępu do polskich scen. Na afiszach pojawiły sięnazwiska Sartre'a, Anouilha, Salacrou. Ale talent Gordona wymagał większegonapięcia. Był w swoich kreacjach patetyczny i kolosalny, jak Michał Anioł wrze1/4bie. Zaćmiewał wszystkich, rozsadzał scenę, nie miał dla siebie godnychpartnerów. $więcił właśnie tryumfy w "Mazepie". Takiego Wojewody od czasdwstarego Leszczyńskiego w Warszawie nie oglądano, toteż bilety naprzedstawienie rozchwytywane były na miesiąc naprzód.Wtedy właśnie, pewnego wieczoru, za kulisami zjawiła się Izolda. Ojciec jejbył śpiewakiem operowym i wymyślił dla niej to pretensjonalne imię, abyuczcić w ten sposób Wagnera.Pomysł godny tenora - pomyślał Gordon.Izolda pracowała w jednej z redakcji Polskiego Radia, gdzie polecono jejopracować audycję: "Godzina z Aleksandrem Gordonem". Przyszła uzyskać jegozgodę i ustalić wszystkie szczegóły.Gordon z właściwą mu galanterią powiedział:- Czy się zgadzam? Musiałbym być ślepy jak Homer, żeby odmówić takiejślicznej dziewczynie.Ten zdawkowy komplement wywołał rumieniec na twarzy Izoldy. Gordon przyglądał się jej okiem znawcy. Miała duże, zdziwione oczy w oprawiestarannie podczernionych rzęs; usta świadome swego powabu, z lekkaprawokujące; prześliczne. małe uszy, i tylko miękki, tępo zakończony nosnadawał rysom twarzy ledwie dostrzegalny odcień wulgarności. Głowa osadzonana długiej szyi, nieznacznie uwypuklonej przez powiększoną tarczycę, byłazachwycająco zgrabna. Jej ksztalt podkreślały krótko obcięte, proste włosy,spadające zalotnie na czoło bezładną grzywką.- Mój szef powierzył mi przygotowanie tej audycji. Kiedy mogłabym omówić zpanem scenariusz? Liczę na pańską pomoc.Izolda nie tytułowała go mistrzem, co zmniejszało dystans pomiędzy nimi.Nie wiedziała nawet, że ujęła tym Gordona. Po prostu przyswoiła sobiemłodzieżowy styl, odrzucający kult dla uznanych autorytetów. TraktowałaGordona jak zabytek z epoki, która ją mało interesowała. Była na wskrośnowoczesna tą sztuczną nowoczesnością dziewcząt ładnych i zarozumiałych,ale absolutnie powierzchownych.- Jak pani redaktor sobie życzy - rzekł Gordon z lekką ironią w głosie. - Amoże pani czuje się za młoda, aby wolno było tak panią tytułować?- Z tą młodością pan chyba przesadza. Mam już skończone studiapolonistyczne.- Naprawdę? No cóż, bardzo z tym pani do twarzy.- Pan Gordon - na plan! - rozległ się w głośniku głos inspicjenta.- Przepraszam panią, muszę iść na scenę. Możemy się umówić. Czy zechciałabypani przyjść do mnie? Powiedzmy - w poniedziałek. O dwunastej. Już sobienotuję. Będę czekał.4 Rozmowa toczyła się w gabinecie Gordona przy czarnej kawie. Izoldarozgłądała się ciekawie po pokoju.- Co oznacza ta płaskorze1/4ba? - zapytała wskazując na gipsową kopię Nike zSamotraki.- Nike? A dlaczego bez głowy? Podoba mi się ten wschodni pejzaż.Bakałowicz? To istniał taki malarz? A tamci żołnierze na biwaku? Fałat? Niemożliwe. Przecież Fałat malował śnieżne krajobrazy. Ma pan dużo ładnych rzeczy. We1/4my się jednak do pracy. Proszę mi opowiedzieć o sobie.Izolda notowała i nie zadając pytań zdała się całkowicie na tok opowiadaniaGordona:- Życiorys mój nie jest tak bogaty, jak pani sądzi. Zaczęło sięstereotypowo i banalnie. Reszta była dziełem przypadku. A więc matura wRadomiu. Potem szkoła dramatyczna. Mieliśmy w rodzinie aktora. On mnie dotego namówił. Powołanie? Czy ja wiem... Jako mały chłopiec byłem na"Irydionie" w Teatrze Polskim. Wyszedłem pod wielkim wrażeniem, nauczyłemsię sztuki na pamięć, odgrywałem przed lustrem Heliogabala, wygłaszałemtyrady Eytychiana. Tak, było to jakieś wielkie przeżycie. Po ukończeniuszkoły dramatycznej tułałem się po teatrach prowincjonalnych. Ciągle jakieśplajty, cbłód, głód, dyrekcja nigdy nie miała pieniędzy na wypłatę gaż.Naprzód statystowałem, potem dawano mi niewielkie rólki. Nazywamy je"ogonami". W Kielcach dochrapałem się roli Albina. Ale grałem 1/4le, sypałemsię za każdym razem. Miejscowy krytyk zmieszał mnie z błotem. Potem byłem wKrakowie. Reżyser przez wyjątkową życzliwość pozwolił mi zagrać Chochoła.Tym razem poszło mi znacznie lepiej. Dostałem list polecający do Limanowskiego i dostałem się do Reduty. Dopiero tam dopisało mi szczęście.Tak, to był czysty przypadek. Niespodziewanie zachorował Osterwa, potrzebnebyło nagłe zastępstwo, a ponieważ akurat nawinąłem się pod rękę, ktośpowiedział: "A może Gordon?" I wtedy właśnie zagrałem Orlątko. Znałemtekst, rola mi jakoś leżała i odniosłem nieoczekiwany sukces. W teatrzenabrano do mnie zaufania i już po roku zaproponowano mi engagement doRozmaitości. Odtąd powodzenie już mnie nie opuszczało. Wiele mam dozawdzięczenia Boyowi, ktbry nie szczędził mi słów zachęty, a nawet uznania.Pamięham, że po latach, w jednej ze swoich recenzji, użył określenia"Wielki Aleksander Gordon". I ten superlatyw przylgnął jakoś do megonazwiska. Ale w rozmowie przed mikrofonem proszę tego zwrotu unikać. Bardzotego nie lubię. Nadmierna koturnowość ośmiesza. Chciałbym w odczuciuradiosłuchaczy być takim samym człowiekiem jak oni, człowiekiem, którego zawód sprowadza się do żmudnej, codziennej pracy. Trzeba im trud aktorapokazać we właściwych proporcjach, bez mitów, odarty ze złudzeń ułatwionegożycia. Praca, nieustająca praca, ogromny wysitek psychiczny, napięcienerwów do granic ostatecznego wyczerpania. Oto co powinny zrozumiećszerokie masy radiosłuchaczy. Izolda notowała słowa Gordona, w pewnej chwili jednak nie wytrzymała i powiedziała sceptycznie:- Ludzie chyba zdają sobie z tego sprawę. Ostatecznie my w Radio teżpracujemy bardzo nerwowo. Mamy krótkie terminy, musimy walczyć o miejsce wstudio, zmieścić się w limitach czasu i budżetu. Ale przejd1/4my teraz do samego programu. Co chciałby pan zaprezentować ze swego repertuaru?- Rozumiem panią. Tak, to chyba jest najistotniejsze. Trzeba sięzastanowić. A więc, dajany na to - scena z "Żywej maski".- Czyje to?- Pirandella.- Nie znam tego utworu.- Następnie monolog Hamleta. A jeszcze "Ruy Blas", no i - powiedzmy -"Natan Mędrzec". A na zakończenie "Cyd".- Może poda mi pan nazwiska autorów.- Pani tego nie wie? Hugo, Lessing, Corneille...- Przyznam się panu, że niezbyt lubię te staromodne dramaty i tragedie. Zadużo w tym retoryki i gadulstwa. Wolę sztukę nowoczesną. Proszę miwybaczyć, ale nasze pokolenie inaczej przeżywa namiętności. Dawny widzlubował się w ekshibicjonizmie. Nasze uczucia są bardziej uproszczone.Często zadajemy sobie pytanie, komu to potrzebne?- Tego was uczono na polonistyce? - zapytał Gordon. - Jesteściesfrustrowani? Wolicie płyciutkie, blagierskie mędrkowanie Ionesco? O, nie,droga pani! Moda przemija, a prawdziwa sztuka zostaje. Prawdziwej sztukinie można zablagować frazesami. Widziałem w życiu niemało tychefemerycznych eksperymentów. Zostały z nich trociny. Czy pani czytała "Pana Tadeusza"?- Pan ze mnie kpi... "Pana Tadeusza" przerabialiśmy jeszcze w szkole.- A więc pani go nie czytała! Niech pani posłucha.Gordon wstał z fotela, oparł się o półkę z książkami i zaczął recytowaćobszerny fragment z księgi czwartej. Izolda słuchała z szeroko otwartymioczami, uśmiechała się z zaciekawieniem. Gordon wydobył z poematu wszystkiejego powaby, zmieniał głos, modulował go i po mistrzowsku podkreślał humor,barwę, muzykę wiersza. A kiedy przerwał recytację, znowu zapytał:- Czy pani to czytała?Izolda, z wypiekami na twarzy, odrzekła nieśmiało:- Nie... tego nie pamiętam. Ośmieszyłam się, prawda?- Porozmawiamy jeszcze na ten temat. Ale może kiedy indziej. Pani pozwoli,że do audycji sam sobie dobiorę partnerów. Muszę porozumieć się z kolegamiw teatrze. Pani jest bardzo miła, ale też bardzo młoda. Proszę do mniewpaść jutro za kulisy. Będę mógł podać pani nazwiska aktorów.Spotkania z Izoldą odbywały się odtąd częściej. Trwały próby i nagrywaniaposzczególnych partii audycji na taśmę. Pewnego dnia po próbie Gordon zaprosił Izoldę na kolację. Siedzieli wprzytulnym kącie sali, z dala od hałaśłiwych saksofonów, które bardziejprzypominały uliczny zgiełk aniżeli uporządkowaną grę instrumentów.Kiedy kelner podał zamówione przez Gordona szparagi, Izolda zawołała zrozbrajającym zdziwieniem:- Co to? Nigdy tego nie jadłam!Wydała się Gordonowi uroczą dzikuską. Dyplom uniwersytecki nie był w staniepokryć jej ignorancji i mógł uchodzić za curiosum naszych nieuważnych czasów. Słuchając sądów Izoldy o literaturze, Gordon myślał z pobłażliwym uśmiechem: Boże, jaka ona miła! Mentalność pęczka rzodkiewki, a ile przytym wdzięku.Chciała uchodzić za bardzo nowoczesną, operowała frazesami z prasy literackiej i ograniczoność umysłu podszytego wiatrem starała się ratować lekceważeniem i pogardą dla spraw, które przekraczały jej ubożuchną wiedzę.- Proust? Nie mam do niego cierpliwości. Jak pod mikroskopem analizuje najdrobniejsze spostrzeżenia i odruchy. Albertyna, owszem. Ale to nie jest lektura dla człowieka nowoczesnego. Ja lubię tempo, tempo! Skróty myślowe, syntetyczne ujęcie zdarzeń, przeżyć, charakterów. Trzeba iść skacząc pogórach, ze szczytu na szczyt. Nie znoszę dreptania w miejscu.Gordon słuchał tego bezmyślnego szczebiotu i uświadamiał sobie nie bezzdziwienia, że Izolda coraz bardziej pociąga go i niepokoi. Uświadomił teżsabie, że od kilku dni zaprząta jego uwagę. Powiedział kładąc dłoń na jejdłoni:- Wie pani, coraz częściej o pani myślę. To śmieszne, prawda?- Ja też. Odkąd pana poznałam, nie myślę o nikim innym. Pan jestnadzwyczajny.Po tych słowach nastąpiły zwierzenia:- Jestem dziewczyną Krummla. Zna go pan... Ten z filmu. Ale ostatnioprzestałam się z nim widywać. Przepędziłam go. Przy panu wydaje mi siępłaski i bezbarwny. Nie chcę go znać. Nie rozumiem nawet, jak mogłam z nimżyć przez dwa lata.- Dlaczego pani mi to opowiada? Przecież on jest żonaty. Znam jego żonę.- To nieważne. Liczy się tylko pan. Tamto minęło. Pomyślałam sobie, że ztakim człowiekiem jak pan powinnam być szczera. Krummel już dla mnie nieistnieje.Audycja wypadła świetnie. Gordon znowu zabłysnął wszystkimi barwami swegotalentu. Pokazał, czym może być głos, sam głos. Dla każdego fragmentuscenicznego umiał znale1/4ć odrębną intonację, odrębny wyraz, jedyniewłaściwy i niezrównanie trafny. Sukces audycji przypisał w całościIzoldzie. Ale tym razem nie była to tylko kurtuazja. Chciał podarowaćuroczej dziewczynie cząstkę samego siebie. Zresztą nazajutrz po audycji posłał jej bukiet róż z podziękowaniem.- Od nikogo dotąd nie dostatam tak pięknych kwiatów - powiedziała Izolda. -Pan jest nadzwyczajny.Gordon telefonował do niej co wieczór. Prosiła go o to. Przyjeżdżał podgmach Radia i odwoził ją do domu. Izolda mieszkała z matką bardzo skromniei krępowała się zaprosić go do siebie. Widywali się więc zazwyczaj namieście.Powiedział do niej pewnego razu z tkliwę poufałością:- Gdybym się nie obawiał śmieszności, przyznałbym się, że jestem w tobieniemal zakochany.- O jakiej śmieszności pan mówi? - zapytała Izolda szeroko otwierając oczyi marszcząc tępo zakończony nosek.- Jestem o dwadzieścia pięć lat starszy od ciebie. Czy rozumiesz, co toznaczy?- Absurd. To nic nie znaczy, nic! Uważam pana ża majwspanialszego mężczyznęna świecie. I proszę nie traktować mnie jak powierzchownego, głupiegopodlotka. Chcę, żeby pan był zakochany we mnie. Przecież i ja... Czy nicpan nie czuje?Gordon czuł. Czuł przypływ ciepła, którego łaknęło jego nienasycone serce.- Powiedz, Izoldo. czym mógłbym ci sprawić przyjemność? Może masz jakieśpragnienie?W oczach jej zabłysły iskierki dziecinnej niemal przekory:- Tak, tak! Okropnie lubię mandarynki. Marzę o mandarynkach.Nazajutrz Gordon uzyskał połączenie z Rzymem. W polskiej ambasadzie odezwałsię kobiecy głos:- Kto? Aleksander Gordon? Z teatru Narodowego? Dla pana wszystko.Oczywiście. To drobiazg. Cieszę się, że pana slyszę. Wyślemy jutro. Nie maza co. Proszę zgłosić się na lotnisko do pilota. Pozdrowić pana ambasadora?Tak, tak, przekażę mu. I my pozdrawiamy pana. Doprawdy nie ma za co...Kiedy Izolda otrzymała mandarynki wraz z wiązanką róż, zadzwoniła doGordona:- Pan jest nadzwyczajny.W jej niezbyt bogatym słowniku ten często powtarzany zwrot mieścił w sobiewszystko. Tak przynajmniej rozumiał to Gordon. Po wieczornym spotkaniupróbował w samochodzie ją pocałować. Nie broniła się. Ale gdy zbliżył ustado jej warg, powiedziała ściszonym. błagalnym szeptem:- Nie, niech pan tego nie robi.Wreszcie jednak nadszedł ów rozstrzygający dzień. Gordon czekał przedRadiem. Była piąta po połundniu. Pojechali w kierunku Czarnej Strugi.- Chcę cię pocałować. Czy dzisiaj pozwolisz?- Tak - odpowiedziała Izolda. Wtedy Gordon wyłączył silnik, objął ją i przylgnął do jej warg. Ogarnęło go wzruszenie. Kochał tę dziwną dziewczynę. Jej zduszony, jakby namiętny głos działał na niego podniecająco. Całował ją naprzód delikatnie ipowściągliwie, gdy jednak po pewnym czasie starał się rozchylić jej wargi,Izolda zacisnęła usta. Nie było w niej uległości ani poddania siępieszczocie. Zaciskała usta opornie i Gordon odczuł to jak coś, czego niedoznał nigdy, nawet od kobiet, które tylko przelotnie pozostawały pod jegourokiem. A ona? Ona przecież mówiła mu, że jest nadzwyczajny, samastworzyła klimat miłosnej obietnicy, a teraz uchylała się od pocałunku. Nagorączkowe wysiłki Gordona odpowiedziała wreszcie jakby z poczuciem winy:- Nie lubię inaczej... Nie umiem...A po chwili dodała:- Pan chciałby wszystko od razu. Tak nie można. Wyjed1/4my razem. Chcepan?... Pojed1/4my do Bułgarii. To byłoby takie piękne!Gordon, którego zmroziła oziębłość Izoldy, po tych słowach znowu poczułprzypływ nadziei.- Godzisz się na to? Chcesz tego?- Tak... Żeby nie było banalnie. A wie pan, że jeszcze nie jadłam obiadu?Jestem głodna.Pojechali do restauracji. Izolda jadła szybko, kazała dać sobie wina.- Mam wolny wieczór - rzekł Gordon. Może pójdziemy na koncert? GraOjstrach.- Ojej, boli mnie ząb - jęknęła Izolda. - Wypadła mi dzisiaj plomba. Ćmiłod rana, a teraz rozbolał na dobre.- Może zawie1/4ć cię do dentysty?- Nie. Chcę wrócić do domu. Przecież moja mama jest dentystką.Wieczorem Gordon odstawił samochód do garażu i postanowił przejść się pomieście. Drzewa nosiły na sobie złote i czerwone piętno pa1/4dziernika.Wcześnie zapadał zmierzch, robiło się chłodno. Przed kinem Gordon załrzymałsię i obejrzał plakat. Wyświetlano film kryminalny.- Jean Gabin - przeczytał Gordon i postanowił obejrzeć tego aktora, któregobardzo cenił. Spoglądał na ekran, ale przed oczami ciągle miał jeszczeIzoldę. Myślał o niej bezustannie... Wspominał jej zaciśnięte usta iprzenikało go uczucie goryczy. Więc dziewczyna nowoczesna, która w dodatkużyła dwa lata z Krummlem, nie zna smaku pocałunku? Jakież to smutne!Po skończonym seansie wyszedł z kina. Od roku nie palił, a teraz podrażniłgo aromat amerykańskich papierosów. Rozejrzał się i zobaczył z dalekasylwetkę Izoldy. Przebił się przez tłum, podszedł bliżej. Tak, to byłaIzolda. Trzymała Krummla pod rękę i tuliła twarz do jego ramienia. Gordondosłyszał urywki zdań:- Widzisz, mała, jak to jest...- Nie mów... Pójdziemy do mnie... Matka wyjechała.Potem widział, jak wsiedli do taksówki i odjechali. A więc miał rację.Ośmieszył się przed tą głupią, kłamliwą dziewczyną. Wystrychnęła go nadudka, dał się nabrać na wyuczone, płytkie frazesy. Wielki artysta? Nie!Wielki błazen! Jeszcze jedna próba, zakończona sromotną porażką. Każda znich woli swojego Krummla. Oto ideał przeciętności. Szedł pieszo do domu, zraniony tą nową zniewagą, zawiedziony, obolały,pełen bezgranicznego smutku. Nagle poczuł się stary, nikomu niepotrzebny.Izolda miała słuszność. Cała jego sztuka, styl gry, tragiczne role -wszystko to było zmurszałe, pokryte pleśnią. Życie poszło naprzód - bezniego. Pozostały wspomnienia i gorycz rozczarowań. Nędza wielkości.Mżył drobny, jesienny deszcz. Gordon ciężkim krokiem przeciął plac, idąc wkierunku domu.Pojedyncze latarnie świeciły tak słabo, że zaledwie dostrzegł niepozornąpostać dziewczynki, która zbliżyła się do niego.- Proszę pana, która godzina?Spojrzał na zegarek.- Za dziesięć jedenasta.- Proszę pana! Niech pan mnie we1/4mie do siebie.- Nie rozumiem! O co ci chodzi?- Proszę pana... Ja daję tak jak żadna.Dziewczynka wyglądała najwyżej na lat jedenaście-dwanaście. Gordonwzdrygnął slę na jej słowa.- Co ty pleciesz! Ruszaj do domu. Czy mam zawołać milicjanta?- O... Zaraz milicjanta... Niech pan spróbuje... Nie będzie pan żałował.- Słuchaj, dziecko, id1/4 do domu, radzę ci!- Ja nie mam domu.- A gdzie nocujesz?- Różnie. Na dworcu. Pójdę z panem, dobrze? Nie musi mi pan płacić.Gordon stał w milczeniu, po czym skręcił w boczną ułicę. Dziewczynka szłaza nim.- Odejd1/4! Powiedziałem ci.- Ja umiem, naprawdę... Będzie pan zadowolony.Spoglądała na niego wzrokiem wystraszonego kundla, który się boi, alejednocześnie liczy na jakiś kęs.Gordon rozejrzał się po pustej ulicy, zastanawiał się przez chwilę,wreszcie rzekł:- Dobrze. Chodż!Szli w milczeniu. Dziewczynka pośpiesznie dreptała, żeby dorównać długimkrokom mężczyzny, któremu sięgała nieco wyżej pasa.Gdy znale1/4li się w mieszkaniu, Gordon obudził swoją gospodynię Teresę ikazał jej przygotować kolację.- A to co? - spytała mierząc dziewczynkę podejrzliwym spojrzeniem.- Znajda. Niech Teresa puści wodę do wanny.Dziewczynka stała onieśmielona. Była w wytartym, połatanym sweterku, nanogach miała trampki. Brudne ręce schowała za siebie.- Co to będzie? - spytała.- Pójdziesz do łazienki i wykąpiesz się. Nie cierpię brudasów. Jak ci naimię?- Ewa.- Tereso, proszę ją zabrać i porządnie wyszorować. A potem niech włoży mójszlafrok. To, co ma na sobie, lepi się od brudu.Teresa, która przywykła do niespodzianek i do nieoczekiwanych gości, nie dyskutowała z Gordonem. Znała go z lat przedwojennych, kiedy byłagarderobianą w teatrze. Po powrocie Gordona z niewoli przyjechała do niegodo Łodzi prosić o polecenie jej do nowo powstałego Teatru Wojska.- A może zostałaby pani u mnie, zajęła się domem, gospodarstwem? Obojebędziemy mieli wygodniejsze życie.Została. Powierzył jej rolę ochmistrzyni i opiekunki. Nauczyła sięwykonywać wszelkie jego polecenia, w zamian za co wymagała dla siebiebiletu na wszystkie premiery. Cała ulica wiedziała, że pracuje u panaartysty, i była z tego dumna. Życie miała niełatwe, ale nie zamieniłaby gona żadne inne.- Ewa, słyszałaś, co pan powiedział? Chod1/4 się kąpać.Gordon, gdy został sam, usiadł przy biurku i nakręcił numer Izoldy.- To ty, Izoldo? Jak twój ząb?- Dziękuję. Już nie boli.- Masz ochotę ze mną porozmawiać?- Może nie teraz. Mam gościa. Nocuje u mnie koleżanka z Radia.- Czy ta sama, z którą byłaś w kinie?Nastąpiło długie milczenie. Gordon, nie czekając na odpowied1/4, odłożyłsłuchawkę.Zadzwonił tylko po to, żeby nie mieć sobie nic do wyrzucenia. I żebyzdemaskować kłamstwa Izoldy! Niech wie, że nie jest głupcem. Koniec zTristanem! Koniec! Koniec!5Podczas gdy Ewa była w łazience, Gordon, zagłębiony w fotelu, rozpamiętywałswoje życiowe porażki. Teraz właśnie Izolda. Otaczał ją tak wyszukanągalanterią i dbałością, że musiała być z drewna, jeśli nie uległa tejromantycznej finezji uczuć. Dostawała od niego kwiaty, gdziekolwiek sięznalazła - w Krakowie, w Zakopanem, w Ustce. Z niezwykłą starannościąwynajdywał dla niej artystyczne drobiazgi, które przyjmowała bezwzruszenia. Każdego dnia dawał jej subtelne dowody pamięci. Ten nieznanyjuż dzisiaj styl adoracji powinien był być zniewalający. Ale Izolda, powierzchowna i płytka, okazała się nieczuła na uroki zakochanego Gordona.Mógł jej wybaczyć ignorancję, zakłamanie, pozerstwo, ale kompletny brakpoczucia dobrego smaku i gruboskórność dzikuski, to wszystko, co obnażałojej duchową ordynarność, otrze1/4wiło Gordona i napełniło głęboką odrazą.Lena wobec Izoldy wydała mu się nieomal Heloizą. Niech Krummel robi swoje.Przeciętność grawituje ku przeciętności. Artysta musi odrzucić od siebiewszelką małość, ratować się przed ściągnięciem na dmo. Dosyć! Trzebawykreślić Izoldę z pamięci!Były to jednak tylko myśli bez pokrycia. Upłynęło dużo czasu, zanim Gosdonzdołał wyzwolić się z nękającej go tęsknoty i zawiedzionych pożądań.Teresa przyprowadziła Ewę ubraną w jego szlafrok. Dziewczynka miała rękawyzawinięte do łokci i obiema rękami podtrzymywała poły, żeby się niezaplątać w obszernych fałdach. Wilgotne jeszcze po umyciu włosy Teresazaplotła jej po bokach w dwa warkoczyki. Dopiero teraz Gordon przyjrzał sięEwie dokładnie. Stała onieśmielona, a jej zaróżowiona twarzyczka wyrażałalęk i niepokój. Tylko wielkie niebieskie oczy spoglądały z psią uległością.- Tereso, proszę dać jej kolację. Pewno jest głodna. Ewo, siadaj do stołu.Po chwili, kiedy Teresa przyniosła na tacy pieczywo, masło i wędlinę,dziewczynka usiadła na brzegu krzesła i łapczywie zabrała się do jedzenia.Jadła sam chleb, zerkając niepewnie na półmisek.- We1/4 sobie szynki - powiedział Gordon. - Posmaruj chleb masłem.- Można?Nieśmiało sięgnęła po wędlinę, spoglądając ukradkiem to na Gordona, to naTeresę.- Co z nią zrobimy, proszę pana? - zapytała Teresa.- Na razie chcę z nią porozmawiać.Kiedy zostali sami, Gordon usiadł naprzeciwko Ewy i spoglądał na nią zzakłopotaniem. Po raz pierwszy znalazł się w podobnej sytuacji.- No tak... - odezwał się wreszcie. - Mów teraz prawdę. Ile masz lat?- Trzynaście.- Przecież jesteś jeszcze dziecko.- Stolarz powiedział, że jestem dorosła.- Jaki stolarz?- Nie powiem.- Czy to twój ojciec?- Nie. Ja jestem podrzutek. Stolarz mnie wziął z Domu Dziecka.- To twój opiekun?- Opiekun.Gordon dopiero teraz dostrzegł sińce na lewym policzku Ewy.- A to co? Czy cię kto bił?- Nie... Czasami...- Mów prawdę.- Żona stolarza. Ona mnie nie lubi. Jak nie mogę nadążuć z robotą, zarazmnie bije. - A co ty u niej robisz?- Wszystko. Sprzątam, gotuję, zmywam.- Uciekłaś stamtąd? - Pan tak wypytuje jak na milicji.- A od kiedy zadajesz się z mężczyznami?- O, już chyba z pół roku.- Chodzisz po ulicy?- Nie. Dopiero dzisiaj.- Powiedz mi, kto cię do tego namówił czy zmusił?- Nie powiem.- Dlaczego mnie zaczepiłaś?- Tak sobie.- Czy chciałaś w ten sposób zarobić?- Pewnie.- Słuchaj, dziecko, dostaniesz ode mnie dwieście złotych...- Naprawdę?- Dostaniesz dwieście złotych, jeśli powiesz mi całą prawdę. Kto cięnapo... To znaczy, kto był ten pierwszy?- Stolarz. Powiedział, że jestem już dorosła. I że jak go usłucham, to mibędzie u niego dobrze. Tylko żebym nic nie gadała.- Jak się ten stolarz nazywa? Gdzie mieszka?- Nie powiem, nie powiem! Ja tu nie po to przyszłam.- No dobrze. Jeszcze o tym pomówimy.- A nie pójdziemy do łóżka? Ja panu dogodzę, niech pan spróbuje.- Pójdziemy do łóżka, ale każde osobno. Tereso!- To pan nie chce? - zapytała Ewa ze zdziwieniem.- Nie pleć głupstw.Teresa weszla w jedwabnym szlafroku, z papilotami na głowie. Była już popięćdziesiątce, ale uważała, że praca u wielkiego artysty obowiązuje dodbałości o elegancję i przyzwoity wygląd.- Tereso, proszę posłać Ewie w gabinecie na tapczanie.- A jutro? - spytała Ewa.- Jutro zastanowię się, co z tobą zrobić. A teraz id1/4 spać. Dobranoc.- Chod1/4 - rzekła Teresa. - Słyszałaś, co pan powiedział? Dostaniesz na nocpomarańczę. A ja jeszcze muszę uprać twój sweter i pocerować pończochy.Koszuli to ona wcale, proszę pana, nie ma. Nędża i ubóstwo, że pożal sięBoże. A brudna była, jakby wyszła z błota. Że też takie dziecko tuła siębez opieki. No, chod1/4, mała. Powiedz panu dobranoc.- Dobranoc.Gordon w sypialni zamknął się na klucz. Ogarniało go przerażenie na myśl,że Ewa mogłaby przyjść w nocy i ponowić swą propozycję. Był głębokowstrząśnięty niedolą dziewczynki, która dostała się w ręce jakiejśwystępnej pary. Zastanawiał się nad koniecznością zawiadomienia milicji obezeceństwie owego opiekuna. Los Ewy przysłonił mu chwilowo przejścia z Izoldą. Takie to było nieważne wobec dramatu dziecka, które wymagałoratunku i pomocy.Rano Ewa jeszcze spała, kiedy Gordon wyszedł do teatru. Reżyserował "Cyda",ale sam w sztuce nie grał. Dokuczał mu ischias i nie mógł długo wytrwać wpozycji stojącej. Z próby wywołał go wo1/4ny. Dyrektor miał do niego ważnąsprawę.- Panie Aleksandrze, telefon do pana. Z milicji.Gordon wziął słuchawkę.- Hallo. Tak, to ja. Na bazarze Różyckiego? Co pan mówi? Niemożliwe... Wcale na to nie wyglądała... Nie, nazwiska nie znam... Tak, Ewa... Teraznie mogę, ale za godzinę... Dobrze, przyjadę...- Co się stało? - zapytał dyrektor.- Nic ważnego. Drobna kradzież w moim mieszkaniu.W komisariacie Ewa siedziała wylękniona jak zaszczute zwierzątko. Na ławceleżał duży tobół. Gordon poznał swoje dwa garnitury, serwetę, kryształowąpopielniczkę, kilka łyżeczek. Wszystko to owinięte było w koc.- Nic nie rozumiem. Przecież w domu jest gosposia. I jak ona zad1/4wigała naPragę taki tobół...Podszedł do Ewy.- Dobre z ciebie ziółko. Wcześnie zaczynasz.Ewa na widok jego wielkiej, korpulentnej postaci cofnęła się w kąt izakrywając twarz rękami zawołała błagalnym głosem:- Proszę mnie nie bić!... Proszę mnie nie bić!Spoza rozcapierzonych palców wyzierały duże niebieskie oczy. Łez w nich niebyło, tylko zwierzęcy strach.- Tu się nikogo nie bije - powiedział autorytatywnie dyżurny podoficer.- Co z nią zrobicie? - zapytał Gordon.- Przetrzymamy w Izbie Dziecka, a potem przekażemy do sądu dla nietetnich.Dostanie pan wezwanie na rozprawę.Teresa siedziała w kuchni zapłakana.- Taka mała i już złodziejka, mój Boże. Usmażyłam jej na śniadanie jajecznicę, ugotowołam kakao, a kiedy ma chwilę wyszłam po zakupy, okradładom i uciekła. Już nic z niej nie będzie. Pójdzie do poprawczaka, zmarnujesię do reszty. Zepsucie w narodzie jest, proszę pana. Nawet nie zauważyłam,że coś zginęło. Dopiero jak zadzwonili z milicji, połapałam się, żegarniturów nie ma w szafie. To moja wina. Nie powinnaan była jej zostawiać.- Wszystko się znalazło. Nie zdążyła sprzedać.- Szkoda dziecka, oj, szkoda. Nie ma ojca ani matki. Taki kundel bezdomny.A panu przydałaby się i żona własna, i córeczka. Ciągle pan tylko sam isam.- Dobrze, dobrze, Tereso. Znam to na pamięć.Zjadł obiad, ubrał się i pojechał do Wandy. Miał z nią romans, którysprowadzał się niemal wyłącznie do obopólnej przyjaini. Romans bez miłościi bez namiętności. Zażyłość z domieszką erotycznego przyzwyczajenia.Opowiedział Wandzie przygodę z Ewą.- Że też ty masz zawsze coś, co komplikuje ci życie. Stale przy tabieplączą się jakieś ciemne postacie. Wszyscy cię naciągają. A potem takiKrummel chwali się, że cię strzelił na dwa tysiące.- Lepsze to, niż gdybym ja musiał pożyczać od Krummla. Zyskałemprzynajmniej tyle, że Krummel będzie mnie teraz unikał do końca życia.Mówiąc to Gordon równocześnie pomyślał, że Izolda i Krummel bawią się jego kosztem i na jego koszt. Ogarnęło go uczucie goryczy i niesmaku. Czym wobec takiego grzęzawiska jest występek nieszczęsnej Ewy?W sądzie Gordon siedział ponury i spode łba przyglądał się małejwinowajczyni. Stwierdził, że skradzione rzeczy należały do niego. Wszystko,co mówił, było oskarżeniem trzynasteletniej złodziejki.Rozprawa toczyła się przed sędzią dla nieletnich, kobietą młodą, o ciepłymgłosie i spojrzeniu. Nadęta mina i obrażony ton Gordona brzmiał dysonansemna tej sali, gdzie wyczuwało się raczej atmosferę współczucia niż potępienia. Toteż na ładnej twarzy Wysokiego Sądu odmalowało sięzdziwienie, gdy Gordon, dotąd tak surowy, przed zamknięciem przewodu wstałi oświadczył:- Chcę zaopiekować się tym dzieckiem. Gotów jestem wziąć na siebieodpowiedzialność za los Ewy. postaram się stworzyć jej odgowiednie warunki,otoczyć ją opieką i należycie wychować. Proszę Sąd o wyznaczenle mniekuratorem.Ewa, pełna rezygnacji, siedziała w samochodzie obok Gordona i przyglądałasię ciekawie tablicy rozdzielczej. Jechali w milczeniu. Teresa powitała ichz radosnym podnieceniem.- Taki jest nasz pan! Widzisz, jaki to człowiek? A ty go okradłaś, niedobredziecko!- Ewa zostanie u nas - oświadczył Gordon. - Będziemy mieli dużo kłopotu,ale musimy się nią zająć. Jestem jej opiekunem sądowym. Rozumiesz, Ewo? Opiekunem sądowym.Gordon wymawiał to z taką dumą, jakby został co najmniej członkiem RadyPaństwa.- Znowuu będzie jak u stolarza. Ja nie mogę tak ciężko pracować. Przecieżjestem jeszcze dziecko.Odezwanie się Ewy zaskoczyło Gordona, gdyż użyła jego własnych słów.- Sprytna jesteś - rzekł z uśmiechem. - Nie bój się, nie będziesz miałaciężkiej pracy. Pójdziesz do szkoły i zaczniesz się uczyć tak, jakwszystkie dziewczynki w twoim wieku. Uczyłaś się w Domu Dziecka?- Pewnie.- A u stolarza?- Miał mnie posyłać do szkoły, ale potem żona nie pozwoliła. Żona stolarzanazywała mnie śmierdzącym podrzutkiem i biła gdzie popadło. Stolarz jej siębał. A jak raz odebrał jej żelazko, którym chciała mnie po pijanemu walnąć,to sam oberwał. Ona jest Helenka, a on Lusiek. Tak do siebie mówią.Gordon polecił Teresie, żeby pokój gościnny na górze urządziła odpowiednio dla Ewy. Kiedy Teresa wyszła, posadził Ewę obok siebie, pogłaskał ją potwarzy i rzekł:- Posłuchaj, nikt nigdy nie podniesie odtąd na ciebie ręki. Nie potrzebujesz kraść, ponieważ ten dom jest twoim domem. Rozumiesz? Wszystko,co w nim się znajduje, należy do ciebie. To znaczy - do nas obojga.Obsprawię cię i ubiosę przyzwoicie, żebyś wyglądała jak inne dziewczynki,które mają rodziców.- A nie będzie pan zamykał przede mną chleba?- Postaraj się mnie zrozumieć. Będę traktował cię jak własne dziecko. Alety nawet nie wiesz, jakie powinno być życie dziecka. Pomału je poznasz.Oswoisz się, pójdziesz do szkoły. Chcę, żeby ci było u mnie dobrze. A terazpani Teresa pójdzie z tobą do miasta i kupi ci co trzeba. Zgoda?- Pan tak mówi, jakby to było naprawdę.- Nie oszukam cię, zobaczysz. A o stolarzu zapomnij raz na zawsze.Wyrządził ci wielką krzywdę, za którą powinien siedzieć w kryminale. Topodły człowiek. Zapomnij o nim. Od dzisiaj zaczniesz nowe życie. Może mniez czasem polubisz. Chodż, zaprowadzę cię do twego pokoju.6W Domu Dziecka Gordon dostał odpisy dokumentów. Figurowała w nich jako EwaSobota. Nazwisko otrzymała zapewne od dnia, w którym ją podrzucono. Rodzicejej byli nieznani. Podano też Gordonowi personalia i adres ludzi, którzy jąwzięli na wychowanie. Ludwik Sieńko - stolarz - oraz jego żona Helena.Zgwałcenie trzynastoletniej dziewczynki nie może mu ujść bezkarnie -pomyślał Gordon.Wsiadł w samochód i pojechał do Prokuratury. Ale w drodze rozmyślił się.Sprawa musiałaby trafić do sądu. Dyskrecja ludzka jest zawodna, Gordonawszyscy znają, plotki ścigałyby Ewę przez długie lata. Musiał jejzaoszczędzić przykrości i wstydu. Nie, lepiej niech ta ponura historiapójdzie w niepamięć. Sprawiedliwość bywa niezgrabna jak słoń. Karzącwinowajcę mimochodem tratuje ofiarę. Tak stałoby się w wypadku Ewy.Upływały tygodnie, a dziewczynka nie umiała przystosować się do nowychwarunków. Gordon budził w niej lęk, w szkole zdradzała otępienie, była skryta i dzika.Teresa, stara panna o niewyżytych instynktach macierzyńskich, pierwszapozyskała zaufanie Ewy. Zabierała ją z sobą do miasta i uroczyście wprowadzała w świat swoich znajomości.W sklepie spożywczym, w kiosku "Ruchu", w pralni, u szewca prezentowałaEwę:- To córka mistrza.Albo:- Pani Różycka, proszę popatrzeć. Córeczka mistrza Gordona. Przyjechała z zagranicy. Podobna, co?Niebawem cała dzielnica, która znała wielkiego aktora i szczyciła się tym,że zalicza go w poczet swoich mieszkańców, komentowała pojawienie się Ewy.Wkrótce oswojono się z jej widokiem, przyjęto wersję Teresy, jakoby Gordonsprowadził córkę z Anglii. Dziwiono się jedynie jej nieskażonej polszczy1/4nie. W szkole nosiła wprawdzie nazwisko Sobotówny, ale i tamuznawano ją za córkę Gordona. Gdzieniegdzie jeszcze po kątach plotkowano naten temat. Wiara w mity krążące wokół życia i obyczajów aktorów nadawaławszelkim osobliwym sytuacjom cechy prawdopodobieństwa.Od chwili gdy Ewa z nim zamieszkała, Gordon znowu stał się domatorem. Nieodczuwał już samotności tak dotkliwie jak dawniej. Obserwował zzaciekawieniem zachowanie dziewczynki, jej początkową nieufność i rażący gou niej spryt kundla. Było coś irytującego w braku szczerości, w wykrętnychodpowiedziach Ewy, którą przecież otaczał nieustanną troskliwością i opieką. Może nie umiał jeszcze wykrzesać z siebie dostatecznego ciepła.Kazał jej mówić do siebie "tatusiu", co brzmiało nienaturalnie i niepozbawiało obcości ich wzajemnych stosunków,Przełom nastąpił dopiero na początku zimy. Pewnej niedzieli Gordon siedział za biurkiem w gabinecie i wraz z Ewąprzeglądał jej szkolne zeszyty.- Słuchaj, dziecko... Przynosisz bardzo złe stopnie. Tutaj, na przykład,dostałaś dwbję za to, że piszesz niedbale. Wszędzie znać ślady brudnychpalców... Tak nie można. Ja rozumiem, że ręce masz zniszczone ciężką pracą,ale musisz je częściej myć. Moja córka nie może być brudasem, prawda? Poprawisz się?- Dobrze, tatuś.- Masz, daję ci w prezencie moje wieczne pióro. To jest takie pióro, którymw zeszycie nie robi się błędów. Ono na pewno nie napisałoby "burza" przezżet.- Dziękuję, tatuś.W drzwiach ukazała się Teresa.- Proszę pana, jakaś kobieta koniecznie chce się z panem widzieć.- Co za jedna?- Powiada, że ma bardzo ważną sprawę i że pan będzie wiedział, o co chodzi.- Dobrze, niech wejdzie.Kobieta miała na sobie futro z wytartych 1/4rebaków. Wełnianą chustkęzgarnęła na tył głowy. Niemłoda, ale ładna jeszcze twarz zdradzałapodniecenie. Na jej widok Ewa zerwała się z fotela i przykucnęła w kąciegabinetu, trzymając się kurczowo kotary u okna.- Proszę, niech pani siada. Czym mogę służyć?Kobieta odsapnęła, spojrzała władczo na Ewę i rzekła tonem układnym, alenie dopuszczającym sprzeciwu:- Przyszłam po Ewkę. Ona jest moja. Nazywam się Helena Sieńko. Ewka,zabieraj się!Gordon milczał.- Nie może tak być, proszę szanownego pana. Myśmy dziewuchę przez rokżywili, ubierali, kosztowała nas kupę forsy. Z prawa należy do nas. Myjesteśmy opiekunami. A szanowny pan ją sobie wziął i przygadał. Jakżeż takmożna? Chod1/4, Ewka, na co czekasz?Ewa jak zahipnotyzowana, z przerażeniem w oczach, zaczęła wolno, ledwie poruszając nogami, przesuwać się w kierunku fotela.Wtedy Gordon wstał, oparł się ciężko rękami o biurko i wydobył z siebiegłos, którym niekiedy zdawał się rozsadzać mury teatru. Teraz głos tenspadł na kobietę jak ryk huraganu:- Precz stąd! Wasze miejsce jest w kryminale! Para łajdaków! Precz! I żebymi się więcej na oczy nie pokazywać, bo zetrę na miazgę! Kanalie podłe!Gniew Gordona był tak straszny, że Ewa zatrzęsła się z przerażenła. HelenaSieńko wybałuszyła oczy i tyłem wycofywała się ku drzwiom.- To się jeszcze zobaczy - odcięła się półgłosem od progu.Gordon wybiegł za nią.- Tereso! Proszę nie wpuszczać jej tu nigdy!Po chwili Teresa przybiegła niosąc szklankę wody. Nie widziała jeszczeGordona w stanie takiego wzburzenia.- Szkoda nerwów, proszę pana. Niech pan połknie ten proszek. To nauspokojenie. Już raz panu dawałam i pomogło.Incydent z żoną stolarza przełamał w Ewie dotychczasową nieufność,rozładował w niej kompleks lęku. Z dnia na dzień stawala się coraz bardziejswobodna i bezpośrednia. W miarę jak odzyskiwała utracone dzieciństwo,opadała z niej skorupa dawnego błota, zacierały się w pamięci krzywdy iniedole, budziła się do życia jej właścdwa natura. I słowo "tatuś" w ustachEwy przestało razić sztucznością, a nawet pewnego dnia zabrzmiałoprawdziwie czule, gdy po przyjściu ze szkoły po raz pierwszy z własnegoimpulsu rzuciła się Gordonowi na szyję, wołając:- Tatuńku! Dostałam dzisiaj piątkę z polskiego!Gordon długo tulił ją w ramionach i fala ciepła płynęła mu przez serce.Teresa, która była świadkiem tej sceny, zdecydowała się zdradzić długoukrywaną tajemnicę:- Proszę pana, muszę coś powiedzieć...- Tylko nie to! - zawołała Ewa.- Właśnie, że powiem. Jak pana nie ma w domu, Ewunia całymi godzinamisiedzi przy fortepianie i wciąż sobie coś wygrywa. Posłucha radia, a potemwygrywa.Ewa zaczerwieniła się i spuściła oczy jak winowajczyni.- Ja już nie będę. Naprawdę. I po co to było mówić?- Tatuś musi o wszystkim wiedzieć.- Słuchaj, dziecko - rzekł Gordon - a może ty masz zamiłowanie do muzyki?Chod1/4, zagraj mi coś.- Ja tylko tak sobie brzdąkam.Gordona zdumiała muzykalność dziewczynki. Zapamiętała i zanuciła mu "Pieśń Solvejgi", a potem jedną ręką wygrała melodię na fortepianie.Nazajutrz Gordon zaprosił na kolację znajomego pianistę.I tak się zaczęło.Dzięki stosunkom, jeszcze w połowie roku, Gordon zdołał przenieść Ewę doszkoły muzycznej. Tam ujawniły się szybko jej niepospolite zdolności.Fortepian, który dotąd stał bezużytecznie, ożywił się i rozbrzmiewał podpalcami Ewy d1/4więkami gam, pasaży i fug, przyprawiając Teresę o bóle głowy.Gordon kazał sobie obić drzwi od gabinetu grubą okładziną izolacyjną, amimo to ćwiczenia Ewy przeszkadzały mu w pracy. Zainstalował więc w jejpokoju pianino, gdyż fortepianu nie można było wnieść po wąskich schodach.Nad pianinem zawisł portret Gordona z lat jego młodości, dziełoPruszkowskiego. Malarz znakomicie uchwycił charakter i wyraz twarzy aktora,sugestywne spojrzenie jego oczu, któremu ciężkie powieki nadawały pozoryzmęczenia, ale całość ożywiał wydatny orli nos i ledwie dostrzegalnyuśmiech na zmysłowych, pięknie zarysowanych ustach. Gładkie policzki imięsista broda z małym dołkiem pośrodku zdawały się pulsować wesołą grąmięśni. Była to twarz mężczyzny pogodnego, silnego i pełnego zaborczychnadziei. Po latach bruzdy na czole i worki pod oczami znamionowały nie tylejego wiek, co raczej zawody i rozczarowania. Tylko spojrzenie stało siębardziej przenikliwe i jakby odmłodzone nienasyconym głodem serca ioczekiwaniem na coś, czego nie bywa. Ewa obudziła w nim nowe, nieznane uczucia. Swoje przypadkowe ojcostwotraktował jako wybawienie z upadku. Zdawał też sobie sprawę, że Ewęuratował w ostatniej chwili znad brzegu przepaści. Na niej uwiedzenie przezstolarza nie pozostawiło żadnego śladu. Gordonowi trudno było to pojąć.Nigdy więcej nie poruszał z Ewą tego bolesnego tematu. Sieńkę wspominałaraczej z sympatią, jeśli w ogóle go wspominała. Upływ czasu zatarł go w jejpamięci. Po rozprawie w sądzie dla nieletnich Gordon zaprowadziłdziewczynkę do zaprzyja1/4nionej lekarki. Był to jedyny człowiek, którypoznał ich tajemnicę, Wizja owej pamiętnej nocy, kiedy Ewa zaczepiłaGordona na ulicy, przenikała go dreszczem i za każdym razem kropelki potuwystępowały mu na górnej wardze. Wyobrażał sobie los dziewczynki, gdyby trafiła na kogo innego. Tak, on ją ocalił i przez to była mu jeszczebliższa. A na jego zmęczone serce ojcowskie sentymenty wpływałyuzdrawiająco.Szczęśliwe powiązanie ich losów utrwalało w nich wzajemną ufność izażyłość.W szkole muzycznej zadziwiające zdolności Ewy budziły tak wielkiezainteresowanie, że dyrektor nawiązał kontakt z Konserwatorium i odtądwytrawni muzycy radzili nad dalszym jej kształceniem. Piętrzyły siętrudności formalne, gdyż w grę wchodziła sprawa matury. Po naradzie wMinisterstwie ustalono, że Ewa będzie przyjęta do Konserwatorium warunkowo,natomiast maturę zda jako eksternistka. Gordon poruszył wszystkie możliwesprężyny, żeby zapewnić dziewczynce najbardziej celowe formy edukacJi.Znał na wylot stosunki teatralne, wiedział, że przesadna troska o Ewę wywołuje wśród aktorów złośliwe komentarze. Znajdował też na blatachstolików w bufecie swoje karykatrury. Jedna z nich przedstawiała Gordonakarmiącego piersią niemowlę w powijakach, z których wystawały z jednejstrony włosy uczesane w koński "ogon", a z drugiej strony - pantofelki naszpilkach. Karykatura była bardzo zabawna i Gordon bez trudu domyślił sięjej autora - jednego ze znanych scenografów. Śmiał się razem z innymi, gdyżmiał duże poczucie humoru. Traktował też pobłażliwie drobne teatralneintryżki, zawiści i złośliwości. Sam zresztą w sposób zabawny próbowałodgadywać krążące o nim zjadliwe uwagi.- Jesteście, moi drodzy, fuszerzy. Nie potraficie wymyślić dowcipnejdrwiny. Pamiętacie tyradę o nosie z "Cyrana de Bergerac"? Otóż janauczyłbym was najlepiej, jak można mnie wyśmiać. A więc, powiedzmy:"Gordon dusi Desdemonę, bo z siebie nic już wydusić nie może". Albo: "Ewato Reduta Gordona, bo musi wysadzać". Ale wam brak wyobra1/4ni, moi drodzy.Z kąta sati wysunął się stary Windyga. Był kompletnie zalany, łysinępokrywały mu kropelki potu, szedł zataczając się. Wybełkotał ochrypłymgłosem:- Ty... jesteś stary świntuch. Rozumiesz? Stary świntuch, który udajeapostoła. Ja ci to mówię. Mnie oczu nie zamydlisz.- Znów się upiłeś - powiedział łagodnie Gordon.- Nie twój interes. Ojczulek! Kto cię nie zna, ten ci uwierzy. Starylubieżnik... No co? Możesz mi dać w mordę. Ty jesteś wielki Gordon, a ja -kompletne zero. Wal, bracie, tobie wolno.- Odczep się! Pogadamy, jak wytrze1/4wiejesz.Gordon wyszedł z teatru z uczuciem niesmaku. Domyślał się, że słowa Windygibyły echem komentarzy, które krążyły za kulisami. Zaczął się zastanawiać.- Dla nich jestem reliktem minionej epoki. Tak jak dla Izoldy. Kimś wrodzaju mamuta. Muszę więcej obcować z młodzieżą. Tak. Ewa będzie moimłącznikiem. Nie ci z teatru, ale właśnie jej koleżanki i koledzy.W zimie, podczas świątecznej przerwy, Gordon zabrał Ewę do Zakopanego.Uczył ją je1/4dzić na nartach, odbywali dalekie spacery sankami i pieszo. Ewaz zabiedzonej i wychudzonej dziewczynki stawała się zgrabną, miłą panienką.Nie była piękna. Miała duże uszy, które zakrywała włosami, wydatne kościpoliczkowe i cofnięty nieco podbródek. Ale wielkie niebieskie oczyposiadały tyle wyrazu, że zwracały na siebie ogólną uwagę. No i ręce. Cóżto były za ręce! Wąska dłoń o długich palcach i kształtnych paznokciachprzykuwała spojrzenia. Wymowa tych rąk, kiedy nimi gestykulowała oszczędniei z wdziękiem, ujawniała nieomylnie jej harmonię wewnętrzną. Ruchy te byłypełne utajonej melodii. W każdym razie tak widział je Gordon.Podczas wspólnych wycieczek prowadzili długie rozmowy, poznawali sięwzajemnie. Ewa szczególnie polubiła to, co nazywała wieczornymiopowieściami. Gordon miał świetną pamięć i umiał prowadzić interesującegawędy sięgając do różnych, nie związanych ze sobą tematów. A więc była tohistoria wojny trojańskiej, dzieje wypraw polarnych, życiorysy Mozarta i Schumanna, obrona Westerplatte. Mówił o ludzkim bohaterstwie, ale unikał opowieści malujących czasy pogardy i okrucieństwa.Najwięcej wzruszyły Ewę losy Mozarta, ale szczególnie zainteresowało jążycie Schumanna.- Klara Wieck była młodsza ode mnie, kiedy pokochała Schumanna. A w moimwieku grała już na koncertach. Mój Boże! Tyle szczęścia naraz.Ewa ukończyła Konserwatorirum z odznaczeniem. Gordon urządził przyjęcie dlaabsolwentów z jej klasy. Bawił się razem z młodzieżą, tańczył zdziewczętami, brylował dowcipem, beztrosko dotrzymywał towarzystwa tejwesołej gromadzie i czuł się niemal ich rówieśnikiem. Byli to młodziartyści, mieli przed sobą przyszłość i niczym nie przypominali fałszywegomłodzieżowego stylu Izoldy. Gordon wszystkich ich znał, rozumiał i przyja1/4nił się z nimi na równi z Ewą. Tak jak postanowił wtedy, poincydencie z Windygą.Po kolacji Ewa zasiadła do fortepianu i zagrała finał "Karnawału"Schumanna.Pod jej palcami Marsz Związku Dawida na Filistynów zabrzmiał tryumfem życtai młodości.Tak zapewne musiała go grać Schumannowi jego Klara.7Był rok 1961. Niezapomniany dla Gordona. We wrześniu tego roku zapadłoostateczne postanowienie sądu, orzekające przysposobienie Ewy Sobotównyprzez Aleksandra Gordona. Odtąd stała się formalnie jego córką i przybrałajego nazwisko.Dla uczczenia tak uroczystego dnia poszli wieczorem na koncert, a potem nakolację do Bristolu. Gordon był wniebowzięty i chociaż nie przywiązywałzbytniej wagi do urzędowych formnlności, doznawał satysfakcji, że uczuciaojcowskie, które żywił względem Ewy, znalazły legalne potwierdzenie. Jego piękna twarz o wydatnym orlim nosie, ciężkich powiekach i pełnych wargachnabrała w ostatnich czasach wyrazu dobrotliwej pogody, a teraz jaśniałaradosnym uniesieniem.Kazał zamrozić butelkę szampana i w przypływie szczerości zaczął opowiadaćEwie o sobie. O blaskach i cieniach swojego życia. Nie był skory do zwierzeń, ale odkąd przelał na nią całe bogaciwo swego serca, pragnął, abynie mieli przed sobą tajemnic, chciał pokazać jej siebie w zarysienajbardziej ludzkim, ze wszystkimi słabościami. Wierzył, że bardztejprzybliży go do niej jego małość niż wielkość.- Każdy mówi o tobie z zazdrością - zauważyła Ewa - a ty nigdy nie czułeśsię szczęśliwy. Nie mogę tego pojąć.- Mylisz się, kochanie. Tak było. Odkąd ty jesteś przy mnie, moje życiestało się inne, nabrało sensu. Widzę przed sobą cel. Sztuka jest tylkośrodkiem. Zły ze mnie artysta, skoro szczęścia musiałem szukać poza nią.Znalazłem je w tobie. To śmieszne, prawda? Można zrozumieć utajoneinstynkty macienyńskie u starej panny, jak nasza Teresa. Ale mężczyzna? Wmoim wieku? Jest w tym coś z aktorskiego kabotyństwa. Ale nie warto nad tymsię zastanawiać. Twoje zdrowie, Ewuniu. Bylebyś ty była szczęśliwa. BodajMarmontel powiedział, że muzyka to jedyna sztuka, która sama z siebie czerpie upojenie, wszystkie inne pożądają widzów. Dlatego ty nie będziesz przeżywała takich upadków jak ja. Twój los ułoży się inaczej.Upłynął rok od tej rozmowy, pierwszy recital Ewy w Filharmonii przyniósłjej olśniewający sukces. A potem Gordon uzyskał dla niej stypendium iwysłał ją do Londynu i Edynburga, miasta, z którego wywodził się jego ród.Pisała do niego listy pełne serdeczności i przywiązania.On, wielki tragik, przeszedł tak osobliwą przemianę wewnętrzną, żezapragnął zagrać rolę Tartuffe'a. Zresztą jeszcze wcześniej, specjalnie dla Ewy, zgodził się ku ogólnemu zdumieniu wystąpić w "Grubych rybach". Zdaniemniektórych starszych recenzentów prześcignął samego Frenkla. Jeden z najwybitniejszych krytyków pisał:"Kto nie widział Gordona, jak gra w wista, jak tańczy walca i prowadzikadryla, jak śpiewa owe "Złote litery, złote litery...", jak zaleca się dopanny i rozważa sobie szczęśliwość stanu małżeńskiego - kto tego niewidział, powtarzam, ten dobrowolnie zubożył swoje życie w sposóbniepowetowany."Również na co dzień w stosunkach Gordona z lud1/4mi nastąpiło dostrzegalnedla wszystkich przeobrażenie. Ten nieprzystępny dotąd człowiek stał siętowarzyski, pogodny, chętnie żartował i wesołymi dykteryjkami bawiłkolegów. Mówiono o nim:- Ewa przeniosła go na rękach od Szekspira do Bałuckiego. Potęga!Od Ewy nadszedł list."Kochany Ojcze, Aleksandrze Wielki, Wspaniały, Niezrównany! Wysłałeś mniedo Anglii, a tu wszystko dzieje się na opak. Uczę moich profesorbwinterpretacji Chopina. Byłam na recitalu Alfreda Cortot. A potem Cortotprzyszedł na mój koncert. Rozpływał się w pochwałach. Musiałam staruszkapodtrzymywać, żeby się nie rozpłynął do reszty. Wczoraj wróciłam zeStradfordu. Przyjed1/4, naucz ich grać Szekspira! Jadłam ostrygi. Bez ciebie.To okropne! Pozwól mi wrócić, mój drogi tyranie. Siedzę tu już pół roku jakna zesłaniu. Jesteś wyrodny. Szkoci są oschli i żaden mi się nie podoba.Ćwiczę po osiem godzin dziennie. Poznałam Brittena. Byłam na festiwalumuzycznym w Aldeburgh. Fantazja! Po powrocie zagram Ci Brittena. Kocham cię. Ucałuj moją drogą Teresę. Twoja Ewa."Gordon odczytał ten list Teresie na głos.- Drogą Teresę - powtórzyła wzruszona stara panna, rozpłakała się i wybiegła z pokoju.Po chwili wróciła i oświadczyła stanowczynu tonem:- To grzech wysyłać dziecko na tyle czasu. Samą, bez opieki. Jak pan doniej nie pojedzie, to ja pojadęl A jeśli inaczej się nie da, pójdę pieszo!Zobaczy pan.W następnym liście Ewa pisała:"Najdroższy, chyba skrócę pobyt w Londynie. Tęsknię. Okropnie chciałabymjuż wrócić do domu. Czuję się tu wprawdzie lepiej niż w Edynburgu. Ubawiłymnie pomniki Cromwella i króla. Pierwszy ściął głowę drugiemu, a terazstoją naprzeciwko siebie w największej zgodzie. Zdawało mi się nawet, że jeden z nich wymówił słowo "sorry", Tak wygląda historia po angielsku. Miałam recital w naszej ambasadzie. Grałam Chopina Balladę g-moll iFantazję f-moll, Rondo brillant Webera, Sonatę fortepianową Bartoka, a nabis - Etiudę As-molt Moszkowskiego. Czy mam się pochwalić? Nie, to niebyłoby w stylu Gordonów! Wśród zaproszonych gości spotkałam LeopoldaStokowskiego. Wspominał obiad u nas i zrazy z kaszą. Utkwiła mu też wpamięci nasza przejażdżka do Obór, gdzie po raz pierwszy słyszał śpiewsłowików w plenerze. Dziwne, prawda? Ma zamiar znowu przyjechać do Polski.Zaproponował mi, żebym zagrała z nim koncert Menottiego. Nie wiem, czy mamto traktować poważnie. A może była to po prostu galanteria starszego pana?Pomyśl, że mógłbyś być jego synem. A ty ciągle chcesz imponować mi swoimwiekiem. Skoro już o tym mowa, mogę Ci zakomunikować, 1/4e zakochał się wemnie pewien niemłody, ale utytułowany fotograf. Czuję się jak księżniczka.Przyjed1/4 do mnie. Chociaż na tydzień. Całuję mocno mather Teresę. A ciebiesto razy mocniej."Podczas ferii letnich Gordon wystarat się o paszport, dostał trochę dewiz ipoleciał do Londynu.Na lotnisku czekała na niego Ewa, radca ambasady, korespondent PAP'a orazprzedstawiciel BBC, który zaproponował mu od razu dobrze płatną audycję.Gordon nie widział Ewy od ośmiu miesięcy. Bardzo wydoroślała, wyładniała.Miała już dwadzieścia dwa lata. Ale najbardziej zachwycało Gordona to, żemówiła pięknie po angielsku, lepiej niż on, który od dziecka pielęgnowałpieczołowicie język swoich przodków, a wychował się na Dickensie iSzekspirze. Miała ujmujący sposób bycia, prostotę, swobodę, a nawet pewnośćsiebie, której zawsze brakło Gordonowi. Po każdym przedstawieniu odczuwałniedosyt, aplauz widowni nie dawał mu pełnego zadowolenia.Powiedział do Ewy:- Zazdroszczę ci. Jeśli już musi się być odtwórcą, trzeba być muzykiemn. Sztuka aktorska jest ograniczona.W powrotnej drodze do Warszawy zatrzymali się w Paryżu. Gordon oprowadzałEwę po mieście według swojej marszruty sprzed lat. Cieszył się, gdydziewczynę zachwycały te same place, ulice i zabytki, które na nim wywarływrażenie w czasach młodości. Mieszkali w małym hotediku na rue St. Andrédes Arts, w sercu dzielnicy łacińskiej. Do muzeów Ewa chodziła sama, ale za to razem pili wino w piwnicach Epernay, dokąd ich zawiózł jeden zprzyjaciół Gordona, a po drodze zatrzymali się w Barbizon, gdzie zwiedzilipracownię Celnika Rousseau i Milleta. Wieczorami chodzili do teatrów lub nakoncerty. Potem do pó1/4nej nocy przesiadywali na tarasach Café du Dome i LaCoupole, chociaż Montparnasse nie był już tym, czym dawniej. Tutaj Gordonodczuł najbardziej przemijanie czasu. Wspominał swoich starych przyjaciół -Fujitę, van Dongena, modelkę Kiki. Opowiadał Ewie o swoich młodych latach,o wyblakłych cieniach przeszłości. Ewa słuchała go z roztargnieniem i niewiedzieć czemu w kącikach jej oczu pojawiały się łzy. Kiedy Gordondostrzegał je ze zdziwieniem i niepokojem, Ewa powtarzała zawsze to samo:- Nie dziw się, proszę. Jestem taka szczęśliwa!8 Jest rok 1964. Gordon siedzi na ławce w Łazienkach i w filmowym skrócieprzebiega myślą dzieje swojego życia. Minęła już godzina, odkąd wyszedł zbufetu teatralnego. Aktorzy przez jakiś czas plotkowali na jego temat.- Słuchajcie, mam dla was sensację - zawołał Skoryna, gdy tylko zamknęłysię drzwi za Gordonem. - Opowiadał mi facet, który go zna sprzed wojny,wiecie, ten łysy literat, co to przychodził tu do niego w zeszłym tygodniu,nie pamiętam, jak się nazywa... Otóż opowiadał mi, że Gordon nigdy nie miałżadnej córki. A historia z Ewą to zwyczajna lipa. Nic dziwnego, żemistrzunio jest ostatnio taki wesolutki. Poderwał sobie dziewczynę i dobrajest. No nie?- Głupstwa pleciesz - oburzyła się stara Wilska. - Ewa miała dwanaście lat,kiedy zjawiła się na horyzoncie. Ty tego nie pamiętasz, a ja widziałam jąjako dziecko. Znalazł się odkrywca Ameryki. Gordon siedzi na ławce w Łazienkach, orze1/4wia go chłodny powiew płynący odwody, zieleń pachnie świeżością, w powietrzu unosi się ledwie uchwytna wońjaśminów.- Proszę pana, która godzina? - zapytała go ta sama dziewczynka, spotkanana mostku.- Wpół do trzeciej - rzekł Gordon spojrzawszy na zegarek.Zerwał się z ławki i szybko ruszył w kierunku samochodu.Obiad czeka... Teresa już pewno wygląda przez okno - pomyślał Gordon,zapuszczając silnik. Gdy zatrzymał się przed domem, usłyszał z dalekad1/4więki Ballady g-moll. To Ewa grała ją zawsze na powitanie ojca, skorotylko Teresa zawołała z kuchni:- Panienko! Już jest!Gordon wszedł do pokoju i pogłaskał Ewę po twarzy. Przytrzymała jego rękę,a po chwili pocałowała go w spód dłoni:- Pan i władca raczył wrócić na obiad - powiedziała z zalotnym uśmiechem.Gordon jadł bez apetytu. Natomiast wyjął z kredensu butelkę czerwonego winai wypił dwie szklanki jedną po drugiej. Nurtowała go wciąż ta samanieznośna myśl. Kiedy skończyli deser i Teresa sprzątnęła ze stołu, Gordon spojrzał Ewie przenikliwie w oczy i zapytał starając się ukryć niepokój:- Słuchaj, musisz mi to wytłumaczyć. Dlaczego przestałaś nazywać mnieojcem? Czy masz mi coś do zarzucenia? Czy mój stosunek do ciebie jest niedość serdeczny? Zawsze byłaś ze mną szczera. Powiedz otwarcie. Może myśliszo swoich rodzicach? Jakie masz zamiary? Czy chciałabyś ich odnale1/4ć?Porzucili cię na łaskę losu i nigdy się tobą nie interesowali. Nie ma ich,rozumiesz? Jestem tylko ja. Tylko ja!Ewa słuchała tej tyrady z wypiekami na twarzy. Pierś jej unosiła się, poruszana przyśpieszonym oddechem. Gdy Gordon skończył, dziewczyna zerwałasię od stołu i zaczęła wyrzucać z siebie bezładne słowa:- Tak, tak! Tylko tyl W twoim rachunku ja się nie liczę! Nic nie widzisz!Jesteś ślepy! Dobrze, powiem ci całą prawdę. Wstydzę się tego, ale cipowiem. I niech się potem dzieje, co chce. Nie myślę o żadnych rodzicach.Dla mnie to obcy ludzie. Nie mam z nimi nic wspólnego, nie istnieją dlamnie. Obchodzisz mnie tylko ty. Kocham cię, rozumiesz? Ale nie jak ojca.Kocham cię jak mężczyznę. I nikogo innego prócz ciebie nie potrafiłabym kochać. $nisz mi się po nocach. Mam cię we krwi, w myślach, w pragnieniach.Tak, jestem w tobie zakochana do nieprzytoznności. A teraz możesz mnienawet zabić. Gordon cofnął się przerażony. To, co usłyszał, spadło na niego jak grom.- Milcz! Oszalałaś? - zawołał. - Jesteś potworem! Zwyrodniałym potworem!Nie zbliżaj się do mnie!Słaniając się przeszedł do gabinetu, zamknął drzwi na klucz i osunął się bezsilnie na fotel. Krew huczała mu w skroniach. Zapadał się na dnorozpaczy. Głęboka ojcowska miłość stała się jedynym sensem jego istnienia,a teraz słowa Ewy brzmiały mu w uszach jak szyderstwo i wyzwanie losu. Podziesięciu latach znów usłyszeć odgłosy dawnego zberezeństwa! Wtedy, naulicy, propozycja Ewy wstrząsnęła nim. Teraz czuł się zdruzgotany, zranionyw swojej godności ludzkiej. Siedział i myślał. Przez całe życie jegonienasycone serce pożądało na próżno miłości kobiety. I oto wyznanie,którego zawsze tak pragnął, padło z ust Ewy. Znieważało go, obróciło się wjego ostateczną klęskę.Z sąsiedniego pokoju dobiegały d1/4więki Ballady g-moll, ale tym razem podpalcazni Ewy brzmiała ona szczególnie pięknie i dramatycznie.Gordon zatkał sobie uszy.- Ona nie może tu zostać. Muszę ją wysłać. Gdziekolwiek... Do Krakowa, doWrocławia, wszystko jedno, byle nie słyszeć tych kazirodczych wynurzeń!Myśląc w ten sposbb Gordon sam przed sobą odgrywał rolę ze sztuki, którążycie napisało jego żółcią i krwią. A tymczasem urwały się d1/4więki Chopina i Ewa zaczęła bezładnie, z zaciekłąpasją walić w klawiaturę, jak gdyby chciała pozrywać struny, zdemolowaćfortepian. Gordon otworzył drzwi:- Ewa! Chod1/4 tutaj! - zawołał szorstko.Dziewczyna zbliżyła się niepewnym krokiem, oparła się o framugę i staławysmukła, zachwycająca w swojej tragicznej powadze, z oczami pełnymi łez.- Posłuchaj uważnie tego, co ci powiem. Nie jestem stolarz. Rozumiesz? Niejestem stolarz Sieńko!- Rozumiem... ojcze.Gordon wstał i skierował się do wyjścia.- Wychodzisz?- Wychodzę.- Dokąd?- Do wszystkich diabłów! Rozumiesz? Do wszystkich diabłów!Po czym zatrzasnął za sobą drzwi frontowe z taką siłą, że w mieszkaniu omało nie powypadały szyby.W powietrzu było parno. Niebo się zachmurzyło, zaczął padać deszcz.W otwartym oknie stała Teresa i machała do Gordona parasolem.