AKADEMIA PANA KLEKSA TA ORAZ INNE BAJKINazywam się Adam Niezgódka, mam dwanaście lat i już od pół roku jestem wAkademii pana Kleksa. W domu nic mi się nigdy nie udawało. Zawszespó1/4niałem się do szkoły, nigdy nie zdążyłem odrobić lekcji i miałemgliniane ręce. Wszystko upuszczałem na podłogę i tłukłem, a szklanki ispodki na sam mój widok pękały i rozlatywały się w drobne kawałki, zanimjeszcze zdążyłem ich dotknąć. Nie znosiłem krupniku i marchewki, a właśniecodziennie dostawałem na obiad krupnik i marchewkę, bo to pożywne i zdrowe.Kiedy na domiar złego oblałem atramentem parę spodni, obrus i nowy kostiummamy, rodzice postanowili wysłać mnie na naukę i wychowanie do pana Kleksa.Akademia mieści się w samym końcu ulicy Czekoladowej i zajmuje duży trzypiętrowy gmach, zbudowany z kolorowych cegiełek. Na trzecim piętrze przechowywane są tajemnicze i nikomu nie znane sekrety pana Kleksa. Niktnie ma prawa tam wchodzić, a gdyby nawet komuś zachciało się wejść, niemiałby którędy, bo schody doprowadzone są tylko do drugiego piętra i sampan Kleks dostaje się do swoich sekretów przez komin. Na parterze mieszcząsię sale szkolne, w których odbywają się lekcje, na pierwszym piętrze sąsypialnie i wspólna jadalnia, wreszcie na drugim piętrze mieszka pan Kleksz Mateuszem, ale tylko w jednym pokoju a wszystkie pozostałe są pozamykanena klucz.Pan Kleks przyjmuje do swojej Akademii tylko tych chłopców. których imiona,zaczynają się na literę A, bo - jak powiada - nie ma zamiaru zaśmiecaćsobie głowy wszystkimi literami alfabetu. Dlatego też w Akademii jestczterech Adamów, pięciu Aleksandrów, trzech Andrzejów, trzech Alfredów,sześciu Antonich, jeden Artur, jeden Albert i jeden Anastazy, czyli ogółemdwudziestu czterech uczniów. Pan Kleks ma na imię Ambroży, a zatem tylkojeden Mateusz w całej Akademii nie zaczyna się na A. Zresztą Mateusz niejest wcale uczniem. Jest to uczony szpak pana Kleksa. Matuesz umie doskonale mówić, posiada jednak tę właściwość, że wymawia tylko końcówkiwyrazów, nie zwracając uwagi na ich początek. Gdy na przykład Mateuszodbiera telefon, odzywa się zazwyczaj:- Oszę, u emia ana eksa!Oznacza to:- Proszę, tu Akademia pana Kleksa.Oczywiście, że obcy nie mogą go wcale zrozumieć, ale pan Kleks i jegouczniowie porozumiewają się z nim doskonale. Mateusz odrabia z nami lekcjei często zastępuje pana Kleksa w szkole, gdy pan Kleks idzie łapać motylena drugie śniadanie.Ach, prawda! Byłbym całkiem zapomniał powiedzieć, że nasza Akademia mieścisię w ogromnym parku, pełnym rozmaitych dołów, jarów i wąwozów, i otoczona jest wysokim murem. Nikomu nie wolno wychodzić poza mur bez pana Kleksa.Ale ten mur nie jest to mur byle jaki. Po tej stronie, która biegnie wzdłużulicy, jest zupełnie gładki i tylko pośrodku znajduje się duża oszklonabrama. Natomiast w trzech pozostałych częściach muru mieszczą się długimnieprzerwanym szeregiem jedna obok drugiej żelazne furtki, pozamykane namałe srebrne kłódeczki.Wszystkie te furtki prowadzą do rozmaitych sąsiednich bajek, z którymi panKleks jest w bardzo dobrych i zażyłych stosunkach. Na każdej furtce jesttabliczka z napisem wskazującym, do której bajki prowadzi. Są tam wszystkiebajki pana Andersena i braci Grimm, bajka o dziadku do orzechów, o rybaku irybaczce, i wilku, który udawał żebraka, o sierotce Marysi i krasnoludkach,o Kaczce-Dziwaczce i wiele, wiele innych. Nikt nie wie dokładnie, ile jesttych furtek, bo kiedy je zacząć liczyć, nie można się nie pomylić i pochwili nie wiadomo już, co się naliczyło przedtem. Tam gdzie powinno byćdwanaście, wypada nagle dwadzieścia osiem, a tam gdzie zdawałoby się, żejest dziewięć, wypada trzydzieści jeden albo sześć. Nawet Mateusz nie wie,ile jest tych bajek, i powiada, że "oże o, a oże eście", co znaczy, że możesto, a może dwieście.Kluczyki od furtek przechowuje pan Kleks w dużej srebrnej szkatule i zawszewie, który z nich do której kłódki pasuje. Bardzo często pan Kleks posyłanas do różnych bajek po sprawunki. Wybór przeważnie pada na mnie, bo jestemrudy i od razu rzucam się w oczy. Pewnego dnia, gdy panu Kleksowi zabrakłozapałek, zawołał mnie do siebie, dał mi złoty kluczyk na złotym kółku ipowiedział:- Mój Adasiu, skoczysz do bajki pana Andersena o dziewczynce z zapałkami,powołasz się na mnie i poprosisz o pudełko zapałek.Ogromnie uradowany poleciałem do parku i nie wiedząc zupełnie, w jakisposób, trafiłem od razu do właściwej furtki. Za chwilę już znalazłem siępo drugiej stronie. Oczom moim ukazała się ulica jakiegoś nie znanegomiasta, po której snuło się mnóstwo ludzi. I nawet padał śnieg, chociaż ponaszej stronie było w tym czasie lato. Wszyscy przechodnie trzęśli się zzimna, którego ja wcale nie odczuwałem, i nie spadł na mnie ani jedenpłatek śniegu.Kiedy tak stałem zdziwiony, zbliżył się do mnie jakiś starszy siwy pan,pogłaskał mnie po głowie i rzekł z uśmiechem:- Nie poznajesz mnie? Nazywam się Andersen. Dziwi cię, że tutaj pada śniegi mamy zimę, podczas gdy u was jest czerwiec i dojrzewają czereśnie.Prawda? Ale przecież musisz, chłopcze, zrozumieć, że ty jesteś z zupełnieinnej bajki. Po co tutaj przyszedłeś?- Przyszedłem, proszę pana, po zapałki. Pan Kleks mnie przysłał.- Ach, to ty jesteś od pana Kleksa! - ucieszył się pan Andersen. - Bardzolubię tego dziwaka. Zaraz dostaniesz pudełko zapałek. Po tych słowach pan Andersen klasnął w dłonie i po chwili zza rogu ukazałasię mała zziębnięta dziewczynka z zapałkami. Pan Andersen wziął od niejjedno pudełko i podał mi je mówiąc:- Masz, zanieś to panu Kleksowi. I przestań płakać. Nie lituj się nad tądziewczynką. Jest ona biedna i zziębnięta, ale tylko na niby. Przecież tobajka. Wszystko tu jest zmyślone i nieprawdziwe.Dziewczynka uśmiechnęła się do mnie, skinęła mi ręką na pożegnanie, a panAndersen odprowadził mnie z powrotem do furtki.Kiedy opowiedziałem chłopcom o mojej przygodzie, wszyscy mi bardzozazdrościli, że poznałem pana Andersena.Pó1/4niej chodziłem do różnych bajek bardzo często w rozmaitych sprawach: ato trzeba, było przynieść parę butów z bajki o kocie w butach, a to znów wsekretach pana Kleksa pojawiły się myszy i trzeba było sprowadzić samegokota albo kiedy nie było czym zamieść podwórka, musiałem pożyczyć miotły odpewnej czarownicy z bajki o Łysej Górze.Natomiast było i tak, że pewnego pięknego dnia zjawił się u nas jakiś obcy pan w szerokim aksamitnym kaftanie, w krótkich aksamitnych spodniach, wkapeluszu z piórem i kazał zaprowadzić się do pana Kleksa.Wszyscy byliśmy ogromnie zaciekawieni, po co ten pan właściwie przyszedł.Pan Kleks długo z nim rozmawiał szeptem, częstował go pigułkami na porostwłosów, które sam miał zwyczaj nieustannie łykać, a potem, wskazując namnie i na jednego z Andrzejów rzekł:- Słuchajcie, chłopcy, ten pan, którego tu widzicie, przyszedł z bajki ośpiącej królewnie i siedmiu braciach. Otóż dwaj spośród nich poszli wczorajdo lasu i nie wrócili. Sami rozumiecie, że w tych warunkach bajka o śpiącejkrólewnie i siedmiu braciach nie może się dokończyć. Dlatego też wypożyczamwas temu panu na dwie godziny. Tylko pamiętajcie, macie wrócić na kolację.- Acja ędzie ed óstą! - zawołał Mateusz, co miało oznaczać, że kolacjabędzie przed szóstą.Poszliśmy razem z owym panem w aksamitnym ubraniu. Dowiedzieliśmy się podrodze, że jest on jednym z braci śpiącej królewny i że my również będziemymusieli ubrać się w taki sam aksamitny strój. Zgodziliśmy się na tochętnie, obaj byliśmy ciekawi widoku śpiącej królewny. Nie będę rozpisywałsię tutaj na temat samej bajki, bo każdy ją na pewno zna. Muszę jednakpowiedzieć, że za udział w bajce śpiąca królewna po przebudzeniu sięzaprosiła mnie i Andrzeja na podwieczorek. Nie wszyscy pewno wiedzą, jakiepodwieczorki jadają królewny, a zwłaszcza królewny z bajek. Przede wszystkim więc lokaje wnieśli na tacach ogromne stosy, ciastek z kremem, aprócz tego sam krem na dużych srebrnych misach. Każdy z nas dostał tyleciastek, ile tylko chciał. Do ciastek podano nam czekoladę, każdemu po trzyszklanki naraz, a w każdej szklance po wierzchu pływała ponadto czekolada wkawałkach. Na stole na dużych półmiskach leżały marcepanowe zwierzątka ilalki oraz marmoladki, cukierki i owoce w cukrze. Wreszcie na kryształowychtalerzach i wazach ułożone były winogrona, brzoskwinie, mandarynki,truskawki i rozmaite inne owoce oraz przeróżne gatunki lodów wczekoladowych foremkach.Królewna uśmiechała się do nas i namawiała, abyśmy jedli jak najwięcej, bożadna ilość nam nie zaszkodzi. Przecież wiadomo, że w bajkach nigdy niechoruje się z przejedzenia i że jest zupełnie inaczej niż w rzeczywistości.Schowałem do kieszeni kilka foremek z lodami, aby je zanieść kolegom, alelody się rozpuściły i kapały mi po nogach. Całe szczęście, że nikt tego niezauważył.Po podwieczorku królewna kazała zaprząc parę kucyków do małego powozu itowarzyszyła nam aż pod sam mur Akademii pana Kleksa.- Kłaniajcie się ode mnie panu Kleksowi - powiedziała na pożegnanie - i poproście go, żeby przyszedł do mnie na motylki w czekoladzie.A po chwili dodała:- Tyle słyszałam o bajkach pana Kleksa. Będę je musiała koniecznie kiedyś odwiedzić.W ten sposób dowiedziałem się, że pan Kleks ma swoje własne bajki, ale poznałem je dopiero znacznie pó1/4niej.W każdym bąd1/4 razie zacząłem odtąd szanować pana Kleksa jeszcze bardziej ipostanowiłem zaprzyja1/4nić się z Mateuszem, aby dowiedzieć się od niego owszystkim.Mateusz nie jest skory do rozmów, a zdarzają się nawet takie dni, że wogóle z nikim nie chce gadać.Pan Kleks na jego upór ma specjalne lekarstwo, a mianowicie - piegi.Nie pamiętam, czy wspomniałem już o tym, że twarz pana Kleksa po prostuupstrzona jest piegami. Początkowo najbardziej dziwiła mnie okoliczność, żepiegi te codziennie zmieniały swoje położenie: jednego dnia zdobiły nospana Kleksa, nazajutrz znów przenosiły sie na czoło po to, aby trzeciegodnia pojawić się na brodzie albo na szyi.Okazało się, że przyczyną tego jest roztargnienie pana Kleksa, który na noczazwyczaj piegi zdejmuje i chowa do złotej tabakierki, a rano przytwierdzaje z powrotem, ale za każdym razem na innym miejscu. Pan Kleks nigdy nierozstaje się ze swoją tabakierką, w której ma mnóstwo zapasowych piegówrozmaitej wielkości i barwy.Co czwartek przychodzi z miasta pewien golarz, imieniem Filip, i przynosipanu Kleksowi świeże piegi, które za pomocą brzytwy zbiera z twarzy swoichklientów podczas golenia. Pan Kleks ogląda je bardzo dokładnie, przymierzaprzed lustrem, po czym chowa starannie do tabakierki.W niedzielę i święta pan Kleks punktualnie o jedenastej mówi:- No, a teraz zażyjmy sobie piegów.Po tych słowach wybiera z tabakierki cztery albo pięć największych inajbardziej okazałych piegów i przytwierdza je sobie do nosa.Zdaniem pana Kleksa nie może być nic piękniejszego niż duże, czerwone lubżółte piegi.- Piegi znakomicie działają na rozum i chronią od kataru - zwykł mawiać donas pan Kleks.Dlatego też, jeżeli któryś z uczniów wyróżni się podczas lekcji, pan Kleksuroczyście wyjmuje z tabakierki świeżą, nie używaną jeszcze piegę iprzytwierdza ją do nosa takiego szczęściarza mówiąc:- Noś ją godnie, mój chłopcze, i nigdy jej nie zdejmuj, jest to bowiemnajwyższa odznaka, jaką możesz sobie zdobyć w mojej Akademii.Jeden z Aleksandrów zdobył już aż trzy duże piegi, a niektórzy z chłopcówdostali po dwie lub po jednej i obnoszą je na swoich twarzach z niezwykłądumą Zazdroszczę im i nie wiem, co dałbym za to, żeby otrzymać takieodznaczenie, ale pan Kleks powiada, że jeszcze za mało umiem.Otóż wracając do Mateusza, muszę powiedzieć, że przepada on za piegami panaKleksa i uważa je za największy przysmak.Skoro tedy Mateusz zaniemówi, pan Kleks zdejmuje ze swojej twarzynajbardziej zużytą piegę i daje ją Mateuszowi do zjedzenia. Skutek jestnatychmiastowy Mateusz zaczyna mówić i odpowiada na wszystkie pytania. Takisposób wymyślił na niego pan Kleks!Któregoś dnia, było to w połowie czerwca, pan Kleks usnął w parku izupełnie nie zauważył, jak go pogryzły komary. Zaczął się tak zawzięciedrapać w nos, że zdrapał sobie wszystkie piegi. Cichaczem pozbierałem je wtrawie i zaniosłem Mateuszowi. Od tej chwili bardzo się ze mną zaprzyja1/4niłi opowiedział mi niezwykłą historię swojego życia.Powtarzam ją tutaj w całości, z tym oczywiście, że do końcówek Mateusza dorobiłem brakujące części wyrazów. --------------------------------------------------------------------------- NIEZWYKŁA OPOWIEŚĆ MATEUSZANie jestem ptakiem - jestem księciem. W latach mego dzieciństwa nierazopowiadano mi bajki o ludziach przemienionych w ptaki lub zwierzęta, nigdyjednak nie wierzyłem w prawdziwość tych opowieści.Tymczasem właśnie moje życie potoczyło się tak, jak to opisuje się w owychbajkach. Urodziłem się na królewskim dworze jako jedyny syn i następca tronuwielkiego i potężnego władcy. Mieszkałem w pałacu wyłożonym marmurami izłotem, stąpałem po perskich dywanach, każdy mój kaprys był natychmiastzaspakajany przez usłużnych ministrów i dworzan, każda moja łza, gdypłakałem, była liczona, każdy uśmiech wpisywany był do specjalnej księgiuśmiechów książęcych ­ a dziś ­ jestem szpakiem, który czuje się obcozarówno pośród ptaków, jak i pośród ludzi.Ojciec mój był królem i panował licznym krajom i narodom. Miliony ludzidrżały z trwogi na d1/4więk jego imienia. Nieprzebrane skarby i pałace, złotekorony i berła, drogocenne kamienie, bogactwa, o jakich nikomu się nie śni­ należały do mego ojca.Matka moja była księżniczką i słynęła z urody na wszystkich lądach i morzach. Miałem cztery siostry, z których każda wyszła za mąż za innegokróla: jedna była królową hiszpańską, druga włoską, trzecia portugalską,czwarta holenderską.Okręty królewskie panowały na czterech morzach, a wojsko było tak liczne itak potężne, że kraj mój nie miał wrogów i wszyscy królowie świata zabiegali o przyja1/4ń i przychylność mego ojca.Od najwcześniejszych lat miałem zamiłowanie do polowania i do konnej jazdy.Moja własna stajnia liczyła sto dwadzieścia wierzchowców krwi arabskiej iangielskiej oraz czterdzieści osiem stepowych mustangów.W zbrojowni mojej zebrane były strzelby myśliwskie, wykonane przeznajlepszych rusznikarzy i dostosowane specjalnie do mego wzrostu, do długości mego ramienia i do mego oka.Gdy ukończyłem siedem lat, ojciec mój, król, powierzył mnie dwunastunajznakomitszym uczonym i rozkazał im, aby nauczyli mnie wszystkiego tego,co sami wiedzą i umieją.Uczyłem się dobrze, ale mój nieopanowany pociąg do siodła i do strzelbyrozpalał mózg i duszę do tego stopnia, że o niczym innym nie umiałemmyśleć.Dlatego też ojciec, w obawie o moje zdrowie, zabronił mi je1/4dzić konno.Płakałem z tego powodu rzewnymi łzami, a łzy te cztery damy zbierałystarannie do kryształowego flakonu. Gdy flakon już się napełnił po brzegi,stosownie do zwyczajów mego kraju ogłoszono żałobę narodową na przeciągtrzech dni. Cały dwór przywdział czarne stroje i wszelkie przyjęcia, bale izabawy zostały odwołane. Na pałacu opuszczono chorągiew do połowy masztu, acałe wojsko na znak smutku odpięło ostrogi.Z tęsknoty za mymi końmi straciłem apetyt, nie chciałem się uczyć isiedziałem po całych dniach na maleńkim tronie, nie odzywając się do nikogoi nie odpowiadając na pytania.Zarówno uczeni, jak i moja matka usiłowali nakłonić króla, ażeby cofnąłzakaz - jednak na próżno. Ojciec nie miał zwyczaju odwoływania swychpostanowień.Rzekł tylko:Moja ojcowska i królewska wola jest niezłomna. Zdrowie następcy tronustawiam ponad kaprys mego dziecka. Serce mi się kraje na widok jego smutku,stanie się jednak tak, jak to zalecili moi nadworni medycy i chirurdzy.Książę nie dosiądzie więcej konia, dopóki nie ukończy lat czternastu.Nie mogłem pojąć, czemu nadworni lekarze zabronili mi je1/4dzić konno, skorobyło powszechnie wiadomo, że jestem jednym z najlepszych je1/4d1/4ców w kraju iże panuję nad koniem tak samo sprawnie, jak mój ojciec nad królestwem.Po nocach śniły mi się moje bachmaty, moje ukochane wierzchowce i przez senwymawiałem ich imiona, które pamiętałem tak dobrze.Pewnej nocy zbudziło mnie nagle ciche rżenie pod oknem. Zerwałem się złóżka i wyjrzałem do ogrodu, Na ścieżce stał osiodłany mój wspaniaływierzchowiec Ali-Baba, który najwidoczniej dosłyszał moje wołanie, a terazna mój widok parsknął radośnie i zbliżył się aż pod samo okno. Ubrałem siępo ciemku, porwałem strzelbę i zachowując jak największą ciszę, wyskoczyłemprzez okno wprost na grzbiet Ali-Baby. Rumak ruszył z kopyta, przesadziłkilka ogrodowych parkanów i pobiegł przed siebie, unosząc mnie nie wiadomodokąd. Pędziliśmy tak przez dłuższy czas w świetle księżyca, gdy zaś okazłosię, że nie ma za nami pogoni, ujołem wodze w ręce i skierowałem się dowidniejącego opodal lasu.Upojony tą nocną jazdą, zapomniałem o zakazie ojca, o tym, że corazbardziej oddalam się od pałacu i że w lesie nie jest bezpiecznie.Miałem wówczas osiem lat, ale odwagi posiadałem nie mniej niż pięciukrólewskich grenadierów razem wziętych.Gdy wjechałem do lasu, koń zaczął okazywać dziwny niepokój, zwolnił bieg,aż wreszcie stanął jak wryty, drżąc i parskając.Niebawem zrozumiałem, co zaszło: na ścieżce leśnej na wprost Ali-Baby stałolbrzymi wilk. Szczerzył straszliwe kły i piana kapała mu z pyska. Ściągnąłem szybko wodze i chwyciłem strzelbę. Wilk z rozwartą paszcząpowoli zbliżał się ku mnie.Krzyknąłem więc:-W imieniu, króla rozkazuję ci, wilku, abyś mi dał wolną drogę, wprzeciwnym razie będę musiał cię zabić!Ale wilk tylko zachichotał ludzkim śmiechem i nacierał na mnie w dalszymciągu.Wówczas odwiodłem kurek, wycelowałem i wpakowałem cały zapas nabojów wotwarty pysk wilka.Strzał był niechybny. Wilk skulił się, wyprężył jakby do skoku, wreszciepadł tuż u kopyt Ali-Baby. Zeskoczyłem z siodła i zbliżyłem się do zabitegozwierza. W chwili jednak gdy stałem nad nim, podziwiając jego wielkiwspaniały łeb, wilk ostatnim widocznie wysiłkiem d1/4wignął się i wbił mikieł, ostry jak sztylet, w prawe udo. Poczułem przeszywający ból, ale jużpo chwili szczęki wilka same się rozwarły i łeb opadł z łoskotem na ziemię.Równocześnie ze wszystkich stron rozległy się gro1/4ne, przeciągłe wyciawilków.Półprzytomny z bólu i przerażenia, dosiadłem Ali-Baby, i pocwałowałem wkierunku pałacu. Gdy wkradłem się do ogrodu, była jeszcze noc. Zbliżyłemsię do okna i wskoczyłem do pokoju, pozostawiając konia własnemu losowi.Nikt najwidoczniej nie odstrzegł mojej nieobecności, toteż jak najszybciejpołożyłem się do łóżka i natychmiast usnąłem kamiennym snem. Kiedy się ranozbudziłem, ujrzałem sześciu lekarzy i dwunastu uczonych pochylonych nadmoim łóżkiem i z zakłopotaniem kiwających głowami. Z mego odsłoniętego udamałymi kroplami sączyła się krew. Lekarze nie mogli w żaden sposób dociecprzyczyny krwotoku, ja zaś w obawie przed ojcem przemilczałem nocną przygodę i spotkanie z wilkiem.Czas upływał, krew sączyła się z ranki i lekarze nadworni w żaden sposóbnie mogli jej zatamować. Sprowadzono najznakomitszych chirurgów stolicy,ale ich wysiłki również spełzły na niczym.Upływ krwi wzmagał się z godziny na godzinę. Wieść o mojej chorobierozszerzyła się po całym kraju, tłumy ludu klęczały na placach i ulicachstolicy, zanosząc modły o moje wyzdrowienie.Matka, czuwając przy mnie, zalewała się łzami, a ojciec mój i król rozesłałdo wszystkich krajów prośbę o skierowanie najlepszych lekarzy i chirurgów.Niebawem przybyło ich tak wielu, że w pałacu zabrakło dla nich pomieszczeń.Ojciec za powstrzymanie krwotoku wyznaczył nagrodę, za której cenę możnabyło nabyć całe państwo, cudzoziemscy lekarze domagali się jednak jeszcze więcej.Długim korowodem przesuwali się obok mego łóżka, oglądali mnie i badali; jedni kazali mi łykać rozmaite krople i pigułki, inni znowu nacierali ranę maściami i posypywali ją proszkami o dziwnych zapachach. Byli też i tacy,którzy modlili się tylko albo wymawiali słowa tajemniczych zaklęć. Żaden znich jednak nie zdołał mnie uleczyć; gasłem i nikłem w oczach, i krewsączyła się ze mnie nadal.Gdy wszyscy już stracili nadzieję na moje ocalenie i lekarze, widząc swoją bezsilność, opuścili pałac, straż dworska doniosła o przybyciu chińskiego uczonego, który stawił sie na wezwanie mego ojca.Niechętnie sprowadzono go do mego łóżka, nikt już bowiem nie wierzył, abymógł istnieć jeszcze jakikolwiek ratunek dla mnie, i cały kraj byłpogrążony w żałobie. Przybysz ów był nadwornym lekarzem ostatniego cesarzachińskiego i przedstawił się jako doktor Paj-Chi-Wo. Ojciec mój powitał go z rozpaczą w głosie:- Doktorze Paj-Chi-Wo, ratuj mego syna! Jeśli uda ci się go ocalić,otrzymasz ode mnie tyle brylantów, rubinów i szmaragdów. ile ich pomieścisię w tym pokoju. Pomnik twój stanie na pałacowym dziedzińcu, a jeślizechcesz, uczynię cię pierwszym ministrem mego królestwa.- Najjaśniejszy panie i sprawiedliwy władco - odrzekł doktor Paj-Chi-Wopochylając się do ziemi - zachowaj klejnoty swoje dla ubogich tego kraju,niegodzien jestem również pomnika, albowiem w mojej ojczy1/4nie pomnikistawia się tylko poetom. Nie chcę być ministrem, gdyż mógłbym popaść wtwoją niełaskę. Pozwól mi wpierw zbadać chorego, a o nagrodzie pomówimypó1/4niej.Po tych słowach zbliżył się do mnie, obejrzał ranę, przyłożył do niej ustai począł wsączać we mnie swój oddech. Niezwłocznie poczułem ożywczy przypływ sił i doznałem wrażenie, że krewodmieniła się we mnie i szybciej poczęła krążyć.Gdy po pewnym czasie doktor Paj-Chi-Wo oderwał usta od mego ciała, ranaznikła bez śladu.-Książę jest zdrów i może opuścić łóżko - rzekł Chińczyk wstając iskładając mi wschodnim zwyczajem głęboki ukłon.Rodzice moi płakali z radości i w gorących słowach dziękowali memu zbawcy. - Jeśli nie jest to sprzeczne z etykietą tego dworu - przemówił wreszciedoktor Paj-Chi-Wo - chciałbym przez chwilę zostać sam na sam z moimdostojnym pacjentem. Król wyraził na to zgodę i wszyscy opuścili moją sypialnię. Wówczas chiński lekarz usiadł obok mego łóżka i rzekł:- Wyleczyłem cię, mój mały książę. albowiem znam tajemnice niedostępne dlaludzi białych. Wiem, w jaki sposób powstała twoja rana. Zastrzeliłeś królawilków, a wiedz o tym, że wilki mszczą się okrutnie i nie przebaczą ci tegonigdy. Jest to pierwszy król wilków, który padł z ręki człowieka. Odtądgrozić ci będzie wielkie niebezpieczeństwo. Dlatego daję ci cudowną czapkębogdychanów, którą mi powierzył przed śmiercią ostatni cesarz chiński, ztym że dostanie się ona tylko w królewskie ręce.Mówiąc to, wyjął z kieszeni swych jedwabnych spodni maleńką okrągłączapeczkę z czarnego sukna, ozdobioną na czubku dużym guzikiem, po czymciągnął dalej:- We1/4 ją, mój mały książę, nie rozstawaj się z nią nigdy i strzeż jej jakoka w głowie. Gdy życiu twemu będzie zagrażało niebezpieczeństwo, włożyszcudowną czapkę bogdychanów, a wówczas będziesz mógł się przemienić w jakązechcesz istotę. Gdy niebezpieczeństwo minie, pociągniesz tylko za guzik iznowu odzyskasz swoje książęce kształty.Podziękowałem doktorowi Paj-Chi-Wo za jego niezwykłą dobroć. on zaśucałował mą dłoń i opuścił pokój. Nikt nie widział, którędy następnie wydalił się z pałacu. Zniknął bez śladu, nie żegnając się z nikim i nieżądając zapłaty za moje uzdrowienie.Niemniej jednak ojciec mój przez wdzięczność dla doktora Paj-Chi-Wo kazałwyprawić wielkie uczty dla wszystkich ubogich w całym kraju i rozdać imdwanaście worków brylantów, rubinów i szmaragdów.Gdy wyzdrowiałem, znowu wziąłem się do nauki, a równocześnie straciłemzupełnie pociąg do konnej jazdy i do polowania.Myśl o tym, że zabiłem króla wilków, niepokoiła mnie nieustannie. Latabiegły, a jego rozwarta czerwona paszcza i świecące ślepia nie wychodziłymi z pamięci.Pamiętałem też zawsze ostrzeżenie doktora Paj-Chi-Wo i nigdy nierozstawałem się z ofiarowaną mi przezeń czapką. Tymczasem w królestwie zaczęły się dziać rzeczy niepojęte. Ze wszystkichstron kraju donoszono, że olbrzymie stada wilków napadają na wsie imiasteczka ogołacają je z żywności i porywają ludzi.W południowych dzielnicach wszystkie zasiewy zostały stratowane przez setkitysięcy ciągnących na północ wilków.Kości pożartych ludzi i bydła bielały na drogach i gościńcach.Rozzuchwalone bestie w biały dzień osaczały mniejsze osiedla i pustoszyłyje w przeciągu kilku minut. Rozsypywano po lasach truciznę, zastawiano pułapki i kopano wilcze doły,tępiono tę straszną nawałę i stalą i żelazem, mimo to napady wilków nieustawały. Opuszczone domostwa służyły im za leża i barłogi; po nocachpełnych niepokoju matki nie odnajdywały swych dzieci, mężowie żon. Ryk iskowyt mordowanego bydła nie ustawał ani na chwilę.Do ochrony przed klęską wysłano liczne oddziały dobrze uzbrojonego wojska,tępiono wilki w dzień i w nocy, one jednak mnożyły się z taką szybkością,że poczęły zagrażać całemu państwu.Stopniowo zaczął szeżyć się głód. Lud oskarżał ministrów i dwór oniedołęstwo i złą wolę. Fala niezadowolenia i rozpaczy rosła i potężniała.Wilki wdzierały się do mieszkań i wywlekały z nich umierających z głoduludzi.Król raz po raz zmieniał ministrów, ale nikt nie mógł zaradzićnieszczęściu.Wreszcie pewnego dnia wilki zagroziły stolicy. Nie było takiej siły, któramogłaby powstrzymać ich przerażający pochód. Pewnego listopadowego rankawilki wtargnęły do pałacu. Miałem wówczas lat czternaście, ale byłem silnyi odważny. Chwyciłem najlepszą strzelbę, naładowałem ją i stanąłem uwejścia do sali tronowej, gdzie zasiadali moi rodzice.- Precz stąd! - zawołałem z wściekłością w głosie.Już miałem wystrzelić, gdy jeden z halabardników, stojących dotądnieruchomo u wrót sali tronowej, chwycił mnie nagle za rękę i zbliżającswoją twarz do mojej ryknął:- W imieniu króla wilków rozkazuję ci, psie, abyś mi dał wolną drogę, wprzeciwnym razie będę musiał cię zabić!Ogarnęło mnie przerażenie. Strzelba wypadła z rąk, poczułem okropną słabość, oczy zaszły mi mgłą - ujrzałem przed sobą rozwartą czerwonąpaszczę króla wilków.Co działo się potem - nie wiem. Gdy odzyskałem przytomność, rodzice moi jużnie żyli, wilki grasowały w pałacu, a ja leżałem na posadzce przywalony odłamkami krzeseł i wszelkiego rodzaju sprzętów. Głowę miałem potłuczoną. Wzywałem pomocy, ale z ust moich wydobywały się tylko końcówki wyrazów.Pozostało mi to już zresztą na zawsze.Rozważając rozpaczliwie moje położenie, zrozumiałem, że ocalałem jedyniedzięki temu, iż zostałem przywalony połamanymi sprzętami. "Co tu począć? - myślałem. - Jak wydostać się z tego piekła? O Boże, Boże! Gdyby można było być ptakiem i ulecieć stąd dokądkolwiek!"I nagle przypomniała mi się cudowna czapka doktora Paj-Chi-Wo. Czy mam jąprzy sobie? Sięgnąłem do kieszeni. Jest! Już miałem ją włożyć na głowę, gdynaraz spostrzegłem, że nie było na niej guzika. A więc mogę, jeśli zechcę,stać się ptakiem, wydostać się z pałacu, uciec z tego niewdzięcznego kraju,a potem - zostać ptakiem już na zawsze, bez nadziei odzyskania kiedykolwiekwłasnej postaci!Wtem usłyszałem nad sobą sapanie. Poprzez odłamki sprzętów ujrzałem rozwartą paszczę wilka.Nie miałem czasu do namysłu. Włożyłem czapkę na głowę i rzekłem:- Chcę być ptakiem!W tej samej chwili zacząłem się kurczyć, ramiona przeobraziły mi się wskrzydła. Stałem się szpakiem, takim właśnie, jakim jestem dzisiaj.Z łatwością wydostałem się spod rumowisk, wskoczyłem na poręcz jakiegoś mebla i wyfrunąłem przez okno. Byłem wolny!Długo unosiłem się nad moją ojczyzną, ale zewsząd dolatywały tylko dzikiewrzaski ginącego ludu i wycie zgłodniałych wilków. Wsie i miastaopustoszały. Królestwo mojego ojca rozpadło się i zamieniło w gruzy, pośródktórych szalały głód i rozpacz.Zemsta króla wilków była straszna. Szybując nad ziemią, opłakiwałem śmierć rodziców i klęskę, która dotknęłamój kraj, a gdy oderwałem wreszcie myśl od tych smutnych obrazów, jąłemzastanawiać się nad utraconym guzikiem od czapki bogdychanów.Od chwili gdy czapkę tę otrzymałem z rąk doktora Paj-Chi-Wo, upłynęło sześćlat. Przez ten czas wiele podróżowałem po różnych krajach i miastach. Gdziezatem i kiedy zgubiłem ów cenny guzik, bez którego już nigdy nie będę mógłstać się człowiekiem?Wiedziałem, że nikt nie może dać mi odpowiedzi na to pytanie.Poleciałem kolejno do moich sióstr, ale żadna nie zdołała zrozumieć mojejmowy i wszystkie traktowały mnie jak zwykłego szpaka. Najstarsza z nich,królowa hiszpańska, zamknęła mnie do klatki i podarowała infantce naimieniny. Gdy po kilku tygodniach znudziłem się kapryśnej królewnie, oddałamnie swojej służebnej, ta zaś sprzedała mnie wraz z klatką wędrownemuhandlarzowi za kilka pesetów.Odtąd przechodziłem z rąk do rąk, aż wreszcie na targu w Salamance nabyłmnie pewien cudzoziemski uczony, którego zaciekawiła moja mowa.Nazywał się Ambroży Kleks. --------------------------------------------------------------------------- OSOBLIWOŚCI PANA KLEKSAOpowiadanie Mateusza wzruszyło mnie ogromnie. Postanowiłem uczynićwszystko, co będzie w mojej mocy, aby odnale1/4ć zgubiony guzik i przywrócićMateuszowi jego prawdziwą postać.Od tej chwili starannie począłem zbierać wszelkie guziki, jakie udawało misię znale1/4ć, a nadto, będąc poza Akademią pana Kleksa - czy to w tramwaju,czy na ulicy, czy też wreszcie na terenach sąsiednich bajek -niepostrzeżenie obcinałem scyzorykiem guziki od palt, żakietów i marynareknapotykanych pań i panów. Miałem z tego powodu mnóstwo przykrości.Któregoś dnia pewien listonosz wrzucił mnie za karę do basenu z rakami,kiedy indziej znów jakiś garbus wytarzał mnie w pokrzywach, a pewna starszapani, której urwałem guzik od płaszcza, obiła mnie parasolką.Mimo to jednak moje poszukiwania guzików trwają nadal i śmiało mogępowiedzieć, że w całej okolicy nie ma takiego gatunku i rodzaju, któregonie posiadałbym w swojej kolekcji.Ogółem bowiem zgromadziłem siedemdziesiąt osiem tuzinów guzików, z którychkażdy jest inny,. Niestety, w żadnym z nich Mateusz nie rozpoznał guzika odswej czapki.Poprzysiągłem więc sobie, że będę w dalszym ciągu prowadził poszukiwania,gdzie się tylko da, dopóki nie odnajdę owego czarodziejskiego guzikadoktora Paj-Chi-Wo.Jednej tylko rzeczy nie mogę zrozumieć: dlaczego pan Kleks nie zajął siędotychczas tą sprawą. Przecież gdyby tylko chciał, mógłby z łatwościąodnale1/4ć zaklęty guzik i uwolnić nieszczęśliwego księcia. Ach, bo pan Klekspotrafi wszystko! Nie ma takiej rzeczy, której by nie potrafił.Może zawsze z całą dokładnością określić, co kto o której godzinie myślał,może usiąść na krześle, które powinno być, ale którego wcale nie ma, możeunosić się w powietrzu, jak gdyby był balonem, może z małych przedmiotówrobić duże i odwrotnie, umie z kolorowych szkiełek przyrządzić rozmaitepotrawy, potrafi płomyk świecy zdjąć i przechować go w kieszonce odkamizelki przez kilka dni. Krótko mówiąc - potrafi wszystko.Gdy tak sobie rozmyślałem o tych sprawach podczas lekcji, pan Kleks, któryzauważył te moje myśli, pogroził mi palcem i rzekł:- Słuchajcie, chłopcy! Niektórym z was wydaje się, że jestem jakimś czarownikiem lub sztukmistrzem. Takiemu, co tak myśli, powiedzcie, że jestgłupi. Lubię robić wynalazki i znam się trochę na bajkach. To wszystko.Jeśli macie zamiar przypisywać mi jakieś niezwykłe rzeczy, to mnie to wcalenie obchodzi. Możecie sobie roić, co tylko wam się podoba. Nie wtrącam siędo cudzych spraw. Są tacy, co wierzą, że człowiek może przedzierzgnąć się wptaka. Prawda, Mateuszu?- Awda, awda! - zawołał Mateusz z tylnej kieszeni surduta pana Kleksa.- A moim zdaniem - ciągnął dalej pan Kleks - są to zmyślone historyjki, wktóre ja wierzyć nie mam zamiaru.- No, a bajki, panie profesorze, też są zmyślone? - zapytał niespodziewanieAnastazy.- Z bajkami bywa rozmaicie - rzekł pan Kleks. - Są tacy, którzy na przykładuważają, że ja też jestem zmyślony i że moja Akademia jest zmyślona, alemnie się zdaje, że to nieprawda.Wszyscy uczniowie bardzo szanują i kochają pana Kleksa, gdyż nigdy się niegniewa i jest nadzwyczajnie dobry.Pewnego dnia, kiedy spotkał mnie w parku, uśmiechnął się i rzekł do mnie:- Bardzo ci ładnie w tych rudych włosach, mój chłopcze!A po chwili, patrząc na mnie badawczo, dodał:- Pomyślałeś sobie teraz, że mam pewno ze sto lat, prawda? A tymczasemjestem o dwadzieścia lat młodszy od ciebie.Istotnie, tak sobie właśnie pomyślałem, dlatego też zrobiło mi się przykro,że pan Kleks te myśli zauważył. Długo jednak zastanawiałem się nad tym, wjaki sposób pan Kleks może być o tyle lat ode mnie młodszy.Otóż Mateusz opowiedział mi, że na drugim piętrze, gdzie mieszka z panemKleksem, stoją na parapecie okna dwa łóżeczka nie większe niż pudełka odcygar i że na nich właśnie sypiają pan Kleks i Mateusz. Nie dziwię się, żew takim łóżeczku może zmieścić się szpak, ale pan Kleks?... Nie mogłem tegopojąć. Być może, że Mateuszowi wszystko tak się tylko wydaje albo że po prostu zmyśla, w każdym razie opowiedział mi, że co dzień o północy panKleks zaczyna się zmniejszać, aż wreszcie staje się mały jak niemowlę,traci włosy, wąsy i brodę i kładzie się jak gdyby nigdy nic do maleńkiegołóżeczka w sąsiedztwie Mateusza.O świcie pan Kleks wstaje, wkłada sobie do ucha pompkę powiększającą i pochwili doprowadza się do stanu normalnej wielkości. Następnie łyka kilkapigułek na porost włosów i w ten sposób po upływie dziesięciu minut odzyskuje swoją zwykłą postać.Powiększająca pompka pana Kleksa w ogóle zasługuje na uwagę. Z wygląduprzypomina zwykłą oliwiarkę, używaną do oliwienia maszyny do szycia. Gdypan Kleks przykłada pompkę do jakiegokolwiek przedmiotu i naciska jej denko, przedmiot ów zaczyna natychmiast rosnąć i powiększać się. Dziękitemu pan Kleks może w jednej chwili z niemowlęcia przeobrazić się wdorosłego człowieka, dzięki temu również na obiad dla całej Akademiiwystarcza kawałek mięsa wielkości dłoni, gdyż po upieczeniu pan Klekspowiększa go za pomocą swej pompki do rozmiarów dużej pieczeni. Szczególnawłaściwość powiększającej pompki polega jeszcze na tym, że powiększa onaprzedmioty tylko wtedy, gdy tego naprawdę potrzeba, z chwilą gdy potrzebataka ustaje, ustaje również niezwłocznie działanie pompki i powiększonyprzedmiot wraca do swego normalnego stanu. Dlatego właśnie pan Kleks opółnocy zaczyna się zmniejszać, z tych samych powodów również wnet pozjedzeniu pieczeni pana Kleksa jesteśmy wszyscy bardzo głodni, tak jak gdybyśmy wcale nie jedli obiadu, i musimy dojadać potrawami z kolorowych szkiełek.Ponieważ desery nie stanowią koniecznej potrzeby, powiększająca pompka niema nie żadnego wpływu i trzeba je zawsze przyrządzać w normalnej ilości. Bardzo nas to wszystko martwi, ale pan Kleks obiecał, że do powiększaniadeserów wymyśli jakiś specjalny przyrząd.Na pierwsze śniadanie pan Kleks zjada zazwyczaj kilka kulek z kolorowegoszkła i popija je zielonym płynem. Jest to płyn, który - według słówMateusza - przywraca w pamięci pana Kleksa to, co działo się przedtem, bopodczas snu pan Kleks wszystko, ale to wszystko zapomina. Gdy pewnego rankazabrakło zielonego płynu, pan Kleks nie mógł sobie przypomnieć, kim jestani jak się nazywa, nie poznał własnej Akademii ani swoich uczniów i nawet Mateusza nazwał Azorkiem, gdyż zapomniał, że Mateusz nie jest psem, tylko szpakiem.Chodził wówczas po Akademii jak nieprzytomny i wołał:- Panie Andersen! Zgubiłem wczorajszy dzień! Jasiu! Małgosiu! Kud-ku-dak!Jestem kurą! Zaraz zniosę jajko! Zwróćcie mi moje piegi!Gdyby nie to, że Mateusz przeleciał ponad murem i pożyczył od trzechwesołych krasnoludków flaszkę zielonego płynu, pan Kleks na pewno byłbystracił rozum i już dzisiaj nie istniałaby jego słynna Akademia.Po pierwszym śniadaniu pan Kleks przytwierdza do twarzy swoje piegi izaczyna się ubierać. Warto tutaj opisać strój pana Kleksa i jego wygląd.Pan Kleks jest średniego wzrostu, ale nie wiadomo zupełnie, czy jest gruby,czy chudy, albowiem cały tonie po prostu w swoim ubraniu. Nosi szerokiespodnie, które chwilami, zwłaszcza podczas wiatru, przypominają balon;niezwykle obszerny, długi surdut koloru czekoladowego lub bordo; aksamitnącytrynową kamizelkę, zapinaną na szklane guziki wielkości śliwek; sztywny,bardzo wysoki kołnierzyk oraz aksamitną kokardkę zamiast krawata.Szczególną osobliwość stroju pana Kleksa stanowią kieszenie, których maniezliczoną po prostu ilość. W spodniach jego zdołałem naliczyć szesnaściekieszeni, w kamizelce zaś dwadzieścia cztery. W surducie natomiast jesttylko jedna kieszeń, i to w dodatku z tyłu. Przeznaczona jest ona dlaMateusza, który ma prawo przebywać w niej, kiedy mu się tylko spodoba.Dlatego też, gdy pan Kleks przychodzi rano do pracy i ma już usiąść wfotelu, z tylnej kieszeni jego surduta rozlega się nagle głos:- Aga, ak!Co znaczy:- Uwaga, szpak! Wówczas pan Kleks rozsuwa poły surduta i siada ostrożnie, ażeby nieprzygnieść Mateusza.Zresztą nie zawsze ostrożność ta jest potrzebna, gdyż zdarza się nieraz, żewchodząc rano do klasy pan Kleks mówi:- Adasiu, zabierz ten fotel.Gdy zaś fotel jest zabrany, pan Kleks siada sobie wygodnie w powietrzu,akurat w tym miejscu, gdzie przypadało siedzenie fotela.W kieszeniach kamizelki pana Kleksa mieszczą się rozmaite przedmioty, którebudzą podziw i zazdrość wszystkich uczniów Akademii. Jest tam flaszka zzielonym płynem, tabakierka z zapasowymi piegami, powiększająca pompka,senny kwas, o którym jeszcze opowiem, kolorowe szkiełka, kilka płomykówświec, pigułki na porost włosów, złote kluczyki oraz rozmaite inneosobliwości pana Kleksa.Kieszenie spodni są, moim zdaniem, bez dna. Pan Kleks może schować w nich,co tylko zechce, i nigdy nie znać, że cokolwiek w nich się znajduje.Mateusz opowiadał mi, że przed pójściem spać pan Kleks opróżnia wszystkiekieszenie spodni i układa ich zawartość w sąsiednim pokoju, przy czymnieraz zdarza się tak, że w jednym pokoju miejsca nie wystarcza i trzebaotworzyć dodatkowo drugi, a niekiedy nawet trzeci pokój.Głowa pana Kleksa nie przypomina żadnej spośród głów, które siękiedykolwiek w życiu widziało. Pokryta jest ogromną czupryną, mieniącą sięwszystkimi barwami tęczy, i okolona bujną zwichrzoną brodą, czarną jaksmoła.Nos zajmuje większą część twarzy pana Kleksa, jest bardzo ruchliwy iprzekrzywiony w prawo albo w lewo, w zależności od pory roku. Na nosietkwią srebrne binokle, bardzo przypominające mały rower, pod nosem zaśrosną długie sztywne wąsy koloru pomarańczy. Oczy pana Kleksa są jak dwaświderki i gdyby nie binokle, które je osłaniają, na pewno przekłuwałbynimi na wylot.Pan Kleks widzi absolutnie wszystko, a kiedy chce zobaczyć to, czego niewidzi, też ma na to sposób.Otóż w jednej z piwnic przechowywane są stale różnokolorowe baloniki zprzyczepionymi do nich małymi koszyczkami. Dopiero przed paru tygodniamidowiedziałem się, do czego służą one panu Kleksowi.Było to tak: w chwili gdy wstawaliśmy od obiadu, przybiegł z miasta Filip iopowiedział, że przy zbiegu ulic Rezedowej i Śmiesznej zepsuł się tramwaj,całkowicie zatarasował drogę i nikt go nie potrafi naprawić. Pan Klekskazał przynieść sobie natychmiast jeden balonik, do koszyczkaprzytwierdzonego pod nim włożył prawe swoje oko, nastawił odpowiednioblaszany ster i po chwili balonik poleciał w kierunku miasta.- Przygotujcie się, chłopcy, do drogi - rzekł do nas pan Kleks. - Za chwilęjuż będę widział, co stało się tramwajowi, i pójdziemy go ratować.W istocie, po pięciu minutach balonik wrócił i spadł prosto pod nogi panaKleksa. Pan Kleks wyjął z koszyka oko, włożył je na swoje miejsce ipowiedział z uśmiechem:- Teraz wszystko już widzę: tramwajowi zabrakło smaru w lewym tylnym kole,a ponadto do przedniej osi dostał się piasek. Niezależnie od tego na dachu przetarły się druty, a motorniczemu spuchła wątroba. Ruszamy! Anastazy,otwieraj bramę! Żwawo! Maszerujemy!Czwórkami wyszliśmy na ulicę, a pan Kleks podążał za nami. Po chwili zdjąłz nosa binokle, przytknął do nich powiększającą pompkę i binokle zaczęłyrosnąć. Gdy stały się już tak duże jak rower, pan Kleks wsiadł na nie ipojechał naprzód wskazując nam drogę.W ten sposób dotarliśmy niebawem do ulicy Śmiesznej. W poprzek ulicyistotnie stał pusty tramwaj, całkowicie tamując ruch. Kilku tramwajarzy imechaników, sapiąc i ocierając pot, krzątało się dookoła zepsutego wozu.Na widok pana Kleksa wszyscy się rozstąpili. Pan Kleks kazał nam otoczyćtramwaj i wziąć się za ręce, ażeby nikt nie miał do niego dostępu, po czymzbliżył się do motorniczego, który wił się w bólach, i dał mu połknąć małeniebieskie szkiełko. Następnie zajął się zepsutym tramwajem. Wyjął więc zeswych bezdennych kieszeni małą słuchawkę, młoteczek, angielski plasterek, słoiczek z żółtą maścią i flaszkę z jodyną. Opukał tramwaj ze wszystkichstron i boków, osłuchał go dokładnie, po czym wysmarował żółtą maścią motori korbę. Osie pokropił jodyną, a w końcu wdrapał się na dach tramwaju ipozalepiał angielskim plasterkiem przetarte części drutu.Wszystkie te zabiegi trwały nie więcej niż dziesięć minut.- Gotowe - rzekł pan Kleks - można jechać!Po tych słowach motorniczy, wyleczony przez pana Kleksa, z wesołymuśmiechem wskoczył na pomost, zakręcił korbą i tramwaj potoczył się lekkopo szynach, jak gdyby tylko co wyszedł z fabryki. Po naprawieniu tramwajuwróciliśmy do domu, śpiewając po drodze marsz Akademii pana Kleksa.W kilka dni pó1/4niej widziałem jeszcze raz, jak pan Kleks, mówiąc jegosłowami, wysłał oko na oględziny.Leżeliśmy wówczas wszyscy razem w parku nad stawem i zapisywaliśmy wzeszytach kumkanie żab. Pan Kleks nauczył nas odróżniać w tym kumkaniuposzczególne sylaby i okazało się, że można z nich zestawić bardzo ładnewierszyki.Ja sam na przykład zdołałem zanotować wierszyk następujący: Księżyc raz odwiedził staw, Bo miał dużo ważnych spraw. Zobaczyły go szczupaki: "Kto to taki? Kto to taki?" Księżyc na to odrzekł szybko: "Jestem sobie złotą rybką!" Słysząc taką pogawędkę, Rybak złowił go na wędkę, Dusił całą noc w śmietanie I zjadł rano na śniadanie.Gdyśmy siedzieli nad stawem, pan Kleks przeglądał się w wodzie i w pewnejchwili tak się nieszczęśliwie przechylił, że z kamizelki wypadła mupowiększająca pompka. Widzieliśmy wszyscy, jak zanurzyła się w wodzie, izanim pan Kleks zdążył ją złapać, poszła na dno.Nie namyślając się długo, skoczyłem do stawu, a za mną kilku innychchłopców, jednak wszystkie nasze poszukiwania nie zdały się na nic. Poprostu znikła bez śladu. Wówczas pan Kleks wyjął prawe oko i wrzucił je do wody, mówiąc:- Wysyłam oko na oględziny. Dowiemy się zaraz, gdzie leży pompka. Gdy po chwili oko wypłynęło na powierzchnię i pan Kleks włożył je zpowrotem na miejsce, zawołał:- Widzę! Leży w jamie zamieszkanej przez raki, cztery metry od brzegu.Natychmiast dałem nurka pod wodę i rzeczywiście znalazłem pompkę ściśle tam, gdzie mi wskazał pan Kleks.Przed tygodniem pan Kleks zgotował nam niespodziankę nie lada. Kazałprzynieść sobie z piwnicy niebieski balonik, włożył prawe oko do koszyczkai rzekł:- Wysyłam je na księżyc. Muszę dowiedzieć się, kto mieszka na księżycu, bochcę napisać dla was bajkę o księżycowych ludziach. Balonik niebawem uniósł się w górę, ale dotąd jeszcze nie wrócił. Pan Kleks jednak powiada, że księżyc jest bardzo wysoko i że balonik na pewno wróciprzed Bożym Narodzeniem. Tymczasem pan Kleks patrzy jednym okiem, drugiezaś zalepił sobie angielskim plasterkiem.Wracając do codziennych zwyczajów pana Kleksa, chciałbym jeszcze wspomniećtutaj, że rano, gdy tylko pan Kleks się ubierze, schodzi na dół na lekcje.Właściwie nie można powiedzieć, że pan Kleks schodzi, gdyż zjeżdża poporęczy, siedząc na niej jak na koniu i przytrzymując sobie oburącz binoklena nosie. Nie byłoby w tym zresztą nic szczególnego, gdyby nie to, że panKleks równie łatwo wjeżdża po poręczy na górę. W tym celu nabiera pełneusta powietrza, wydyma policzki i staje się lekki jak piórko. W ten sposób pan Kleks nie tylko wjeżdża po poręczy, ale może również unosić sięswobodnie w górę, gdzie i kiedy zechce, a zwłaszcza wtedy, gdy udaje się napołów motyli. Motyle stanowią nieodzowną część pożywienia pana Kleksa, a nadrugie śniadanie nie jada nic innego.- Zapamiętajcie sobie, moi chłopcy - oświadczył nam kiedyś pan Kleks - żesmak mieści się nie tylko w samym pożywieniu, lecz również w jego barwie.Na pożywieniu mi nie zależy, gdyż dostatecznie nasycam się pigułkami na porost włosów, ale podniebienie mam bardzo wybredne i lubię różne smacznerzeczy. Dlatego też jadam tylko to, co jest kolorowe, a więc motyle,kwiaty, różne kolorowe szkiełka oraz potrawy, które sam sobie pomaluję najakiś smaczny kolor. Zauważyłem jednak, że jedząc motyle pan Kleks wypluwa pestki takie same,jakie są w czereśniach lub wiśniach.Zgadując moje myśli pan Kleks mi wyjaśnił, że jada tylko specjalny gatunekmotyli, które mają wewnątrz pestki i które można sadzić na grządkach jakfasolę.Wszyscy uczniowie pana Kleksa myślą, że to bardzo łatwo unosić się wpowietrzu tak jak on. Nadymają się więc z całych sił, wydymąją policzki,naśladując ruchy pana Kleksa, ale mimo to nic im się nie udaje. Arturowi zwysiłku krew poszła z nosa, a jeden z Antonich o mało nie pękł.Na równi z mymi kolegami przeprowadzałem te same próby, ale upływał dzieńza dniem i chociaż pan Kleks udzielał nam pewnych wskazówek, wysiłki mojepozostały bez rezultatu.Aż naraz w niedzielę po południu wciągnąłem w siebie powietrze tak jakośdziwnie, że poczułem wewnątrz niezwykłą lekkość, a gdy nadto jeszczewydąłem policzki, ziemia poczęła mi się usuwać spod nóg i uniosłem się wgórę.Oszołomiony z wrażenia, leciałem coraz wyżej i wyżej, aż spotkała mnie owaniezapomniana przygoda, która wprawiła w zdumienie nawet samego panaKleksa. ---------------------------------------------------------------------------NAUKA W AKADEMIICo rano punktualnie o piątej Mateusz otwiera tak zwane śluzy. Są to niewielkie otwory w suficie, poumieszczane akurat nad łóżkami chłopców.Otworów takich jest tyle, ile łóżek, czyli ogółem dwadzieścia cztery. Gdyje Mateusz otwiera, zaczyna przez nie sączyć się zimna woda, która kapieprosto na nasze nosy.W ten sposób Mateusz budzi uczniów pana Kleksa.Równocześnie rozlega się donośny głos Mateusza:- Udka, awać!Co znaczy:- Pobudka, wstawać!Na to wezwanie zrywamy się wszyscy z łóżek i ubieramy się jak najprędzej,gdyż umieramy po prostu z ciekawości, czego nas tym razem będzie uczył panKleks.Sypialnia nasza jest bardzo obszerna. Wzdłuż ścian biegną umywalnie i każdyz nas ma swój własny prysznic. Myjemy się bardzo chętnie, gdyż z prysznicówtryska woda sodowa z sokiem, przy czym na każdy dzień tygodnia przypadainny sok. Jeśli chodzi o mnie, to najstaranniej myję się w środy, gdyż tegodnia do wody dodawany jest sok malinowy, za którym przepadam. Soki panaKleksa doskonale się mydlą i dają dużo piany, toteż sypialnia nasza zawszez rana wygląda jak wielka balia z mydlinami. Ubranie nasze składa się z granatowych koszul, białych, długich spodni, granatowych pończoch i białych trzewików. Jeśli któryś z chłopców cośprzeskrobie albo nie umie lekcji, wówczas za karę musi nosić przez całydzień żółty krawat w zielone grochy. Krawat taki jest bardzo piękny iwłaściwie każdy powinien by go chętnie nosić, my jednak martwimy sięokropnie, gdy spotka którego z nas taka kara.O wpół do szóstej zabieramy nasze senne lusterka i udajemy się do jadalnina śniadanie.Stoi tam pośrodku duży okrągły stół, przy którym każdy uczeń ma swoje stałemiejsce. Szyby w oknach są różnokolorowe, co bardzo podnosi smak wszystkich potraw.Pan Kleks śniadania i kolacje jada osobno, natomiast podczas obiadu unosi się w powietrzu ponad stołem z polewaczką w ręce i polewa nam potrawyrozmaitymi sosami. Każdy sos posiada inną właściwość: biały wzmacnia zęby,niebieski poprawia wzrok, żółty reguluje oddech, szary oczyszcza krew,zielony usuwa łupież.Mateusz podczas jedzenia stoi na krawędzi wazonu pośrodku stołu i uważa. abyśmy nic nie pozostawiali na talerzach.O godzinie szóstej rano Mateusz chwyta w dziób mały srebrny dzwoneczek idzwoni na apel. Biegniemy wówczas wszyscy do gabinetu pana Kleksa, gdziepan Kleks już na nas czeka i na dzień dobry całuje każdego w czoło.Po apelu pan Kleks wchodzi do dużej szafy stojącej w rogu gabinetu i przezokienko w jej drzwiach odbiera od nas senne lusterka. Mają one swojeszczególne przeznaczenie. Na nocnych stolikach przy każdym z łóżek stoi takie lusterko przez całą noc. Odbijają się w nich nasze sny i rano, gdylusterka oddajemy panu Kleksowi, ogląda on dokładnie, co śniło się każdemuz nas. Sny niedobre, nie dokończone, głupie i nieodpowiednie idą dośmietnika, a pozostają tylko te, które spodobały się panu Kleksowi.Za pomocą waty nasyconej sennym kwasem pan Kleks zbiera z lusterekwszystkie wybrane sny i wyciska je do porcelanowej miseczki. Tam suszą sięone przez jakiś czas. Gdy wyschną już na proszek, pan Kleks na specjalnejmaszynce wytłacza z nich okrągłe pastylki, które wszyscy zażywamy na noc.Dzięki temu mamy coraz ładniejsze i coraz ciekawsze sny, a najpiękniejsze znich pan Kleks zapisuje w senniku swojej Akademii.Mój sen o siedmiu szklankach tak się spodobał panu Kleksowi, że zapisał gow senniku od początku do końca i odznaczył mnie dwiema piegami. Ponadtozapowiedział całej klasie, że w niedzielę po południu sen ten odczytanyzostanie na głos.Lekcje rozpoczynają się o siódmej rano.Nigdzie chyba chłopcy nie uczą się tak chętnie, jak w Akademii pana Kleksa.Przede wszystkim nigdy nie wiadomo, co pan Kleks danego dnia wymyśli, a powtóre - wszystko, czego się uczymy, jest ogromnie ciekawe i zabawne.- Pamiętajcie, chłopcy - rzekł do nas na samym początku pan Kleks - że niebędę was uczył ani tabliczki mnożenia, ani gramatyki, ani kaligrafii, anitych wszystkich nauk, które są zazwyczaj wykładane w szkołach. Ja wam poprostu pootwieram głowy i naleję do nich oleju.Ażeby każdy mógł zorientować się, jakiego rodzaju nauki pobieramy wAkademii pana Kleksa, opowiem dla przykładu przebieg dnia wczorajszego,gdyż na opisanie wszystkich lekcji, przedmiotów, wykładów, zajęć i ćwiczeńz całego roku nie wystarczyłoby miejsca w żadnej książce.Otóż wczoraj pierwsza lekcja była to lekcja kleksografii. Naukę tę wymyśliłpan Kleks, abyśmy wiedzieli, jak trzeba obchodzić się z atramentem. Kleksografia polega na tym, że na arkuszu papieru robi się kilka dużychkleksów, po czym arkusz składa się na pół i kleksy rozmazują się popapierze, przybierając kształty rozmaitych figur, zwierząt i postaci.Niekiedy z rozgniecionych kleksów powstają całe obrazki, do którychdopisujemy odpowiednie historyjki, wymyślone przez pana Kleksa.Myślę, że sam pan Kleks powstał z takiego właśnie rozgniecionegoatramentowego kleksa i dlatego tak się nazywa. Mateusz jest zdania, że popanu Kleksie można się wszystkiego spodziewać i że moje przypuszczenia sącałkiem prawdopodobne.Do jednego z moich obrazków pan Kleks ułożył taki dwuwiersz: Bardzo trudno jest mi orzec, Czy to ptak, czy nosorożec.Lekcja kleksografii niezmiernie nam przypadła do gustu. Poszło na nią kilkaflaszek atramentu i cały stos papieru, nie mówiąc już o tym, że wszyscybyliśmy ubrudzeni atramentem aż po łokcie. Wieczorem musieliśmy użyć domycia soku cytrynowego, gdyż żaden nie mógł odmyć plam z naszych rąk itwarzy.Po lekcji kleksografii zabraliśmy się do przędzenia liter. Zauważyliściepewno wszyscy, że drukowane litery w książkach składają się z czarnychniteczek, posplatanych w najrozmaitszy sposób. Pan Kleks nauczył nas rozplątywać litery, rozplatać poszczególne małe niteczki i łączyć je wjedną długą nitkę, którą następnie nawija się na szpulkę. W ten sposóbnawinęliśmy już na szpulki mnóstwo książek z biblioteki pana Kleksa, tak żena półkach zostały tylko puste stronice, bez liter. Z jednej książki możnaotrzymać siedem, a czasem nawet osiem dużych szpulek czarnych nici, naktórych pan Kleks następnie wiąże supełki. Jest to największa pasja PanaKleksa. Potrafi całymi godzinami siedzieć w fotelu albo w powietrzu iwiązać supełki.Gdy zapytałem go, po co to robi, odrzekł mi wielce zdziwiony:- Jak to? Czy nie rozumiesz? Przecież czytam! Przepuszczam litery przezpalce i mogę w ten sposób przeczytać całą książkę, nie męcząc wzroku. Gdynawiniecie już na szpulki wszystkie moje książki, nauczę was również czytaćpalcami.Przędzenie liter jest właściwie dość żmudne, ale wolę je niż czytaniewypisów lub odrabianie zadań arytmetycznych.Po lekcji przędzenia liter pan Kleks zaprowadził nas wszystkich na drugiepiętro i otworzył jeden z zamkniętych pokojów.- Wchod1/4cie ostrożnie, moi chłopcy - rzekł pan Kleks wpuszczając nas dośrodka - w sali tej mieści się szpital chorych sprzętów, musicie uważać,aby żadnego z nich nie urazić. Pamiętacie, jak wyleczyłem zepsuty tramwaj?Otóż dzisiaj chcę was nauczyć leczenia chorych sprzętów.Po wejściu na salę oczom naszym przedstawiła się istna rupieciarnia. Byłytam fotele bez nóg, tapczany bez sprężyn, popękane lustra, zepsute zegary,popaczone stoły, powykrzywiane szafy, dziurawe krzesła i mnóstwo rozmaitychinnych zniszczonych sprzętów.Pan Kleks kazał nam ustawić się pod ścianami, sam natomiast zabrał się dopracy.Każdy sprzęt, do którego zbliżał się pan Kleks, trzeszczał lub skrzypiał najego widok i ufnie ocierał się o jego ubranie. Krzesła i stołki z radości tupały nogami, a zegary pojękiwały zepsutymi sprężynami.Z największą ciekawością przyglądaliśmy się zabiegom pana Kleksa. Zabrałsię on przede wszystkim do stołu, który stał w rogu sali. Opukał godokładnie na wszystkie strony, ujął za jedną z nóg i zmierzył mu puls, poczym przemówił niezmiernie czule:- No co, mój maleńki? Już cię nie boli, prawda? Gorączka minęła, deski sięzrosły, za trzy-cztery dni będziesz zdrów zupełnie.Podczas gdy stół cichutko skomlał, pan Kleks wysmarował mu blat żółtąmaścią i szpary w deskach przysypał zielonkawym proszkiem.Następnie zbliżył się do szafy, która straszliwie zaskrzypiała obojgiemdrzwi.- Jak tam? - zapytał pan Kleks. - Czy bardzo jeszcze kaszlesz? Chyba nie.Wkrótce już będziesz zdrowa, tylko się nie martw.Mówiąc to, przyłożył ucho do jej pleców, bardzo uważnie wysłuchał, po czymnapuścił kroplomierzem do wszystkich zawiasów po kropli oleju rycynowego.Szafa odetchnęła głęboko i czule poczęła łasić się do pana Kleksa.- Jutro cię jeszcze odwiedzę - rzekł pan Kleks - bąd1/4 tylko dobrej myśli.Na ścianie wisiało pęknięte lustro. Pan Kleks przejrzał się w lustrze dokładnie i poprawił sobie piegi na nosie, wyjął z kieszeni czarnyangielski plasterek i nalepił go wzdłuż całego pęknięcia.- Patrzcie, chłopcy, uczcie się, jak trzeba leczyć pęknięte szkło! -zawołał do nas wesoło pan Kleks.Po tych słowach jął nacierać lustro flanelową szmatką, a gdy po chwiliodlepił plasterek, nie było już ani śladu pęknięcia. 'Niech Anastazy i Artur zaniosą lustro do jadalni. Jest już zdrowe -powiedział pan Kleks.Nieco dłużej trwały zabiegi przy zepsutym zegarze. Trzeba było przepłukiwaćwszystkie śrubki, zapuszczać kropelki, smarować i nacierać pękniętąsprężynę, jodynować wahadło.- Biedactwo - rozczulał się nad nim pan Kleks - tyle musisz się nacierpieć.No, ale nic, wszystko będzie dobrze.Gdy pan Kleks pocałował go w cyferblat i czule pogłaskał po drewnianej szafce, zegar nagle wydzwonił godzinę, wahadło poszło w ruch i w całej sali rozległo się głośne "Tik-tak, tik-tak, tik-tak".Byliśmy po prostu zdumieni, a niebawem mieliśmy sposobność przekonać się,jak bardzo przywiązane są do pana Kleksa chore sprzęty.Zamierzaliśmy właśnie opuścić szpital, gdy nagle okazało się, że pan Klekszgubił swoją ulubioną złotą wykałaczkę.- Nie wyjdę stąd, dopóki zguba się nie znajdzie - oznajmił pan Kleks.Rozpoczęły się poszukiwania. Wszyscy, ilu nas tylko było, poklękaliśmy napodłodze i pełzając na czworakach, przeszukiwaliśmy zakamarki, kąty iskrytki. Mateusz fruwał po całej sali, wtykając dziób do rozmaitych szpar iszczelin w podłodze i w ścianach, tylko pan Kleks siedział w powietrzu znogą założoną na nogę, łykał pigułki na porost włosów, bo mu kilka zezmartwienia wypadło, i rozmyślał.Poszukiwania nasze trwały długo, a mimo to nie zdołaliśmy odnale1/4ćwykałaczki. Pan Kleks również był bezsilny, gdyż jego prawe oko nie wróciłojeszcze z księżyca i wskutek tego nie mogło być wysłane na oględziny.Nic też dziwnego, że widząc zgryzotę pana Kleksa i naszą niezaradność,chore sprzęty, same zabrały się do szukania zguby. Kulawe stoliki i stołkikuśtykały po całej sali, dziurki od klucza rozglądały się uważnie dookoła,szuflady powysuwały się pojękując dnami, lustra usiłowały odbić po koleiwszystko, co tylko mogły w sobie pomieścić, wreszcie piec, pragnąc także przyczynić się do znalezienia wykałaczki, powtarzał nieustannie:- Zimno-zimno-ciepło, zimno-ciepło-ciepło.Zegar chodził bardzo długo i dopiero gdy zaczął się zbliżać do okna pieczawołał:- Ciepło-ciepło-ciepło!Zegar obejrzał dokładnie parapet i ramy okna, a potem zabrał się doprzeszukiwania firanek.- Gorąco-gorąco! - wołał piec.Okazało się, że wykałaczka najspokojniej tkwiła w fałdach firanki tuż nadpodłogą.W ten sposób chore sprzęty odnalazły zgubę pana Kleksa.Pobyt nasz w szpitalu przeciągnął się do południa. O tej porze pan Kleks jada zazwyczaj drugie śniadanie, my zaś udajemy się nad staw lub na boisko,gdzie codziennie odbywa się jedna lekcja na świeżym powietrzu.Zatem gdy po wyjściu ze szpitala chorych sprzętów zeszliśmy na dół, panKleks wypłynął przez okno do ogrodu na połów motyli, Mateusz natomiastzarządził zbiórkę i poprowadził nas na boisko, na lekcję geografii. Byłemjuż poprzednio w dwóch szkołach, ale po raz pierwszy w życiu widziałem takąlekcję geografii.Mateusz wytoczył na boisko dużą piłkę zrobioną z globusa, rozdzielił naswszystkich na dwie drużyny i powyznaczał nam stanowiska zupełnie tak, jakdo gry w piłkę nożną. Mateusz był sędzią, fruwał nieustannie w ślad zapiłką i gwizdał, gdy któryś z nas popełniał błędy. Cała zaś sztuka polegałana tym, aby uderzając w piłkę nogą, wymieniać równocześnie miasto, rzekęalbo górę, w którą właśnie trafił czubek trzewika.Na znak dany przez Mateusza gra rozpoczęła się. Biegaliśmy za globusem jakszaleni i kopaliśmy piłkę z całych sił.Przy każdym kopnięciu padał okrzyk któregoś z graczy:- Radom! - Australia!- Londyn!- Tatry!- Skierniewice!- Wisła!- Berlin!- Grecja!Mateusz gwizdał raz po raz, okazywało się bowiem, że Antoni wymieniłSkierniewice zamiast Mysłowic, Albert pomieszał Kielce z Chinami, zaśAnastazy wziął Afrykę za Morze Bałtyckie.Gra ta bawiła nas niesłychanie, popychaliśmy jeden drugiego, przewracaliśmysię na ziemię, wykrzykiwaliśmy nazwy miast, krajów i mórz, Mateuszowi potspływał z dzioba, ja sapałem jak miech kowalski, a jednak nauczyłem sięprzy tym z geografii więcej niż w dwóch poprzednich szkołach w ciągu trzechlat.Przy samym końcu gry przytrafił się pewien nie przewidziany przypadek:jeden z Aleksandrów tak mocno kopnął globus, że wzbił się on niezmierniewysoko, a następnie spadł nie na boisko, lecz przeleciał przez mur i dostałsię w ten sposób na teren jednej z sąsiednich bajek. Byliśmy ogromnie zakłopotani, gdyż nie wiedzieliśmy, w jakiej bajce mamy szukać naszejpiłki: czy udać się do Tomcia Palucha, czy do Trzech Świnek, czy też możedo Sindbada Żeglarza.Gdy tak zastanawialiśmy się nad tym, co począć, rozległ się nagle wesołygłos Mateusza:- Aga, opcy!Co miało oznaczać:- Uwaga, chłopcy!Spojrzeliśmy przed siebie i oczom naszym ukazał się niezwykły widok: odstrony muru zbliżała się do nas prześliczna Królewna Śnieżka, a za niądwunastu krasnoludków d1/4wigało na plecach nasz globus.Pobiegliśmy na spotkanie witając ich jak najserdeczniej. Królewna Śnieżka uśmiechnęła się do nas łaskawie i rzekła:- Wasza piłka potłukła mi kilka zabawek, mimo to jednak zwracam ją wam, alepod warunkiem, że nauczycie moich krasnoludków geografii.- Doskonale! Bardzo chętnie! - zawołał Anastazy, który był najśmielszy znas wszystkich.Tymczasem stała się rzecz zgoła niespodziewana: Królewna Śnieżka, a wraz znią dwunastu jej poddanych, zaczęli pomału topnieć i rozpływać się wgorących promieniach sierpniowego słońca.- Zapomniałam, że u was jest przecież lato - szepnęła zawstydzona KrólewnaŚnieżka. Zanim zorientowaliśmy się w sytuacji, biedna Królewna Śnieżka z każdąchwilą malała topniejąc coraz bardziej, aż wreszcie rozpuściła się całkiemi zamieniła się w maleńki przezroczysty strumyczek. Połączyło się z nimdwanaście innych strumyczków i wszystkie razem popłynęły w stronę jednej zfurtek w murze, szemrząc znane słowa marsza krasnoludków: Hej-ho, hej-ho, Do domu by się szło!"Jak to dobrze, że nie jestem ze śniegu" - pomyślałem sobie, patrząc naoddalający się coraz bardziej strumyczek.Tak skończyły się odwiedziny Królewny Śnieżki w Akademii pana Kleksa.Gdy tak stałem zamyślony, rozległ się gwałtowny d1/4więk dzwonka.To Mateusz wzywał nas na obiad. --------------------------------------------------------------------------- KUCHNIA PANA KLEKSAW Akademii pana Kleksa nie ma żadnej służby i wszystkie niezbędne czynnościwykonywane są przez nas samych. Obowiązki podzielone są między uczniami wten sposób, że każdy z nas ma jakieś określone stałe funkcje gospodarskie.Anastazy otwiera i zamyka bramę, a nadto zarządza balonikami pana Kleksa.Pięciu Aleksandrów zajmuje się naszą garderobą i bielizną, to znaczy, że dbają o jej czystość, cerują pończochy i przyszywają guziki. Albert i jeden Antoni uprzątają park i boisko; Alfred i drugi Antoni nakrywają i podają do stołu; drugi Alfred i trzeci Antoni zmywają naczynia; Artur sprząta salęszkolną; trzej Andrzeje utrzymują porządek w jadalni, sypialni oraz naschodach; trzej Adamowie wydzielają soki do mycia i sosy do obiadu;pozostali uczniowie zajmują się rozmaitymi innymi sprawami gospodarskimi ijedynie w kuchni niepodzielnie króluje sam pan Kleks.Wszyscy byliśmy zawsze niezmiernie ciekawi, jak pan Kleks radzi sobie zgotowaniem na tyle osób, ale wstęp do kuchni był zabroniony. Dopiero wzeszłym tygodniu pan Kleks oznajmił, że przydziela mnie do kuchni i wyznacza na swego pomocnika. Byłem tym zachwycony i chodziłem po Akademiidumny jak paw.Gdy Mateusz zadzwonił na obiad, wszyscy chłopcy pobiegli do jadalni, gdzieAlfred i drugi Antoni krzątali się już dookoła stołu, ja zaś udałem się do kuchni.Muszę koniecznie opisać jej wygląd i urządzenia, które zaprowadził tam panKleks.Wzdłuż jednej ściany stały na długich stołach blaszane puszki, wypełnioneszkiełkami przeróżnych barw i odcieni. Po przeciwległej stronie umieszczonebyły naczynia z jadalnymi farbami oraz ogromny zbiór najdziwaczniejszychpędzli i pędzelków. Na oknach stały drewniane skrzynki z jaskrawymikwiatami, wśród których przeważały nasturcje i pelargonie. Pośrodku kuchniwznosił się wielki stół z metalowym blatem. Stał na nim pękaty szklany słój, napełniony płomykami świec, oraz mnóstwo małych słoików z kolorowym proszkiem.Przystępując do gotowania obiadu pan Kleks włożył biały kitel i zabrał siędo przyrządzania potraw.Do ogromnego rondla wrzucił trzy kwarty pomarańczowych szkiełek, dosypałgarstkę białego proszku, dolał wody, cienkim pędzelkiem wymalował napowierzchni zielone grochy, po czym na zakończenie dorzucił kilka płomykówświec, od których woda w rondlu natychmiast zawrzała. Wówczas pan Klekswymieszał dokładnie całą zawartość rondla, przelał ją do wazy i rzekł domnie:- Zanieś tę wazę Alfredowi do jadalni. Myślę, że zupa pomidorowa będziedzisiaj doskonała.Rzeczywiście, muszę przyznać, że jeszcze nigdy w życiu nie jadłem nicrównie smacznego, a przecież ugotowanie zupy nie trwało nawet pięciu minut.Podczas gdy chłopcy jedli pierwsze danie, pan Kleks zabrał się do przyrządzania pieczystego. W tym celu włożył do dużej brytfanny jedenpłomyk świecy, położył na nim maleńki kawałeczek mięsa, wrzucił dwaszkiełka: jedno czerwone i jedno białe, wszystko to posypał szarymproszkiem, a gdy mięso już się upiekło i szkiełka rozgotowały się,przyłożył do brytfanny powiększającą pompkę i kilkakrotnie nacisnął jejdenko. Brytfanna natychmiast wypełniła się po brzegi apetyczną i wonnąpieczenią wołową, obłożoną buraczkami i tłuczonymi kartoflami. Nakartoflach wymalował pan Kleks zielony koperek. Pieczeń ta z trudnością zmieściła się na półmiskach, które zaniosłem do jadalni.Na deser pan Kleks postanowił przyrządzić kompot z agrestu. Obciął kilkalistków pelargonii, posypał je proszkiem agrestowym i skosztował.- Nie smakuje mi! - rzekł sam do siebie. - Lepszy będzie kompot z malin.Nie zastanawiając się długo, pochwycił gruby pędzel, zarzurzył go wczerwonej farbie i kompot agrestowy przemalował na kompot malinowy.Był tak znakomity, że próbowałem go trzykrotnie, a byłbym chętnie zjadł jeszcze więcej. Mogłem sobie na to pozwolić, gdyż po przyrządzeniu kompotu,co trwało jedną chwilę, pan Kleks udał się do jadalni z polewaczką, ażebypieczeń polać brunatnym sosem, wzmacniającym dziąsła.Gdy po obiedzie chłopcy wzięli się do robienia porządków oraz do innychzajęć gospodarskich, pan Kleks wrócił do kuchni i rzekł do mnie:- No, Adasiu, teraz pora na nas, pewno jesteś już bardzo głodny. Powiedz,co chciałbyś zjeść na obiad? Możesz sobie wybrać każdą potrawę, na jakąmasz apetyt.Z natury jestem bardzo łakomy, toteż propozycja pana Kleksa poruszyła mnieogromnie. Długo zastanawiałem się nad tym, na co mam właściwie apetyt, iwreszcie wybrałem sobie omlet ze szpinakiem.Pan Kleks natychmiast porwał w dłoń pędzel, umaczał go w rozmaitych farbachi łącząc je w odpowiedni sposób, namalował omlet, potem szpinak, wrzucił dośrodka płomyk świecy, po czym zręcznie wyłożył wszystko na talerz, mówiąc:- Myślę, że mój omlet będzie ci smakował; powinien być wyśmienity.Omlet był rzeczywiście wyborny i wprost rozpływał się w ustach.W podobny sposób przyrządził dla mnie pan Kleks kurczaka z mizerią ipierogi z jagodami.- A co pan będzie jadł, panie profesorze? - zapytałem nieśmiało.W odpowiedzi na moje pytanie pan Kleks wyjął z kieszonki pudełeczko zpigułkami na porost włosów, połknął pięć takich pigułek jedną po drugiej irzekł:To mi zupełnie wystarczy. Natomiast dla smaku zjem sobie moją ulubionąkolorową potrawę.Mówiąc to, zerwał kwiatek nasturcji, zanurzył go naprzód w zielonej farbie,potem w niebieskiej, potem w srebrnej, wreszcie zjadł go z ogromnymsmakiem.Muszę ci to wytłumaczyć - powiedział pan Kleks widząc moje zdziwienie. -Przed wielu, wielu laty przebywałem w Pekinie, stolicy Chin, i zaprzyja1/4niłem się tam z pewnym chińskim uczonym, doktorem Paj-Chi-Wo.Nazwisko to na pewno już nieraz obiło ci się o uszy. Otóż wspomniany doktorPaj-Chi-Wo nauczył mnie wyrabiać jadalne farby, które stanowią esencjęrozmaitych smaków. Niebieska farba jest kwaśna, zielona jest słodka,czerwona jest gorzka, żółta jest słona, natomiast z różnych połączeń farbpowstają smaki pośrednie. Tak więc odpowiednie połączenie farby zielonej zbiałą i z odrobiną szarej daje smak waniliowy, brązowa z żółtą posiada smakczekoladowy, farba srebrna, domieszana do czarnej i z lekka zakropionaseledynową, smakuje jak ananas. I tak dalej, i tak dalej.W opowiadaniu pana Kleksa uderzyło mnie to, że jak się okazało, znał dobrzedoktora Paj-Chi-Wo, tego samego, który dał Mateuszowi cudowną czapkę bogdychanów. Było w tym coś bardzo zagadkowego.Tymczasem pan Kleks ciągnął dalej swoją opowieść:Doktor Paj-Chi-Wo odkrył mi również inne swoje tajemnice oraz nauczył mniewszystkiego, co dzisiaj umiem. Między innymi wyjawił mi ukryte znaczenieludzkich imion. Tym więc tłumaczy się, że do mojej Akademii przyjmuję tylkouczniów, których imiona zaczynają się na literę A, gdyż wiadomo z góry, że są zdolni i pracowici. Do imienia Mateusz przywiązane są wszelkiepomyślności. Dlatego też Mateuszem nazwałem mego ulubionego szpaka.Najszczęśliwsze imię to Ambroży, które ja sam noszę. No, ale mniejsza z tym- zakończył pan Kleks swoje opowiadanie - czas już pójść do parku, chłopcyna nas czekają.Godziny poobiednie zawsze spędzaliśmy w parku, gdzie pan Kleks wymyślał dlanas przeróżne zabawy i rozrywki.Tego dnia bawiliśmy się w poszukiwaczy skarbów.Szukajcie dobrze, a znajdziecie - powiedział do nas znacząco pan Kleks.Wszyscy chłopcy rozbiegli się po parku, ja zaś zaproponowałem Arturowi, abyposzedł na poszukiwania wraz ze mną. Artur chętnie się zgodził, wobec czegozabraliśmy się wspólnie do układania planu wyprawy.Jak już wspomniałem poprzednio, park otaczający Akademię pana Kleksa byłniezmiernie rozległy. Sędziwe dęby, wiązy i graby, kasztany i tulipanowcestrzelały wysoko w górę, rzucając gęsty cień na liczne jary i wąwozy. Rosnące dziko krzewy, pokrzywy i łopuchy, krzaki dzikich malin i jeżyn,bujne zarośla i wszelkiego rodzaju zielska tworzyły gąszcze nie doprzebycia, utrudniające dostęp do grot i pieczar, których pełno było wjarach i ścianach rozpadlin. Niektóre części parku przypominały dżunglę,gdzie ludzka noga nie postała od wielu lat i skąd po nocach dolatywałytajemnicze odgłosy i szumy.Nikt z nas nie usiłował nigdy przeniknąć w głąb tych chaszczy, chociażwszystkich nas pociągała chęć ich poznania. Docieraliśmy niekiedy do bliżejpołożonych pieczar, zaglądaliśmy do niektórych dziupli wydrążonych wstuletnich drzewach, ale wyobra1/4nię naszą drażniły stale owe niezbadane inieprzebyte gąszcze.Po naradzie odbytej z Arturem wzięliśmy z domu latarki, sznury, ostry nóżmyśliwski, kilka innych jeszcze pożytecznych przedmiotów, garść kolorowychszkiełek, które dał nam pan Kleks na wypadek, gdybyśmy byli głodni, po czymruszyliśmy w kierunku wschodniej części parku.Przebijaliśmy się z trudem przez las wysokich pokrzyw, przez ostępydzikiego łubinu, nożem torowaliśmy sobie drogę poprzez splątane gałęziedrzew, czołgaliśmy się na czworakach pod zwieszającymi się tuż nad ziemią gałęziami, kaleczyliśmy się o sterczące konary i sęki, aż wreszciestanęliśmy w samym sercu tajemniczej gęstwiny.Rozglądaliśmy się niespokojnie wokoło, uważnie nasłuchując. Dolatywały nasciche szmery, podobne do szeptów ludzkich, jakieś tłumione śmiechy, szelestsuchych liści, potrącanych przez wystraszone jaszczurki.Spojrzałem w górę. Wysoko nad nami rozpościerały się potężne konary staregodębu. O jakie dwa metry ponad naszymi głowami widniał otwór szerokiej dziupli, która obu nas niezmiernie zainteresowała.- Dobrze byłoby się tam dostać - powiedział Artur.- No chyba! - odrzekłem z zapałem.Nie zwlekając zabraliśmy się do roboty. Artur związał koniec sznura w pętlęi zarzucił ją na jeden z konarów drzewa. Rzut był celny. Sznur mocnozawisnął na grubym sęku, dokoła którego pętla się zacisnęła. Po chwiliArtur z kocią zwinnością wdrapał się po sznurze i zniknął w głębi dziupli.Uczyniłem to samo i niebawem obaj znale1/4liśmy się we wnętrzu dębowego pnia.Ze zdziwieniem stwierdziliśmy, że stoimy na szczycie kręconych schodów,prowadzących w dół.- Schodzimy? - zapytał Artur.- Oczywiście, że schodzimy! - odrzekłem.Świecąc latarkami, krok za krokiem zaczęliśmy zstępować w dół po wąskichstopniach schodków. Naliczyłem ich ogółem dwieście trzydzieści siedem.Schodzenie trwało dobry kwadrans, a kiedy wreszcie stanęliśmy na samymdole, oczom naszym ukazał się wylot ciemnego wąskiego korytarza. Szliśmyprzed siebie starając się zachować jak największą ciszę. Przyznaję, że zestrachu miałem duszę na ramieniu, a równocześnie dokładnie słyszałem bicienie tylko własnego serca, ale również serca Artura. Kilkakrotnie musieliśmyskręcać to w prawo, to w lewo, aż w końcu znale1/4liśmy się w ogromnej sali,oświetlonej jaskrawym zielonym światłem. Pośrodku stały trzy żelazne skrzynie z pięknymi okuciami. Bez trudu otworzyłem pierwszą z nich. Jakieżbyło nasze zdumienie, gdy na dnie skrzyni ujrzeliśmy maleńką zieloną żabkęz maleńką złotą koroną na głowie.Nie dotykajcie mnie! - rzekła żabka. - Wiem, że jesteście z Akademii panaKleksa i zupełnie bez potrzeby zabłąkaliście się do sąsiedniej bajki, dobajki o Królewnie Żabce. Jeśli mnie dotkniecie, natychmiast przemieniciesię w żaby i zostaniecie już tutaj na zawsze. Bajka o mnie jest wprawdziebardzo piękna, ale nie ma końca i od pięćdziesięciu lat czekam na to, abyktoś wymyślił jej zakończenie. Żaden z was nie potrafi mi w tym dopomóc, dlatego też zostawcie mnie w spokoju, uszanujcie moją wolę, a za tobędziecie mogli zabrać sobie wszystko, co znajduje się w dwóch pozostałychskrzyniach. Słysząc te słowa, ukłoniliśmy się grzecznie Królewnie Żabce i z wielką ostrożnością opuściliśmy wieko skrzyni.Następnie otworzyłem drugą skrzynię w przekonaniu, że w niej również ukrytajest jakaś niespodzianka. Na dnie jednak leżał mały złoty gwizdek i nicwięcej. Bardzo rozczarowany rzekłem do Artura: We1/4 sobie ten gwizdek,obejdę się bez niego!I nie czekając na towarzysza, zbliżyłem się do trzeciej skrzyni.Artur uważnie oglądał gwizdek, ja zaś przez ten czas otworzyłem trzeciąskrzynię i wyjąłem z niej leżący na dnie maleńki złoty kluczyk.- A to ci dopiero skarby! - zawołałem ze śmiechem. Wziąłem z rąk Artura gwizdek, przyłożyłem go do ust i zagwizdałem.W tej samej chwili jakaś niewidzialna siła porwała nas obu i uniosła wysokow górę. Zanim zdążyliśmy się opamiętać, staliśmy na ziemi u stóp dębu.Wprawdzie sznur nasz zwisał z dębowego sęka, jednak na próżno szukaliśmydziupli w tym miejscu, gdzie była poprzednio. Przejęci naszą przygodą, ruszyliśmy w kierunku stawu, gdzie miał nasoczekiwać pan Kleks. Zastaliśmy go w otoczeniu uczniów, gdyż wszyscy jużwrócili ze swych poszukiwań. Obok pana Kleksa leżały znalezione przez nichskarby. Były więc złote monety, sznur pereł, skrzypce ze złotymi strunami,kubek z ametystu, tabakierki, pierścienie z drogimi kamieniami, srebrnetalerze, posążki z bursztynu i kości słoniowej i mnóstwo rozmaitych innychcennych przedmiotów.Czuliśmy się zawstydzeni widokiem tych skarbów.- A wy coście znale1/4li? - zapytał nas z uśmiechem pan Kleks.Pokazaliśmy mu kluczyk i gwizdek.Pan Kleks przyglądał się tym przedmiotom z takim skupieniem, jak gdybyzobaczył coś niezwykłego.- To są nieocenione skarby - rzekł do nas po chwili. - Kluczyk ten otwierawszystkie bez wyjątku zamki. Gwizdek natomiast posiada taką właściwość, żewystarczy na nim zagwizdać, aby znale1/4ć się tam, gdzie się być pragnie.Spisaliście się najlepiej ze wszystkich i dlatego otrzymacie zaszczytnewyróżnienie!Po tych słowach pan Kleks zdjął sobie z nosa dwie duże piegi i przylepił pojednej mnie i Arturowi. Wszyscy chłopcy z ogromnym zaciekawieniem oglądali znalezione przez nas przedmioty, a gdy jeszcze opowiedzieliśmy o Królewnie Żabce, zazdrościlinam bardzo naszej przygody.- Każdy z was może zatrzymać sobie na własność to, co dzisiaj znalazł -oświadczył pan Kleks. - A teraz nie traćmy więcej czasu. O czwartej mamypójść do miasta. Wobec tego, że zostały jeszcze trzy kwadranse, niechaj namAdaś Niezgódka opowie, jak to było wtenczas, kiedy mu się zachciało latać,i co przy tej sposobności widział. Jest to bardzo ciekawa historia.Nikomu poza panem Kleksem nie opowiadałem dotąd o mojej wielkiejprzygodzie, gdyż obawiałem się, że nikt mi nie uwierzy. Teraz jednak, wobecżądania pana Kleksa, nie pozostawało mi nic innego, jak całą historięopowiedzieć od początku do końca. ---------------------------------------------------------------------------MOJA WIELKA PRZYGODAZawsze wydawało mi się, że latanie jest rzeczą całkiem łatwą i że wystarczytylko unieść się w powietrze, a już można poszybować wzorem ptaków aż podsamo niebo.Tymczasem jednak przypuszczenia moje zawiodły mnie zupełnie.Gdy idąc w ślad pana Kleksa nabrałem w płuca pewną ilość powietrza ipoczułem wewnątrz niezwykłą lekkość, zrozumiałem, że już gotów jestem dolotu. Wydąłem więc policzki i począłem natychmiast unosić się w górę.Ujrzałem pod sobą Akademię pana Kleksa, która oddalała się ode mnie zwielką szybkością, park malał i jakby uciekał w dół, koledzy poczęligwałtownie się zmniejszać. Gdy tak zupełnie pomimo woli wznosiłem się corazwyżej, ogarnęło mnie uczucie lęku i postanowiłem jak najprędzej lądować,okazało się jednak, że nie mam najmniejszego pojęcia o kierowaniu sobą wpowietrzu. Próbowałem wykonywać rękami i nogami rozmaite ruchy, usiłowałemnaśladować przelatujące w pobliżu ptaki, wstrzymywałem oddech, ale wszystkona próżno.Zawisłem w powietrzu jak balon i wiatr niósł mnie nie wiadomo dokąd.Zauważyłem, że przeleciałem już ponad murem Akademii pana Kleksa,spodziewałem się, że zobaczę teraz z góry wszystkie sąsiednie bajki, do których tyle razy przedostawałem się przez furtki w parku. Poza muremjednak nie dojrzałem zgoła nic prócz kilku zielonych pagórków, brzozowegogaju i obsypanych kwiatami łąk. Bajek nie było nawet śladu i mur, tak jakkażdy inny mur, najzwyczajniej otaczał zabudowania Akademii. Po chwilijednak i ten widok zniknął mi z oczu i ujrzałem pod sobą miasto, w którymdomy stały obok siebie jak pudełka zapałek. Poprzez wąziutkie uliczkiprzebiegały maleńkie tramwaje, a ludzie jak mrówki snuli się we wszystkiestrony. Moje pojawienie się nad miastem wywołało widoczne zainteresowanie.Na placach poczęły gromadzić się grupy przechodniów z zadartymi do górygłowami. Widziałem, jak niektórzy z nich wdrapywali się na słupy i na dachyi przyglądali mi się przez długie lunety, a po chwili poczułem na sobieświatło reflektorów. Tymczasem mój lot nie ustawał i w dalszym ciągu nie wiedziałem, w jaki sposób wrócić na ziemię. Szybko zapadał mrok, nagle się ochłodziło i po chwili zacząłem dygotać z zimna i ze strachu. Wiedziałem,że nie mogę spodziewać się pomocy pana Kleksa, gdyż jego wszechwidzące okoznajdowało się na księżycu, a na nikogo innego liczyć nie mogłem. Znastaniem nocy ogarnęła mnie trwoga nie dająca się opisać. Dokoła widziałemjuż tylko gwiazdy. Wreszcie, nie wiedząc kiedy i jak, wyczerpany lotem,płaczem i strachem, zapadłem w głęboki sen. Nagle obudziło mnie silneuderzenie w plecy. Otworzyłem oczy i ujrzałem przed sobą mur, o którywidocznie uderzył mnie podmuch wiatru. Stałem wprawdzie na ziemi, aleziemia ta była zupełnie przezroczysta i błękitna jak niebo. Ogromne złociste słońce widniało w dole i promienie jego grzały niezwykle. Murzbudowany był z niebieskiego matowego szkła.Postanowiłem zdobyć się na odwagę i posuwając się wzdłuż muru odnale1/4ćjakieś wejście. Szedłem bardzo długo po przezroczystej ziemi, aż wreszcietak jak przewidywałem, natrafiłem na dużą bramę z matowych szyb. Po krótkimwahaniu zapukałem. Jedna z szyb odsunęła się i ujrzałem gro1/4ną głowębuldoga, który trzy razy warknął i szybko zasunął szybę. Niebawem jednak okienko znów się otworzyło i tym razem zobaczyłem łeb białego pudla, który przyja1/4nie wyszczerzył zęby, mlasnął językiem i zaszczekał, jak gdybyspotkał starego znajomego.Uśmiechnąłem się mimo woli i gwizdnąłem przez zęby. Miałem bowiem przedparu laty ulubionego mopsa imieniem Reks, na którego zazwyczaj w ten sposóbgwizdałem.Zdziwienie moje nie miało granic, gdy na ten gwizd odpowiedziało mi głośneszczekanie, pudel został gwałtownie odepchnięty i w okienku ukazała się znajoma mordka mojego Reksa. Zdawało się, że na mój widok wyskoczy poprostu ze skóry. Nie mogłem się powstrzymać i z radości pocałowałem go wnos, on zaś polizał mnie tak czule, że aż mi serce mocniej zabiło.- Reks - wołałem - Reks, to ty?- Hau! hau! hau! - odpowiedział mi Reks długim, wesołym szczekaniem.Po chwili brama otworzyła się na oścież i oczom moim ukazał się niezwykływidok.Od bramy prowadziła szeroka ulica, po obydwóch jej stronach stały długimszeregiem psie budy, a raczej nieduże domki, pobudowane z różnokolorowychcegiełek i kafli, o maleńkich ganeczkach i okrągłych okienkach, otoczoneprześlicznymi ogródkami. Po ulicy spacerowały psy i pieski najrozmaitszychras i gatunków, wesoło poszczekując i merdając ogonami, a z okienekwyglądały różowe pyszczki puszystych, rozbawionych szczeniaków.Reks łasił się do mnie bez przerwy, a ja również nie mogłem się nimnacieszyć.Różne inne psy z zaciekawieniem, ale przyja1/4nie obwąchiwały mnie, aniektóre serdecznie lizały po twarzy i po rękach. Poczułem się dziwnie nieswojo i było mi wstyd, że nie mogłem odpowiedziećpsom taką samą serdecznością.Nie rozumiałem ich i wyróżniałem się spośród nich w sposób zbyt rażący.Ulegając tedy wewnętrznemu głosowi, zapragnąłem upodobnić się dootaczających mnie psów i począłem chodzić na czworakach, co przyszło mibardzo łatwo i wypadło całkiem naturalnie. Chcąc naśladować psią mowę,spróbowałem szczeknąć lub warknąć, ale z moich ust wydobyły się słowa,których dotąd zupełnie nie znałem. Takie same słowa rozlegały się dokoła inaraz doleciał mnie znajomy głos Reksa:- Nie dziw się, Adasiu, każdy, kto do nas zawita, zaczyna rozumieć nasząmowę i sam potrafi nią władać również dobrze, jak i my. Czy się domyślasz, gdzie jesteś?- Pojęcia nie mam - odrzekłem. - Reksie mój drogi, może mi objaśnisz, anastępnie zaznajomisz mnie ze swymi kolegami, bo czuję się pomiędzy nimicokolwiek obco.Niech cię to nie martwi. Przyzwyczaisz się szybko do nowego otoczenia.Trafiłeś po prostu do psiego raju. Wszystkie psy po śmierci dostają siętutaj, gdzie nie doznają żadnych trosk ani przykrości. Wasz ludzki rajmieści się o wiele, wiele wyżej. Nasz znajduje się na połowie drogi ibardzo wiele ludzi, udając się do ludzkiego raju, zawadza o nas. Psy bardzokochają ludzi, wiesz o tym. Dlatego też przyjmujemy ich tutaj bardzochętnie i gościnnie, a po pewnym czasie wyprawiamy w dalszą drogę. Czy i tysię wybierasz do ludzkiego raju?Opowiedziałem Reksowi o mojej przygodzie, o tym, że wcale jeszcze nie umarłem i że moim szczerym zamiarem jest wrócić do Akademii pana Kleksa.Od Reksa dowiedziałem się, że przed paru miesiącami wpadł pod kołasamochodu, wskutek czego umarł i jako wierny pies dostał się do psiegoraju.- A teraz - rzekł Reks - pozwól, że ci przedstawię moich przyjaciół. Otobuldog Tom, który pilnuje naszej bramy. Służył niegdyś wiernie królowejangielskiej, dlatego też wszyscy niezmiernie go szanujemy. Ten pudel,którego poznałeś, ma na imię Glu-Glu. Jest doskonale wytresowany i zabawianas przeróżnymi sztuczkami.Na potwierdzenie słów Reksa pudel Glu-Glu fiknął w powietrzu pięćkoziołków, a Reks ciągnął dalej:- Ten szpic ma na imię Azorek, a to owczarek Kuba, a to pekińczyk Ralf, ato dobermanka Kora, a ten piękny chart to chluba naszego raju, ma na imięJaszczur i na wszystkich wyścigach bierze pierwsze nagrody. Zresztąstopniowo poznasz się z pozostałymi psami, gdyż żyjemy tutaj w zgodzie iprzyja1/4ni.Istotnie, przed upływem godziny zaznajomiłem się co najmniej z setkąrozmaitych psów i czułem się wśród nich tak dobrze, jak u siebie w domu, amoże nawet jeszcze lepiej.Czarny mały ratlerek zbliżył się do mnie i rzekł bardzo uprzejmie:- Pozwoli pan, że się przedstawię. Nazywam się Lord.- Bardzo mi przyjemnie - odrzekłem. - Jestem Adam Niezgódka.- Jakie to dziwne - ciągnął Lord - że ludzie nie rozumieją naszej mowy,chociaż mówimy przecież zupełnie wyra1/4nie. Nieraz też zastanawiałem się nad tym, dlaczego w niektórych miejscach wiszą tabliczki z napisem: Zły pies.Żaden Pies nigdy nie bywa zły. To nieprawda. Mamy wrażliwe serca iprzywiązujemy się do ludzi, którzy nieraz bywają dla nas 1/4li i niegodziwi.- Powiem ci, Lordzie - przerwał mu Reks - że jesteś właściwie niedelikatny.Mój przyjaciel, pan Niezgódka, był moim panem i czułem się w jego domu niegorzej aniżeli tutaj, w psim raju. Chod1/4, Adasiu - dodał zwracając się domnie - nie każdy Lord jest prawdziwym lordem. Oprowadzę cię po naszymrajskim mieście.Pożegnałem Lorda kwaśnym uśmiechem i udałem się z Reksem na zwiedzaniepsiego raju, o którym nigdy dotąd nie słyszałem.- Ulica, którą teraz biegniemy, nazywa się ulicą Białego Kła - mówił Reks.- Prowadzi ona od bramy wejściowej aż do placu Doktora Dolittle. Popatrz,oto jest ten plac. Stoi na nim pomnik doktora Dolittle.Rozejrzałem się dokoła. Plac był po prostu wspaniały. Schludne jasne domkiotaczały go ze wszystkich stron. Przed domkami na miękkich poduszkachleżały świeżo wykąpane szczenięta. Niektóre z nich bawiły się piłkami, innessały kawałki cukru, jeszcze inne łapały muchy, które dobrowolnie wpadałyim do pyszczków. Pośrodku placu stał pomnik starszego pana, pod którymumocowana była tablica z napisem: Doktorowi Dolittle, dobroczyńcy ilekarzowi zwierząt, wdzięczne psy. Pomnik był cały zrobiony z czekolady imnóstwo psów oblizywało go dookoła. Reks utorował mi drogę do pomnika.Wstyd mi się przyznać, ale zabrałem się do lizania czekolady na równi zpsami, aż wreszcie odgryzłem doktorowi Dolittle połowę jego trzewika, czyli około pół kilo czekolady, którą zjadłem ze smakiem, gdyż zacząłem odczuwaćgłód.- Codziennie - rzekł Reks - zjadamy cały pomnik doktora Dolittle icodziennie odbudowujemy go na nowo. Czekolady nam nie brak, jesteśmyprzecież w raju.- A gdzie mógłbym ugasić pragnienie? - zapytałem. - Bardzo chce mi się pić.- Nic łatwiejszego! - zawołał wesoło Reks. - Jesteśmy właśnie przed moimpałacykiem. Zapraszam cię do mnie na szklankę mleka.Domek Reksa zbudowany był z zielonych kafli. Na ganku leżały poduszki idywany, na których wygrzewały się maleńkie mopsiki, zapewne dzieciarniamego przyjaciela.W ogródku na tyłach domku rosły krzaki serdelkowe i kiełbasiane. Bez truduzerwałem sobie kawałek krakowskiej kiełbasy i dwa serdelki, które zjadłem zwielką przyjemnością. Zauważyłem nadto, że drzewka rosnące pod oknami miałyzamiast konarów i gałęzi smakowite kości i zakwitały apetycznie różowymszpikiem.Gdy rozgościliśmy się w salonie, Reks nacisnął wystający ze ściany kran, zktórego - ku memu wielkiemu zdziwieniu - zamiast spodziewanej wody trysnęłodo szklanek chłodzone mleko o przemiłym smaku lodów śmietankowych. Wypiłemduszkiem trzy szklanki tego świetnego napoju, po czym ruszyliśmy z Reksem wdalszą drogę.Reks raz po raz kłaniał się rozmaitym swoim znajomym i o każdym miał zawszecoś do powiedzenia.- Ta wyżlica to pani Nola. Nigdy nie rozstaje się z parasolką, chociażdeszczów u nas nie bywa, a słońce świeci od spodu. Ten wielki dog nazywasię Tango. Co dzień przejada się serdelkami i musi zażywać olej rycynowy. Ata para jamników to Sambo i Bimbo. Nie rozstają się nigdy i usiłująwszystkich przekonać, że krzywe nogi są najładniejsze.Tu przerwał i po chwili rzekł do mnie:- Uważaj! Wchodzimy teraz w ulicę Dręczycieli. Zobaczysz coś ciekawego.Istotnie, ulica ta przedstawiała widok niezwykły. Po obu jej stronach nakamiennych postumentach stali chłopcy w różnym wieku i o rozmaitymwyglądzie. Można było rozpoznać wśród nich synów zamożnych rodziców i synówbiedaków, chłopców czystych, starannie ubranych, i umorusanych,rozczochranych brudasów.Każdy z nich kolejno wyznawał psim głosem swoją winę:- Jestem dręczycielem, gdyż memu psu Filusiowi wybiłem kamieniem oko -mówił jeden.- Jestem dręczycielem, gdyż mego psa Dżeka wepchnąłem do dołu z wapnem -mówił drugi.- Jestem dręczycielem, gdyż memu psu Rozetce kazałem zjeść pieprz - mówiłtrzeci.- Jestem dręczycielem, gdyż mego psa Rysia szarpałem nieustannie za ogon -mówił czwarty.W podobny sposób każdy z chłopców przyznawał się ze skruchą do przestępstwpopełnionych względem tego lub innego psa.Jak mnie objaśnił Reks, chłopcy, którzy dręczą psy, dostają się do psiegoraju podczas snu, po czym wracają do domu w przekonaniu, że wszystko to imsię tylko śniło. Jednak po takim pobycie na ulicy Dręczycieli żaden z chłopców nie dręczynigdy już więcej swojego psa.Byłem szczęśliwy, że udało mi się uniknąć takiej hańby, chociaż wcale niebyłem znów taki dobry dla mego Reksa i nawet pewnego razu pomalowałem gocałego czerwoną farbą.Odetchnąłem z ulgą i od razu odzyskałem humor. Gdy znale1/4liśmy się na placuRobaczków Świętojańskich, gdzie stały karuzele, huśtawki, beczki śmiechu iróżne tak zwane psie figle, rzuciłem się wraz z innymi psami w wir zabawy.Było mi wesoło jak nigdy dotąd, jednak głód zaczął mi doskwierać izauważyłem, że Reks począł niespokojnie węszyć.- Chod1/4 - rzekł do mnie. - Zjemy coś lekkiego, a potem wrócimy do domu naserdelki.Po czym zaprowadził mnie na ulicę Biszkoptową, gdzie leżały stosybiszkoptów maczanych w miodzie. Były tak smaczne, że nie mogłem się od nichoderwać.- Opamiętaj się - ostrzegł mnie Reks - my jesteśmy w raju, więc nam nic niemoże zaszkodzić, ale ty łatwo możesz się rozchorować.Bardzo mnie interesowało, skąd w psim raju bierze się czekolada, biszkopty,miód i inne smakołyki; kto buduje psie domki i pomnik doktora Dolittle;skąd biorą się parasolki, kapelusze, czapraki, w które przystrajają się psyoraz ich rodziny. Uważałem jednak, że nie powinienem o to pytać, gdyżbyłoby rzeczą niedelikatną wtrącanie się do rajskich spraw. Pomyślałemsobie zresztą, że na to właśnie jest raj, ażeby wszystko zjawiło się się wmig i nie wiadomo skąd.Zwiedziłem jeszcze z Reksem mnóstwo ciekawych rzeczy: psi cyrk i psie kina,ulicę Baniek Mydlanych, Zaułek Dowcipny i ulicę Konfiturową, wyścigichartów i Teatr Trzech Pudli, hodowlę kiszek kaszanych i pasztetowych,ogródki salcesonowe, szczenięcą ła1/4nię oraz rozmaite inne rajskie urządzenia.Wracając na plac Doktora Dolittle, gdzie mieszkał Reks, wstąpiliśmy jeszczedo zakładu fryzjerskiego na ulicy Syropowej. Dwaj golarce z Gór Świętego Bernarda ostrzygli nas bardzo wytwornie, po czym jeden z nich rzekł do mniez dumą:- Nie wiem, czy szanowny pan zauważył, że w tutejszym klimacie pchły nie trzymają się zupełnie.- Istotnie - odrzekłem - macie tutaj rajskie życie. Stwierdziłem ze zdziwieniem, że za strzyżenie nie zażądano od nas zapłaty,idąc więc śladem Reksa, grzecznie podziękowałem, liznąłem mego fryzjera wnos i wyszedłem na ulicę.Słońce przygrzewało niezmiennie i jak dowiedziałem się od Reksa, nigdy niezachodziło. Gdy wróciliśmy do domu mego przyjaciela, kazał on swoimszczeniętom opróżnić poduszki na ganku i zaproponował mi, abym wyciągnąłsię obok niego. Leżeliśmy tak, mile sobie gawędząc i przyglądając sięruchowi na placu.- Jak odróżniacie jeden dzień od drugiego - zagadnąłem Reksa - skoro słońceu was nie zachodzi i nigdy nie bywa nocy?- Bardzo prosto - odrzekł Reks. - Gdy pomnik doktora Dolittle zostajedoszczętnie zjedzony, wiemy, że upłynął jeden dzień. Budowa nowego pomnikazabiera tyleż godzin, co jego zjedzenie. Odpowiada to razem ziemskiejdobie. W ten sposób obliczymy tutaj czas. Tydzień określamy nazwą siedmiupomników. Trzydzieści pomników stanowi miesiąc. Rok składa się z trzystusześćdziesięciu pięciu pomników. Na placu Tabliczki Mnożenia mieszka dwudziestu foksterierów-rachmistrzów, którzy stale są zajęci liczeniemkolejnych pomników i prowadzą kalendarz psiego raju.Tak sobie gawędząc z Reksem, dowiedziałem się od niego rozmaitychszczegółów o pośmiertnym życiu psów.Czułem się bardzo dobrze w jego domu, po pewnym jednak czasie zacząłem sięnudzić. Sprzykrzyły mi się biszkopty, czekolada i wędliny i ogromniezachciało mi się zjeść trochę krupniku i marchewki, którą tak pogardzałem wdomu. Odczuwałem zwłaszcza brak chleba.Biegłem myślami do Akademii pana Kleksa i z rozpaczą myślałem o tym, co bybyło, gdybym miał już zostać na zawsze w psim raju.Pewnego dnia leżałem sobie w ogródku i wygrzewałem się na słońcu razem zmałymi mopsikami Reksa. Nade mną zwisały z krzaków serdelki, na którepatrzyłem z obrzydzeniem.- Aga, ak! Aga, ak! - usłyszałem nagle nad sobą znajomy głos. Zerwałem sięna równe nogi i ku wielkiej mej radości ujrzałem Mateusza, który siedziałna gałęzi szpikowego drzewa z maleńką kopertą w dziobie.- Mateusz! Jak się cieszę, że cię znowu widzę! - zawołałem. - Jak todobrze, żeś po mnie przyleciał. Co za szczęście!Mateusz sfrunął na ganek i podał mi kopertę. Był to list od pana Kleksa,który pouczał mnie, w jaki sposób mam wdychać i wydychać powietrze, aby dowolnie kierować swoim lotem.Przemówiłem tedy w psim narzeczu do psów, które zbiegły się na widokMateusza, podziękowałem im za gościnę i za dobre serca, uścisnąłem napożegnanie mego drogiego Reksa i całą jego rodzinę i udałem się wraz z nimi z buldogiem Tomem do bramy wyjściowej. Mateusz leciał nade mną, wesołopogwizdując.Uprosiłem Toma, aby mi dał do mojej kolekcji jeden guzik od swego fraczka,po czym raz jeszcze rzuciłem okiem na psi raj i opuściłem jego gościnneprogi.Wciągnąłem powietrze do płuc znanym mi sposobem, wydąłem policzki iuniosłem się w górę.Jakiś czas słyszałem jeszcze pożegnalne ujadanie psów, niebawem jednak psiraj począł oddalać się ode mnie, stał się jak mały niebieski obłoczek, ażwreszcie całkiem zniknął mi z oczu.Leciałem obok Mateusza, kierując się wskazówkami, których udzielił mi wliście pan Kleks.Po kilku godzinach lotu ujrzałem pod sobą w świetle zachodzącego słońcadachy domów i ulice naszego miasta.- Emia uż isko! - krzyknął mi w ucho Mateusz, co znaczyło: - Akademia już blisko!Rzeczywiście, po chwili dostrzegłem mury Akademii, park otaczający ją ze wszystkich stron i samego pana Kleksa, który wyleciał mi na spotkanie i zdaleka wymachiwał rękami na powitanie.Przed zapadnięciem mroku byliśmy już w domu. Okazało się, że nieobecność moja trwała dwanaście dni.Nie umiem po prostu opisać radości, jaką odczuwałem z okazji powrotu naziemię. Koledzy nie mogli się mną nacieszyć, natomiast pan Kleks kazał mizłożyć uroczyste przyrzeczenie, że nigdy już więcej nie będę latał.Przyrzeczenie takie złożyłem i dotrzymam go z całą pewnością. --------------------------------------------------------------------------- FABRYKA DZIUR I DZIUREKMiałem zamiar opisać dokładnie przebieg jednego dnia w Akademii panaKleksa. Opowiedziałem więc wszystko, co się dzieje od chwili naszegoprzebudzenia aż do południa. Opisałem lekcję kleksografii, przędzenia liter, odmalowałem kuchnię pana Kleksa, opowiedziałem o poszukiwaniuskarbów i o moich przygodach w psim raju. Od wielu dni spędzam cały wolnyczas nad tym pamiętnikiem, a mimo to dobrnąłem dopiero do momentu, gdy ogodzinie czwartej pan Kleks kazał wszystkim nam zebrać się przy bramie irzekł:- Zaprowadzę was dzisiaj na zwiedzenie najciekawszej fabryki na świecie.Ujrzycie najwspanialsze urządzenia i maszyny, przy których pracujedwanaście tysięcy majstrów i robotników. Mój przyjaciel, inżynier Kopeć,jest kierownikiem tej fabryki i obiecał oprowadzić nas po wszystkich halachfabrycznych, abyśmy mogli przyjrzeć się pracy ludzi i maszyn. Będzie tobardzo pouczająca wycieczka. Proszę ustawić się w czwórki. Idziemy.Anastazy otworzył bramę i ruszyliśmy w kierunku śródmieścia.Na placu Czterech Wiatrów wsiedliśmy do tramwaju, który miał zawieść nas dofabryki. Ponieważ dla wszystkich nie wystarczyło miejsca, pan Kleks przy pomocy swojej powiększającej pompki rozszerzył tramwaj o sześć brakujących siedzeń, dzięki czemu jechaliśmy bardzo wygodnie. Droga początkowoprowadziła przez miasto, po pewnym zaś czasie wydostaliśmy się na brzegrzeki i niebawem wjechaliśmy na samogrający most. Jak nam objaśnił panKleks, ciężar tramwaju wprawił w ruch maszynerię mostu, dzięki czemu zukrytych w nim trąbek popłynęły d1/4więki marsza ołowianych żołnierzy. Podrugiej stronie rzeki rozrzucone było malownicze, schludne miasteczko. Byłyto domki robotników zatrudnionych w fabryce. Sama fabryka ukazała sięnaszym oczom za zakrętem, gdzie znajdował się końcowy przystanektramwajowy. Od tego miejsca prowadziły do fabryki ruchome chodniki.Czuliśmy się na nich zupełnie jak w lunaparku, gdyż nieprzywykli do takiegośrodka komunikacji, nie mogliśmy utrzymać równowagi i wywracaliśmy się co chwila na ziemię.Przeciwległym chodnikiem zbliżał się na nasze spotkanie inżynier Kopeć.Był to wysoki, chudy, siwy pan z rozwianym włosem i kozią bródką. Stał nacienkich, długich nogach i wymachiwał cienkimi, długimi rękami. Przypominałmi bardzo stracha na wróble w podeszłym wieku.Jednym susem przeskoczył na nasz chodnik, objął serdecznie pana Kleksa ipocałował go w obydwa policzki.dwudziestu czterech - rzekł pan Kleks.- Aga, ak! - rozległ się głos Mateusza z tylnej kieszeni pana Kleksa.- A to jest mój ulubiony szpak Mateusz - dodał pan Kleks wyjmując go zkieszeni.Pan Bogumił Kopeć przyjrzał się nam uważnie, pogłaskał Mateusza i rzekłbawiąc się końcem swojej bródki:- Wielki to dla mnie zaszczyt powitać cię, mój Ambroży. Bardzo też chętnieoprowadzę twych uczniów po mojej fabryce dziur i dziurek. Tylkopamiętajcie, chłopcy - zwrócił się do nas - w fabryce nie wolno niczegodotykać.Po tych słowach owinął lewą nogę dookoła prawej, palce obu rąk pozaplatałjak dwa warkoczyki i płynął na czele naszej gromadki na ruchomym chodniku wkierunku fabryki, do której przybliżaliśmy się z zawrotną szybkością.Fabryka składała się z dwunastu olbrzymich budynków o przezroczystychmurach i oszklonych dachach. Z daleka już można było rozpoznać potężne kołamaszyn, których stukot donośnym echem rozlegał się po całej okolicy. Gdy weszliśmy do pierwszej hali, o mało nas nie oślepiły snopyróżnokolorowych iskier, tryskających z pasów transmisyjnych, elektrycznychświdrów i tokarek. Maszyny stały długimi szeregami w kilka rzędów, inne zawieszone były nalinach i d1/4wigach, przy wszystkich zaś uwijały się tłumy robotnikówubranych w skórzane fartuchy i hełmy o czarnych szkłach.Praca wrzała, a łoskot maszyn i narzędzi zagłuszał słowa inżyniera Kopcia,który tłumaczył coś i objaśniał piskliwym głosem.Zdołałem dosłyszeć jedynie tyle, że w hali tej wyrabiane są dziurki od kluczy, dziurki w nosie i dziurki w uszach, jak również inne jeszczedziurki mniejszego kalibru.Przyglądaliśmy się z ogromnym zainteresowaniem pracy maszyny ipodziwialiśmy niezwykłą wprawę tokarzy, którzy za jednym obrotem koła otrzymywali dziesięć do dwunastu prześlicznie wykończonych dziurek.Gotowe wyroby wrzucali do małych wagoników, a po napełnieniu chwytały jespecjalne ruchome d1/4wigi i przenosiły do składu w sąsiednim gmachu.Pan Kleks zbliżył się do jednego z wagoników, wyjął z nosa obie zużyteswoje dziurki, wybrał sobie dwie nowe, dopiero co utoczone, i włożył je donosa na miejsce starych. Wyglądały ślicznie, połyskiwały polerowanymibrzegami i widzieliśmy, z jaką przyjemnością pan Kleks raz po raz wycieranos.Pamiętając o zakazie inżyniera Kopcia musieliśmy nieustannie pilnowaćAlfreda, gdyż miał ogromną skłonność do dłubania w nosie i co chwilaodruchowo wyciągał palec, aby podłubać nim w dziurkach obrabianych przeztokarzy.W następnych halach fabrycznych wyrabiane były dziury i dziurki większychrozmiarów, a więc dziury na łokciach, dziury w moście, a nawet dziury w niebie. Te ostatnie były szczególnie duże i maszyny, na których je toczono, wystawały wysoko ponad dach fabryki, a robotnicy pracujący przy nichmusieli. wspinać się po olbrzymich rusztowaniach.Dziury na łokciach i na kolanach miały prześlicznie strzępione brzegi iwymagały szczególnej staranności robotników. Pan Kopeć pokazał nam różnepomysłowe rysunki i wzory, podług których młodzi inżynierowie wycinaliformy służące do wyrobu tych dziur.W jednym z pawilonów fabrycznych mieściła się sortownia, gdzie mnóstwodoświadczonych majstrów zajętych było kontrolą, pomiarami i sprawdzaniemgotowych już dziur i dziurek. Popękane, 1/4le wypolerowane, wygięte iuszkodzone dziurki wrzucano do dużych kotłów, gdzie przetapiano jeponownie.W ostatniej hali mieściła się pakownia. Tam specjalne robotnice ważyłydziury i dziurki na dużych wagach i pakowały je do pięcio- idziesięciokilowych skrzynek.Inżynier Kopeć podarował nam dwie skrzynki dziurek do obwarzanków.Po powrocie do Akademii pan Kleks upiekł dużo słodkiego waniliowego ciastai z dziurek tych narobił dla nas mnóstwo znakomitych obwarzanków, którymizajadaliśmy się przez cały wieczór.Byliśmy wszyscy zachwyceni urządzeniem fabryki, nie mogliśmy wprost oderwaćoczu od elektrycznych świdrów rozpalonych do czerwoności, od tokarek iwszelkiego rodzaju narzędzi, których nazw nie znaliśmy wcale.Gdy opuściliśmy fabrykę, było już prawie ciemno. Z oddali widzieliśmy przezszklane mury fontanny iskier niebieskich, zielonych i czerwonych, któreoświetlały całą okolicę jak fajerwerki.- Z tych iskier można by przyrządzać doskonałe kolorowe potrawy - zauważyłpan Kleks.Inżynier Kopeć towarzyszył nam aż do przystanku tramwajowego, opowiadającprzeróżne historie ze swego życia.Okazało się, że w chwilach wolnych od zajęć w fabryce inżynier występuje wcyrku jako linoskoczek, aby nie wyjść z wprawy w owijaniu jednej nogi dookoła drugiej.Gdy znale1/4liśmy się przy końcu ruchomego chodnika, tramwaj stał już naprzystanku i cierpliwie czekał. Był to wóz wyleczony swego czasu przez panaKleksa, dlatego na nasz widok zazgrzytał z radości kołami i nie chciał bez nas ruszyć z miejsca.Inżynier Kopeć pożegnał się z nami bardzo serdecznie, niektórych z naspołaskotał swoją kozią bródką, po czym chwilę jeszcze rozmawiał z panemKleksem w jakimś nieznanym języku, zdaje się, że po chińsku, gdyż jedyny wyraz, który zrozumiałem, było to nazwisko doktora Paj-Chi-Wo.Wreszcie wsiedliśmy do tramwaju, który niezwłocznie ruszył. Pan Kleks,pragnąc uniknąć ścisku, pozostał na zewnątrz i szybował obok w powietrzu.Przez jakiś czas jeszcze widzieliśmy stojącego na przystanku inżynieraKopcia. Pozaplatał palce obu rąk w warkoczyki i machał nimi z daleka napożegnanie. W ciemnościach wieczoru, na tle łuny bijącej od fabryki, długajego postać sięgała aż pod samo niebo.Dopiero gdy tramwaj skręcił w ulicę Niezapominajek, straciliśmy inżyniera Kopcia z oczu. Niebawem wjechaliśmy na samogrający most, który tym razemodegrał na trąbkach marsz muchomorów.Pan Kleks, chcąc widocznie wypróbować swoje nowe dziurki w nosie, wtórowałmostowi nucąc melodię przez nos.Gdy dojechaliśmy do placu Czterech Wiatrów, było już zupełnie ciemno,dlatego też pan Kleks rozdał nam płomyki świec, które przechowywał wkieszonce od kamizelki, i w ten sposób dotarliśmy wreszcie pó1/4nym wieczoremdo naszej Akademii.W domu czekała nas przykra niespodzianka.Wszystkie pokoje, sale, pomieszczenia i przejścia opanowane były przezmuchy.Nieznośne te owady, korzystając z nieobecności domowników, wdarły się przezotwarte okna do wnętrza domu, obsiadły wszystkie przedmioty i sprzęty,niezliczonymi rojami unosiły się i brzęczały w powietrzu i z całą właściwąim natarczywością rzuciły się na nas. Wdzierały się do ust i nosów, wpadałydo oczu, kotłowały się we włosach, kłębiły się czarnym rojowiskiem podsufitami, w kątach, na piecach i pod stołami. Na to, by przejść z pokoju do pokoju, trzeba było zamykać oczy, wstrzymywać oddech i opędzać się od nichobiema rękami. Nigdy dotąd nie widywałem takiego najścia much.Leciały w bojowym szyku, jak wielkie eskadry samolotów, formowały się wklucze, w czworoboki, w pułki i nacierały z brzękiem przypominającym odgłoswojennych trąb. Wodzowie wyróżniali się rozmiarami skrzydeł, wojowniczościąi odwagą. Bolesne ukłucia, zadawane mi przez tę kąśliwą nawałę, wskazywałyna to, że walka prowadzona jest na śmierć i życie. W pewnej chwili dopokoju, przez który usiłowałem przebiec, wleciała z głośnym brzękiemkrólowa much, szybkim bzyknięciem wydała kilka krótkich rozkazów swoimwodzom, wbiła mi żądło w nos i pomknęła na inne pole walki.Światło lamp nie mogło przedrzeć się przez tę czarną, wirującą w powietrzuchmurę. Chodziliśmy po omacku, depcząc i zabijając całe chmaryobsiadających nas zewsząd much, ale wcale ich przez to nie ubywało.Nie pomogło również wymachiwanie chustkami i ręcznikami. Na miejscezabitych much pojawiały się nowe i nacierały na nas z większym jeszczenatręctwem.Pan Kleks, który dotąd - fruwając po pokojach - prowadził z muchami zaciętąwalkę, opadł wreszcie z sił, założył nogę na nogę i wisząc w powietrzu,zamyślał się głęboko. Muchy w jednej chwili obsiadły go w takiej ilości, żenie było go wcale spoza nich widać.Wreszcie pan Kleks stracił cierpliwość. Wypłynął szybko przez okno i poparu minutach wrócił niosąc w palcach pająka - krzyżaka. Przyłożył dońpowiększającą pompkę i pająk szybko zaczął się powiększać. Gdy był jużwielkości kota, pan Kleks wzbił się wraz z nim w górę i umieścił go nasuficie. Niebawem ujrzeliśmy mnóstwo nitek zwieszających się z sufitu aż dopodłogi, a po kwadransie olbrzymia pajęczyna przedzieliła pokój na dwieczęści. Setki i tysiące much, całe ich zgiełkliwe roje wpadały w nastawionesieci, ale nic nie było w stanie osłabić ich waleczności i bojowego ducha.Pająk rzucał się żarłocznie na złowione w pajęczynę muchy, pożerał ich szturmujące oddziały, wysysał z nich wszystkie soki, miażdżył je i tratował wielkimi włochatymi łapami, ale po krótkim czasie tak już się nimi nasycił,że działanie powiększającej pompki ustało. Pająk zaczął się zmniejaszać,wrócił do swej normalnej wielkości, zmniejszyła się również jego pajęczynai muchy w jedno okamgnienie rozszarpały go na strzępy, mszcząc się w tensposób za klęskę swych towarzyszek. Królowa much uniosła z sobą jakotrofeum krzyż, zdarty niby skalp z pleców pająka.Wówczas pan Kleks przywołał nas do siebie i oznajmił, że właśnie przedchwilą wymyślił specjalny rodzaj muchołapki, która uwolni naszą Akademię od plagi much.Po chwili przyniósł do sali szkolnej miednicę z wodą, paczkę gumy arabskiej, mydło i szklaną rurkę. Podczas gdy my opędzaliśmy go od much,pan Kleks rozrobił w miednicy klej razem z mydłem i za pomocą szklanejrurki zaczął wypuszczać bańki mydlane, które jedna po drugiej unosiły się wpowietrze. Zastosowanie tych muchołapek dało nadzwyczajne wyniki.Muchy oblepiały ze wszystkich stron kleistą powierzchnię baniek i nie mogącsię już oderwać, razem z nimi opadały na podłogę. Pan Kleks nie ustawał wpracy. Wypuszczał coraz to nowe bańki, my zaś pochwyciliśmy miotły i żwawowymiataliśmy stosy czarnych od much muchołapek.Niebawem wszystkie pokoje, sale, pomieszczenia i korytarze zapełniły sięmydlanymi bańkami pana Kleksa.Muchy rzucały się na ich tęczową, zdradliwą powierzchnię i chmaramiprzylepiały się do nich. Żadnej nie udało się uniknąć tego żałosnego losu.Pan Kleks dmuchał w rurkę bez przerwy i po godzinie w całej Akademii niebyło już ani jednej muchy, tylko kilkanaście prześlicznie mieniących siębaniek tu i ówdzie unosiło się jeszcze nad naszymi głowami.Wymiecione przez nas muchy poukładaliśmy na dziedzińcu w wysokie sterty idopiero nazajutrz rano trzy ogromne ciężarówki, przysłane z ZakładuOczyszczania Miasta, uprzątnęły to obrzydliwe cmentarzysko.Tak zakończyła się wojna pana Kleksa z muchami.W tym wszystkim jedna rzecz wprawiła nas w zdumienie: gdy znaczna częśćmuch była już wytępiona, spoza ich czarnych rojów wyłoniła się postaćfryzjera Filipa, który spał na otomanie w gabinecie pana Kleksa. Początkowonie zauważyliśmy go zupełnie, tak był oblepiony przez muchy, kiedy jednakwreszcie dostrzegł go któryś z chłopców, nie mogliśmy wyjść z podziwu, żenajście much, które go szczelnie obsiadły, nie zdołało zakłócić jego snu.Jedynie głośne, przerywane chrapanie pozwalało się domyślać, że nie był tosen przyjemny ani błogi.Po wytępieniu much pan Kleks obudził Filipa, kazał nam wyjść z gabinetu,zamknął drzwi na klucz i odbył z Filipem długą, tajemniczą rozmowę.Gdy po pewnym czasie drzwi otworzyły się, Filip wyszedł bardzo wzburzony ioświadczył panu Kleksowi podniesionym głosem:- Od dzisiaj proszę sobie znale1/4ć innego fryzjera. Nie będę więcej strzygłani pana, ani pańskich uczniów. Dosyć mam już wyczekiwania i obietnic.Przyprowadzę go w tym tygodniu. I to nieodwołalnie. Dla niego miała być taAkademia, a nie dla tej całej pańskiej hałastry! Żegnam pana, panie Kleks.I nie zwracając na nas uwagi, wyszedł z Akademii, trzaskając po drodzewszystkimi drzwiami.Po chwili doleciał nas z parku jego przera1/4liwy śmiech. W świetle księżycawidzieliśmy przez okno, jak przesadził bramę i pobiegł ulicą Czekoladową wkierunku miasta.Pó1/4ną nocą zasiedliśmy do kolacji. Pan Kleks przez cały czas nad czymśrozmyślał i był tak roztargniony, że kalafiory, które dla nas przyrządził,miały czarny kolor i smakiem przypominały pieczone jabłka.Po kolacji pan Kleks wezwał do siebie dwóch Andrzejów i kazał im zanieść donaszej sypialni dwa łóżka i pościel, gdyż jak oznajmił, spodziewa się wkażdej chwili dwóch nowych uczniów.Gdy Andrzeje wykonali to polecenie, udaliśmy się do sypialni i pogrążyliśmysię niebawem w głębokim śnie.Na tym kończy się opis jednego dnia, spędzonego przeze mnie w Akademii panaKleksa. ---------------------------------------------------------------------------SEN O SIEDMIU SZKLANKACHDzień pierwszego września obfitował w wydarzenia o niezwykłej doniosłości.Była to niedziela i każdy z nas mógł robić, co mu się tylko podobało. Arturuczył swego tresowanego królika rachować, Alfred wycinał fujarki, Anastazystrzelał z łuku, jeden z Antonich, klęcząc nad wielkim mrowiskiem, obserwował życie mrówek, Albert zbierał kasztany i żołędzie, ja zaś bawiłemsię moimi guzikami i układałem z nich rozmaite figury i postacie.Pan Kleks był nie w humorze. W ogóle stracił humor od czasu owej kłótni zFilipem. Nie przypuszczałem, że Filip może być kimś ważnym w życiu panaKleksa i że ten fryzjer i dostawca piegów ma prawo podnosić na niego głos itrzaskać drzwiami. Pan Kleks nie mylił się, że Filip chyba zwariował.Jednak w Akademii od tego dnia coś się zmieniło. Pan Kleks przygarbił sięnieco, chodził zamyślony i po całych dniach zajęty był reperowaniem swojejpowiększającej pompki. Coraz częściej podczas wykładów wyręczał sięMateuszem, w kuchni przez roztargnienie przypalał potrawy i malował je nanieodpowiednie kolory, a na każdy odgłos dzwonka przy bramie podbiegał dookna i nerwowo szarpał brwi.Gdy owego dnia, który opisuję, ułożyłem z moich guzików pięknego zająca.pan Kleks nachylił się nade mną i posypał ułożoną figurę brązowymproszkiem. Zając nagle poruszył się, pobiegł w kierunku drzwi i uciekłunosząc z sobą moje guziki.Panu Kleksowi spodobał się widać bardzo ten żart, gdyż zaczął się głośnośmiać, natychmiast jednak posmutniał na nowo i rzekł:- Cóż z tego, że znam się na kolorowych proszkach, na farbach i naszkiełkach, kiedy nie mogę sobie poradzić z tym nieznośnym Filipem. Przeczuwam, że będę miał przez niego mnóstwo zgryzot i przykrości. Poprostu uwziął się na mnie.Zdziwiły mnie słowa pana Kleksa, gdyż nie wyobrażałem sobie, aby takiwielki człowiek nie mógł sobie z kimkolwiek poradzić.Pan Kleks, zgadując moje myśli, przybliżył się do mnie i dalej mówiłszeptem:- Tobie jednemu mogę to wyznać, bo jesteś moim najlepszym uczniem. Filipdomaga się, abym przyjął do Akademii dwóch jego synów. Powymyślał dla nichnowe imiona, które zaczynają się na literę A, i grozi mi, że w razie ichnieprzyjęcia odbierze nam wszystkie piegi. W dodatku ostatnio zwariował,robi mi na złość i nie przestaje się śmiać. Zobaczysz, że ta historiabardzo żałośnie się skończy.Po tych słowach wyjął z kieszeni garść guzików, rzucił je na podłogę takzręcznie, że same ułożyły się w figurę mego zająca, i wyszedł z pokojukurcząc się i podskakując na jednej nodze. Ta rozmowa tak mnie zaintrygowała, że postanowiłem odszukać Mateusza iwypytać go o szczegóły dotyczące stosunków pana Kleksa z Filipem.Mateusz spędzał zazwyczaj niedziele w bajce o słowiku i róży, dokąd latałna naukę słowiczego śpiewu. Udałem się więc do parku w nadziei, żedostrzegę go w chwili, gdy będzie wracał do Akademii.W parku uderzyło mnie jakieś osobliwe poruszenie i szelesty. Pożółkłe jużnieco podszycie parku wrzało, krzaki chwiały się, trawa się kołysała, nieulegało wątpliwości, że strumień niewidzialnych istot przesuwa się spodemparku, omijając drogi i ścieżki.Pobiegłem w kierunku owego ruchu i kiedy zbliżyłem się do stawu,zrozumiałem, co zaszło. Cała woda była spuszczona, ryby trzepotały sięrozpaczliwie na suchym dnie, a nieprzejrzane szeregi żab i raków wyruszyływ świat w poszukiwaniu jakiejś nowej, odpowiedniej siedziby. Towarzyszyłem im przez pewien czas, podziwiając zwłaszcza żaby, które wzgodnych podskokach, nie robiąc sobie nic z mojej obecności, zdążały zaprzewodniczką. Kiedy podszedłem do niej, aby się przyjrzeć, zobaczyłem, żema złotą koronę na głowie, i domyśliłem się od razu, że to Królewna Żabka,którą już niegdyś widziałem.- Poznaję cię, chłopcze, byłeś niedawno w mojej bajce i zachowałam o tobiemiłe wspomnienie. Czy widzisz, co się stało? Pan Kleks z niewiadomych powodów zabrał całą wodę ze stawu, pozostawiając wszystkie żaby, ryby iraki na pastwę losu. Postanowiłam nieść im ratunek i dlatego opuściłam mójpodziemny pałac. Chociaż jestem z innej bajki, ale żaba łatwiej zrozumieżabę niż pana Kleksa. Nic też dziwnego, że moje rodaczki z waszego stawuposzły za mną.- A dokąd je prowadzisz, Królewno Żabko? - zapytałem wzruszony jej słowami.- Nie jestem jeszcze całkiem zdecydowana - odrzekła. - Mogę zaprowadzić jedo jeziora z bajki o zaklętym jeziorze albo do stawu z bajki o zielonejwodnicy.- My chcemy do stawu! - zarechotały chórem żaby. Skakały przy tym takwysoko, że pochód ich przypominał żabi cyrk, jeśli taki gdziekolwiekistnieje.Raki wędrowały w milczeniu w pewnym odstępie.Nie wydawały żadnych d1/4więków, z trudem tylko powłóczyły kleszczami. Byłaich nieprzebrana wprost ilość, niemal tyleż co żab, a może nawet jeszczewięcej. Niektóre spośród nich, zapewne z wysiłku i ze zmęczenia, porobiłysię zupełnie czerwone, jakby je kto polał wrzątkiem.Nie mogłem oderwać oczu od tego widoku, przypomniałem sobie jednak onieszczęśliwych rybach, pozostawionych bez wody, przeprosiłem więc KrólewnęŻabkę i chciałem już odejść, lecz zatrzymał mnie jej błagalny głos:- Adasiu, zaczekaj jeszcze! Czy pamiętasz, jak podczas twej bytności w moimpałacu pozwoliłam ci zabrać ze skrzyni złoty kluczyk? Bez niego nie będęsię teraz mogła dostać ani do bajki o zaklętym jeziorze, ani do bajki ozielonej wodnicy, a przecież tylko w bajce może się znale1/4ć miejsce dlamoich żab i raków. Byłam już w wielkim kłopocie z tego powodu, ale skorolos zesłał mi ciebie, błagam cię, zwróć mi złoty kluczyk, a ocaliszwszystkie stworzenia, które tu widzisz.- Kluczyk? - rzekłem. - Kluczyk? Ależ tak, oczywiście, chętnie ci gozwrócę, królewo. Nie pamiętam tylko, gdzie go schowałem. Zdaje się, żezabrał go pan Kleks. Poczekaj chwilę, zaraz do ciebie wrócę.Nie wiedziałem, do czego wpierw mam się zabrać. Żal mi było żab, które słabły już wskutek braku wody, ale bardziej jeszcze niepokoiłem się o ryby. Pobiegłem co sił do Akademii, zebrałem kilku chłopców, którzy nawinęli misię po drodze, opowiedziałem im o tym, co zaszło, i namówiłem ich, abyzajęli się losem ryb.Pana Kleksa żaden z nich nie widział, zacząłem go tedy szukać po całej Akademii. Nie mogąc go znale1/4ć ani na dole, ani w jego pokoju, wpadłem do szpitala chorych sprzętów.Rozejrzałem się po sali. Tak. Pan Kleks był tam, ale to, co robił,przechodziło po prostu ludzkie wyobrażenie. Nie większy od Tomcia Palucha,wisiał uczepiony rękami i nogami u wahadła zegara i huśtał się na nim jakna huśtawce, powtarzając raz po raz głośno:- Tik-tak, tik-tak, tik-tak.W tej samej chwili zegar zaczął wydzwaniać godzinę i pan Kleks zawtórowałmu d1/4więcznym basem:- Bim-bam-bom.Na mój widok przerwał huśtanie, zeskoczył na podłogę, rozkurczył się,rozprostował i jakby na poczekaniu urósł.- Zawsze musicie mi przeszkadzać! - rzekł rozdrażnionym głosem. - O cochodzi? Przecież widzisz, że uczę zegar mówić.Natychmiast jednak opanował się i rzekł uprzejmie, jak zazwyczaj:- Przykro mi, Adasiu, że robisz takie zdziwione oczy. Ach, to wszystko winatego podłego Filipa. Chce mnie po prostu zniszczyć. Wszystko się we mnie psuje i coraz trudniej zachować mi normalny wzrost. Dosłownie maleję z dniana dzień. A teraz mam nowe zmartwienie: płomyki świec zaczęły mnie takparzyć od pewnego czasu, że dzisiaj musiałem powyrzucać je z kieszeni izalać wodą ze stawu. Fatalne to wszystko, fatalne! Nie opowiadaj tegonikomu, bo stracę do ciebie zaufanie. Czego sobie życzysz ode mnie? Po coprzyszedłeś?Opowiedziałem panu Kleksowi, jak żałosne w swych skutkach było spuszczeniestawu, powiadomiłem go o wymarszu żab i raków i poprosiłem wydanie mizłotego kluczyka, który - jak domyślałem się - schował w bezdennychkieszeniach swych spodni.Pan Kleks sposępniał.- Szkoda, wielka szkoda! - rzekł po chwili. - Żaby nie będą nam więcejukładały swoich wierszyków. Ale nie miałem przecież innego wyjścia. Musiałem ugasić płomyki świec, w przeciwnym bowiem razie cała Akademiaposzłaby z dymem. Potrzebna mi jest koniecznie ogniotrwała kieszeń. A cosię stanie z rybami? Może uda mi się wymyślić jakiś ratunek dla nich...Aha, prawda! Chciałeś abym ci oddał kluczyk... Zaraz...Mówiąc to, pan Kleks zaczął skrupulatnie przeszukiwać kieszenie.- Muszę ci wyznać - zauważył szeptem - że mam jeszcze jedną zgryzotę. Odczasu kłopotów z Filipem pozarastała mi większość moich kieszeni. Nie mogęjuż wcale do nich się dostać. Ale kluczyk szczęśliwie znalazłem. Masz,zanieś go Królewnie Żabce, pozdrów ją ode mnie i przeproś za spuszczeniestawu.Po tych słowach pan Kleks uczepił się znowu wahadła i jął się bujać na nim,powtarzając za każdym odchyleniem:- Tik-tak, tik-tak, tik-tak. Pobiegłem z kluczykiem do parku i złożyłem go u stóp Królewny Żabki.- Jestem ci niezmiernie wdzięczna - rzekła królewna. - Biorę ten kluczyk,ale nie sąd1/4, że będziesz pokrzywdzony. W zamian za to otrzymasz ode mnieŻabkę Podajłapkę. Będzie ci ona pomocna we wszystkich sprawach, któreprzedsięwe1/4miesz.Po tych słowach królewna powiedziała kilka słów po żabiemu i po chwili ztłumu otaczających ją żab wyskoczyła żabka nie większa od muchy. Miałabarwę jasnozieloną i lśniła, jakby była pokryta emalią.- We1/4 ją sobie - rzekła królewna. - Najlepiej ukryj ją we włosach i dawajjej codziennie jedno ziarnko ryżu.Wziąłem Żabkę Podajłapkę i posadziłem ją sobie na głowie. Wśliznęła sięnatychmiast pomiędzy włosy, a była tak mała, że wcale jej nie poczułem.Następnie podziękowałem królewnie, pożegnałem ją z wielkim szacunkiem iprzeskakując przez gromady żab i raków, pobiegłem nad staw. Zastałem tamjuż pana Kleksa w otoczeniu kilkunastu uczniów. Wyglądał tak jak zazwyczaj,tylko był znowu cokolwiek mniejszy.Na polecenie pana Kleksa chłopcy powrzucali ciężko dyszące ryby do wielkichkoszów sprowadzonych z lamusa.- Za mną - rzekł pan Kleks.Ruszyliśmy za nim, uginając się pod ciężarem koszów, minęliśmy kasztanowąaleję i malinowy chruśniak, a po niejakim czasie, przedzierając się przezgąszcze drzew, dotarliśmy do muru bajek. Pan Kleks zatrzymał się przedfurtką z napisem: Bajka o rybaku i rybaczce i otworzył kłódkę. Z daleka jużujrzeliśmy rybaka, który stał na brzegu morza i łowił niewodem ryby.Powitał nas bardzo serdecznie i uśmiechnął się życzliwie, nie wyjmując zust glinianej fajeczki.Wyrzuciliśmy ryby z koszów do wody, a potem, idąc za radą rybaka,skorzystaliśmy ze sposobności i wykąpaliśmy się w morzu, gdyż dzień byłnadzwyczaj ciepły.Gdy wróciliśmy do parku, nie było już ani żab, ani raków, a po dnie stawuspacerowały ślimaki bawiąc się w wilgotnym mule. Zamierzaliśmy już wracać do domu na obiad, gdy naraz ujrzeliśmy nad sobą Mateusza. Niezwykle podniecony krążył nad naszymi głowami i wołał na całygłos:- Aga, onik! Aga, onik!Pan Kleks pierwszy zrozumiał i jął wpatrywać się w niebo. Po chwili i onrównież zawołał:- Uwaga, balonik!Istotnie, mały punkcik, wiszący wysoko w górze, począł przybliżać się corazbardziej, aż wreszcie zupełnie wyra1/4nie można było rozróżnić niebieskibalonik z umocowanym u spodu koszyczkiem. Pan Kleks ucieszył się ogromnie i zacierając z zadowolenia ręce, raz po raz powtarzał:- Moje oko wraca z księżyca!Balonik opadał coraz szybciej, a gdy już był na wysokości ramienia, panKleks wyjął z koszyczka swoje oko, zerwał z prawej powieki plaster i włożyłoko na miejsce.- Nie! No, coś podobnego! - wołał z zachwytem. - Tego jeszcze nikt niewidział! Co za cuda! Co za cuda! Widzę życie na księżycu! Takiej bajkijeszcze nikt dotąd nie wymyślił!Z zazdrością patrzyliśmy na pana Kleksa, który stał jak urzeczony i upajałsię księżycowymi widokami, dostarczonymi mu przez wszechwidzące oko.Opanował się wreszcie i rzekł do nas:- Historią o księżycowych ludziach zaćmię wszystkie dotychczasowe bajki. Ale na to przyjdzie czas.- A może pan profesor opowie nam ją teraz? - odezwał się Anastazy.- Na wszystko musi być odpowiednia pora - odrzekł pan Kleks. - Terazpójdziemy do domu na obiad, a po obiedzie odczytam wam z sennika mojej Akademii sen, który się przyśnił Adasiowi Niezgódce.Chłopcy ucieszyli się bardzo tą wiadomością.Szybko tedy zjedliśmy obiad, po czym zebraliśmy się w sali szkolnej.Pan Kleks siadł przy katedrze, otworzył wielką księgę, zawierającą opisynajpiękniejszych snów, i zaczął czytać: Sen o siedmiu szklankach Śniło mi się, że się zbudziłem. Pan Kleks poprzemieniał w chłopców wszystkie krzesła, stoły i stołki,łóżka, ławki i wieszadła, szafy i półki, tak że łącznie z uczniami Akademii było nas przeszło stu. - Zawiozę was dzisiaj do Chin - oświadczył pan Kleks. Gdy wyjrzałem przez okno, ujrzałem stojący przed domem maleńki pociąg, złożony z pudełek od zapałek, przyczepionych do czajnika zamiast lokomotywy. Czajnik był na kółkach i buchała zeń para. Powsiadaliśmy do maleńkich tych wagoników i okazało się, że wszyscy pomieściliśmy się w nich doskonale. Pan Kleks siadł na czajniku i pociąg nasz miał już ruszyć, gdy nagle na niebie nad nami rozpostarła się ogromna czarna chmura. Zerwał się wicher, który powywracał pudełka od zapałek. Zapowiadała się straszliwa burza. Wobec tego pobiegłem do kuchni, wziąłem siedem szklanek, ustawiłem je na tacy, z komórki porwałem drabinę i wróciłem przed dom. Pan Kleks usiłował rękami powstrzymać parę, która wydobywała się z czajnika i łączyła się z chmurami. - Ratuj, Adasiu, mój pociąg! - wołał pan Kleks podskakując wraz z pokrywką czajnika. Nie oglądając się na nikogo, przystawiłem drabinę do dachu Akademii i trzymając w lewej dłoni tacę z siedmioma szklankami, wdrapałem się na najwyższy szczebel drabiny. Gdy tylko znalazłem się na szczycie, drabina zaczęła się wydłużać tak szybko, że niebawem dotarła do czarnej chmury i oparła się o jej brzeg. Niewiele myśląc schwyciłem w dłoń łyżkę, którą zabrałem z kuchni, i jąłemnią rozgarniać chmurę. Najpierw zebrałem z wierzchu cały deszcz i wlałem go do pierwszej szklanki. Następnie zeskrobałem pokrywający chmurę śnieg i wsypałem do drugiej szklanki. Do trzeciej szklanki wrzuciłem grad, do czwartej - grzmot, do piątej - błyskawicę, do szóstej - wiatr. Gdy napełniłem w ten sposób wszystkie sześć szklanek, okazało się, że zebrałem łyżką całą chmurę, tak jak zbiera się kożuch z mleka, i że niebo dzięki temu już się wypogodziło. Nie wiedziałem tylko, do czego służyć ma siódma szklanka. Zbiegłem szybko po drabinie na sam dół, ale w miejscu, gdzie stał pociąg pana Kleksa, nikogo już nie zastałem, gdyż wszyscy chłopcy przemienili się przez ten czas w srebrne widelce, które rzędem leżały na ziemi.Został tylko pan Kleks, zajęty w dalszym ciągu swoim czajnikiem i usiłujący palcem zatkać jego dzióbek. Ustawiłem tacę z siedmioma szklankami na trawie i nakryłem ją chustką tak, jak to czynią cyrkowi sztukmistrze. - Coś ty narobił! - rzekł do mnie wreszcie pan Kleks. - Ukradłeś chmurę. Odtąd już nigdy nie będzie deszczu ani śniegu, ani nawet wiatru. Wszyscy będziemy musieli zginąć od posuchy i upału. Rzeczywiście, w górze nad nami wisiał przeczysty błękit i nagle zorientowałem się, że jest to emaliowany niebieski czajnik, zupełnie taki sam, na jakim siedział pan Kleks, tylko wielkości całego nieba. Z czajnika sączyło się na ziemię słońce, a raczej złocisty wrzątek, który parzył nas niemiłosiernie.Pan Kleks, nie mogąc znieść takiego upału, zaczął szybko rozbierać się, ale miał na sobie tyle surdutów, że zdejmowanie ich nie miało końca. Kiedyzobaczyłem, że głowa jego zaczęła się tlić i z włosów buchnął dym, porwałem z tacy szklankę z deszczem i wylałem ją na pana Kleksa. Równocześnie lunąłrzęsisty deszcz, tylko że padał tym razem nie z góry na dół, lecz z dołu do góry. Wyglądało to tak, jak fontanna tryskająca z ziemi. - Śniegu! - wołał pan Kleks. - Śniegu, bo spłonę doszczętnie! Schwyciłem wobec tego szklankę ze śniegiem i wybierając śnieg łyżką, jąłem okładać nim głowę pana Kleksa.Skutek był zdumiewający, gdyż śnieg począł mnożyć się z taką szybkością, że pokrył cały park. W tej samej chwili spod śniegu wyskokczyły wszystkie srebrne widelce i wirując jak opętane, zabrały się do rzucania kulami ze śniegu. W widelcach rozpoznawałem raz po raz to Artura, to Alfreda, to Anastazego, to znowu jakiegoś innego kolegę. Widelce swoim zawrotnym tańcem w śniegu podniosły taką śnieżycę, że po prostu nic nie było widać. Wpadłem tedy na pomysł, aby śnieg zdmuchnąć za pomocą wiatru. Wziąłem więc szklankę z wiatrem, który wyglądał jak rzadki, niebieskawy krem, i wygarnąłem go jednym zamachem łyżki. Takiego wiatru nigdym dotąd nie widział. Dął jednocześnie we wszystkich kierunkach, unosząc z sobą wszystko, co tylko napotkał na drodze. Śnieg rozwiał się natychmiast, a srebrne widelce, uniesione w górę, zawisły wniebie jak gwiazdy. Zrobiło się bardzo zimno. Spojrzałem na pana Kleksa i w pierwszej chwili nie poznałem go wcale. Przeistoczył się w bałwana ze śniegu i wesoło podśpiewywał: Jedzie mróz, jedzie mróz. Wiezie śniegu cały wóz! Pomyślałem, że pan Kleks odmroził sobie rozum, dlatego też wziąłem czajnik z wrzątkiem i wylałem całą jego zawartość na głowę pana Kleksa. Śnieg natychmiast stopniał, znowu się ociepliło i pan Kleks zaczął rozkwitać. Naprzód wypuścił liście, potem pączki, aż wreszcie cała jego głowa i ręce pokryły się pierwiosnkami. Zrywał je z siebie i zjadał z apetytem, przyśpiewując: Gdy się kwiatków dobrze najem, Grudzień znów się stanie majem. Po chwili jednak stracił humor, a to z tego powodu, że pszczoły, zwabione kwiatami na głowie pana Kleksa, obsiadły go ze wszystkich stron i niejedna musiała zapuścić żądło w jego ciało, gdyż począł żałośnie jęczeć. Gdy po pewnym czasie pszczoły odleciały, głowa pana Kleksa wyglądała jak wielki bąbel, a z oczu jego ciekły duże krople gęstego miodu. Wziąłem tedy z tacy czwartą szklankę, w której mieścił się grad. Wyglądało to tak, jakby do szklanki włożył ktoś garść grubego śrutu. Wysypałem na dłoń kilka ziarnek gradu i wcierałem je w głowę pana Kleksa. Musiał doznać nadzwyczajnej ulgi, gdyż zdjął głowę z karku i rzucił mi ją jak piłkę. Odrzuciłem mu ją z powrotem w przekonaniu, że grę w piłkę lubi tak samo jak ja. Tymczasem pan Kleks, nie mogąc widzieć własnej lecącej kuniemu głowy, tak niezręcznie nadstawił ręce, że głowa potoczyła się w innym kierunku, odbiła się kilka razy od ziemi i znikła w zaroślach. Zapytałem pana Kleksa, jak się czuje bez głowy, ale nic mi nie odpowiedział, gdyż nie miał czym. W tym czasie właśnie emaliowany czajnik w górze odwrócił się zakopconym dnem na dół i naraz zapadła ciemność, w której tylko srebrne widelce migotały wesoło. Pan Kleks stał bez głowy, bezradnie wymachując rękami. Wyjąłem tedy z piątej szklanki błyskawicę, wygiąłem ją na kształt laski i świecąc nią sobie, udałem się na poszukiwanie głowy pana Kleksa.Znalazłem ją wśród pokrzyw. Była cała poparzona, co wcale nie przeszkadzało jej podśpiewywać: Poparzyły mnie pokrzywy, Taki jestem nieszczęśliwy! Zwróciłem panu Kleksowi głowę, błyskawicę zaś wetknąłem obok w ziemię. Dawała tyle światła, że było widno jak w dzień. - Chętnie bym coś zjadł - powiedział pan Kleks. Niestety, jedyną rzeczą, którą posiadałem, była szklanka z grzmotem.- Doskonale! - zawołał pan Kleks. - Nie znam nic smaczniejszego od grzmotu. Przynieś go tutaj.Wyjąłem grzmot ze szklanki i podałem panu Kleksowi. Była to piękna czerwona kula, przypominająca owoc granatu. Pan Kleks wydobył z kieszeni scyzoryk, pokrajał grzmot na ćwiartki, obrał ze skórki zjadł z ogromnym apetytem, oblizując się smakowicie.Po chwili jednak rozległ się potężny huk i pan Kleks, rozsadzony od środka,rozerwał się na tysiąc drobnych cząsteczek. Właściwie każda taka cząsteczka była samodzielnym małym panem Kleksem, a wszystkie tańczyły wesoło na trawie i śmiały się cieniutkimi głosikami.Wziąłem jedną z tych śmiejących się cząsteczek, włożyłem do siódmej, pustej szklanki, stojącej na tacy, i zaniosłem do kuchni. Nagle przez otwarty lufcik wdarły się z głośnym brzękiem srebrne widelce,osaczyły mnie ze wszystkich stron, a dwa spośród nich, zdaje się, że Antoni i Albert, usiłowały dostać się do szklanki, gdzie był maleńki pan Kleks. Ratując go przed widelcami, szybko wstawiłem szklankę do kredensu i mocno zatrzasnąłem drzwiczki. W tej samej chwili obudziłem się. Ujrzałem nad swoim łóżkiem prawdziwego pana Kleksa, który stał wpatrzony w moje senne lusterko, szarpał sobie brwi i mówił sam do siebie: - Sen o siedmiu szklankach... Sen o siedmiu szklankach... No, no! --------------------------------------------------------------------------- ANATOL I ALOJZY Przez cały wrzesień lały ulewne deszcze. Na krok nie wychodziliśmy z domu,zabawy w parku i gry na boisku ustały zupełnie, pan Kleks posmutniał i stał się dziwnie małomówny, jednym słowem - wyra1/4nie zaczęło się coś psuć w naszej Akademii. Któregoś wieczoru pan Kleks oświadczył nam, że życie bez motyli i bez kwiatów bardzo go nuży i że wskutek tego musi zacząć wcześniej chodzić spać. Pożegnaliśmy się tedy z panem Kleksem i udaliśmy się do naszej sypialni. - Nudno mi - rzekł jeden z Aleksandrów.A ja wam coś powiem - odezwał się nagle Artur - pan Kleks ma jakieś wyra1/4nezmartwienie. Czy żaden z was nie zauważył, że stał się trochę mniejszy, niż był dotychczas? - Istotnie! - zawołał jeden z Antonich. - Pan Kleks maleje. - A może mu się popsuła jego powiększająca pompka? - zapytał Anastazy. Nie brałem udziału w rozmowie, gdyż byłem bardzo senny. Położyłem się więc do łóżka i usnąłem natychmiast. Śniło mi się, że jestem młotkiem i że pan Kleks rozbija mną po kolei wszystkie moje guziki. Uderzenia młotka rozlegały się po całej Akademii i wzmogły się do tego stopnia, że wreszcie się obudziłem, ale uderzenia nieustały. Począłem więc nasłuchiwać. Nie ulegało wątpliwości, że owo stukanie dolatywało z parku i że ktoś wali w wejściową bramę. Zbudziłem natychmiast Anastazego, narzuciliśmy sobie płaszcze i świecąclatarkami, pobiegliśmy do parku. Za bramą stał fryzjer Filip w towarzystwie dwóch jakichś nieznanych chłopców. Wszyscy trzej przemoczeni byli do ostatniej nitki i deszcz ociekał z nich strumieniami. Anastazy otworzył bramę i wpuścił niezwykłych nocnych gości. Nowi uczniowie pana Kleksa! - zawołał Filip zanosząc się od śmiechu. -Przyszłe znakomitości słynnej Akademii, cha-cha! Jeden ma na imię Anatol, a drugi Alojzy. Obydwaj na A, cha-cha! Anatolu, przedstaw się kolegom, bąd1/4 dobrze wychowany! Młodzieniec nazwany Anatolem ukłonił się mówiąc: - Jestem Anatol Kukuryk. A to jest mój młodszy brat Alojzy. - Z tymi słowy wskazał dłonią na drugiego chłopca, którego obaj z Filipem trzymali pod ręce. - Bardzo nam przyjemnie panów poznać - rzekł z galanterią Anastazy. - Niepotrzebnie jednak stoimy na deszczu. Panowie pozwolą za mną. Udaliśmy się wszyscy do Akademii, pozostawiliśmy w sieni zmoczone okrycia, po czym Anastazy wprowadził gości do jadalni i usadowił ich przy stole. Byli widać bardzo zmęczeni, gdyż Alojzy natychmiast usnął i kiwał się na krześle jak chińska figurynka. iFilip przestał się śmiać i oznajmił, że miał zamiar przyprowadzić Anatola i Alojzego do Akademii przed wieczorem, ale zabłądził po drodze i wskutek tego dopiero po północy zdołał odszukać ulicę Czekoladową. - Jesteście pewno, panowie, głodni - rzekłem. - Będę musiał obudzić pana Kleksa i zawiadomić go o przybyciu panów.- Koniecznie trzeba obudzić pana Kleksa! - zawołał Filip śmiejąc się znowu. - Mam dla niego świeżutkie piegi, cha-cha! Bardzo chcielibyście zobaczyć pana Kleksa, cha-cha! Nieprawdaż, Anatolu? - Będzie to dla mnie wielki zaszczyt - odrzekł grzecznie Anatol. Wobec tego pobiegłem czym prędzej na górę i zapukałem do sypialni pana Kleksa. Ponieważ nikt nie odpowiedział, zapukałem powtórnie, potem jeszcze raz. Ale Pan Kleks miał widocznie bardzo mocny sen albo też w ogóle nie chciał się obudzić. Nacisnąłem klamkę. Drzwi były zamknięte na klucz.Sądziłem, że może Mateusz usłyszy moje stukanie, na próżno jednak w dalszym ciągu dobijałem się do drzwi - nikt mi nie odpowiadał. Postanowiłem więc sam pójść do kuchni i przyrządzić kolację dla chłopców idla Filipa. Znalazłem w spiżarni dzbanek z mlekiem, pieczywo, masło, trochę sera, kurę na zimno. Ustawiłem to wszystko na tacy i sięgnąłem do kredensu po talerze i szklanki. Naraz w jednej ze szklanek dostrzegłem coś szarego. W przekonaniu, że to mysz nakryłem szklankę dłonią i zbliżyłem do światła. To, co zobaczyłem, napełniło mnie przerażeniem. W szklance siedział pan Kleks. Maleńki pan Kleks. Wyra1/4nie rozpoznałem jego głowę, jego dziwaczny strój, nawet piegi na jego nosie. Siedział na dnie szklanki i spał. Wyjąłem go delikatnie dwoma palcami i położyłem na talerzyku. Zetknięcie z chłodną porcelaną