Bradley wpatrywał się jak urzeczony w głowę dyrektora.Żołądek usiłował podpełznąć mu do gardła. Zakręciło musię nagle w głowie. Wiedział, że zaraz się zdradzi, a to było-by absolutnie fatalne w skutkach.Sięgnął do kieszeni, wyciągnął z niej paczkę papierosów,a z nią kilka drobnych monet, które niby przypadkiem upuś-cił na piankowy dywan.- Ojej - zafrasował się i przykucnął szybko, żeby po-zbierać pieniądze. Opuszczenie głowy to podstawowa zasada pierwszej pomocy w nagłych wypadkach szoku lub omdleniai Bradley właśnie ją stosował. Zamroczenie zaczynało ustę-pować i powracało krążenie. Wiedział, że za chwilę będziemusiał wstać i spojrzeć na dyrektora, a był zdecydowany za-panować do tego czasu nad swymi odczuciami. Ale w jaki,u diabła, sposób głowa dyrektora wróciła na swoje miej-sce - po tym, co się wydarzyło ostatniej nocy?I wtedy wróciła mu zdolność logicznego rozumowania.Przypomniał sobie, że niemożliwością było, aby dyrektorrozpoznał go zeszłej nocy pod fałszywą twarzą z gumo-pla- styku, którą włożył specjalnie na tę okazję. Z drugiej stro-ny, po wydarzeniach ostatniej nocy dyrektor New Product,Inc, powinien być być niezdolny do życia ani oddychania,nie mówiąc już o korzystaniu ze swych centrów pamięci.Bradley zostawił tułów tego człowieka w jednym kącie po-koju, a głowę w drugim. Człowieka?Ogromnym zrywem woli zapanował nad sobą. Podniósłostatnią monetę i wstał zarumieniony. - Przepraszam -wybąkał. - Przyszedłem do pana nie w charakterze roguobfitości, tylko z raportem w spraW e prac nad mutacj ą in- dukowaną. - Jego zafascynowany wzrok przesunął się naszyję dyrektora i szybko umknął w bok. Stojący kołnierzskrywał ewentualne... ewentualne ślady. Wszelkie ślady, ja-kie mogł aby pozostawić ostra j ak brzytwa stal przecinaj ącaciało i kość...Czy istniał jakiś szczególny powód noszenia tego sterczą-cego kołnierza? Bradley nie miał pewności. Jesień 2060roku przyniosła poważne zmiany w męskiej modzie w po-równaniu z niewygodnymi stylami ubierania się obowiązuj ą-cymi j eszcze kilka lat wcześniej i noszona przez dyrektorarozszerzająca się ku dołowi półpelerynka ze złoconym sza-merunkiem i ciasno dopasowanym kołnierzem wcale nie na-leżała do strojów ekstrawaganckich. Bradley sam miał taką.Boże, pomyślał sparaliżowany paniką, czy tych... tychstworów nie można nawet zabić?Dyrektor Arthur Court popatrzył z łagodnym uśmiechemna swojego zastępcę do spraw organizacji. - Kac? - spy-tął. - Niech pan idzie na naświetlanie. Ambulatorium jestwniebowzięte, ilekroć ma sposobność do wykorzystania swo-jej aparatury. Wydaje mi się, że nasz personel jest za zdro-wy jak na ich gust.On mówił ! Szalona myśl zawirowała pod czaszką Bradleya: sobow-tór? Czy za biurkiem naprawdę siedział Court? Ale na-tychmiast zdał sobie sprawę, że to nie może być wyjaśnie-niem. To był Court, ten sam Arthur Court, którego Bradleyzabił kilka godzin temu. Jeśli można to mówić o zabijaniu,skoro praktycznie rzecz biorąc Court nie był istotą żywą...przynajmniej nie w tym sensie, co ludzie.Wysiłkiem woli zawrócił swój umysł znad granicy bezpie-czeństwa i przyjął pozę operatywnego zastępcy dyrektorafirmy do spraw organizacyjnych. - Z kacem nie ma żar-tów - powiedział. - Mam tu najświeższe dane...- Co z tym współczynnikiem zmienności. Z tego cowiem, pojawiło się coś, co utrudnia obliczenia.- To prawda - przyznał Bradley. - Ale chodzi tuo zmienną teoretyczą. W praktyce nie ma ona najmniejsze-go znaczenia, bo nie prowadzimy eksperymentów z wywoły-waniem mutacji u ludzi. Wska1/4nik sterylizacji w przypadkumuszek owocowych czy... czy truskawek nie odbiega w istot-ny sposób od normy.- Ale u ludzi odbiega, co? - Court przebiegł szybkowzrokiem dokumenty dostarczone mu przez Bradleya.- Mhmmm. Moglibyśmy pójść tym tropem, ale to sporoby kosztowało i nie przyniosło żadnych bezpośrednich rezul-tatów nadających się do wykorzystania w praktyce. Decyzję pozostawiam panu.- Ale potrafimy przewidywać z zadowalającą dokładno-ścią reakcje u organizmów nie będących ludzkimi?Bradley skinął głową. - Z dwuprocentowym współczyn-nikiem błędu. Wystarcza, by w drodze mutacji uzyskiwać ziemniaki długie na sześć metrów i smakujące jak rostbef,bez ryzyka, że zamiast tego wyjdą nam dziesięciomilimetro-we i o smaku cyjanku.- Czy krzywa wariancji podnosi się w przypadku zwie-rząt?- Nie. To dotyczy tylko ludzi. Potrafimy wyhodować kur-czaki składające się z samego białego mięsa i mające kształt sześcianu, co ułatwia krojenie. I naprawdę potrafilibyśmy mu-tować również ludzi, gdyby nie było to prawnie zabronione...ale, jak już powiedziałem, wchodzi tu w grę pewien czynnikniepewności. Zbyt wielu ludzi, zamiast wydać zmutowane po-tomstwo, ulega w wyniku tego procesu sterylizacji.- Hmmm - mruknął Court i zadumał się. - No do-brze, dajmy więc sobie spokój z lud1/4mi. Nie widzę w tym żadnej korzyści. Poniechać tego kierunku badań. Skupić sięna pozostałych. Jasne? - Jasne - przytaknął skwapliwie Bradley. Spodziewałsię, że będzie musiał dokładniej zreferować ten punkt spra-wozdania, chociaż, po wypadkach ostatniej nocy, nie przedCourtem. Zdał sobie teraz sprawę, że wciąż trzyma w pal-cach nie zapalonego papierosa. Wsunął go w usta, podszedłdo bocznych drzwi i otworzył je. Odwrócił się w progu.- To wszystko?Obserwował obracającą się szyję Courta, zdjęty szalonąobawą, że może z niej odpaść głowa. Ale nie odpadła.- Tak, to na razie wszystko - powiedział uprzejmieCourt.Bradley wyszedł, starając się wyrzucić z pamięci obrazcienkiej czerwonej linii okalającej gardło Dyrektora, którązobaczył przed chwilą, kiedy tamten odwrócił głowę.A zatem tych stworów nie można zgładzić poprzez ścięcie.Ale można j e zniszczyć. Można j e rozpuścić w kwasie, roz-bić młotem, rozmontować na części pierwsze, spalić...Cały kłopot w tym, że nie wymyślono jeszcze niezawod-nego sposobu ich rozpoznawania. Pewną wskazówką byłakrzywa sterylizacji po niezbyt silnym napromieniowaniu, aleuciekaj ąc się do tej metody można też było, choć nieko-niecznie przy tak słabych dawkach promieni gamma, wyste-rylizować prawdziwego człowieka. A i bez tego część ludzibyła już bezpłodna.Bradley dysponował tylko ogólną metodą selekcji. Potemjuż, aby rozpoznawać te potwory, musiał zdawać się na psy-chologię. Wiedział, że można je zwykle znale1/4ć wśród wyso-ko postawionych i wpływowych osobistości, choć nieko-niecznie zajmujących eksponowane stanowiska. Na przykład taki Arthur Court, który jako dyrektor New Products,Inc. wywieral ogromny wpływ na kulturę - bo cywilizacjakształtowana jest przez wkładane jej w ręce narzędzia tech-niczne.Bradley wzdrygnął się.Zeszłej nocy obciął Arthurowi Courtowi głowę. Arthur Court był androidem.- No i co ty na to? - zapytał Bradley sam siebie, zna-lazłszy się na korytarzu, za drzwiami gabinetu Courta. Spoj-rzał z czymś w rodzaju akademickiego zaintereasowania nawłasną rękę, która drżała tak, aż furkotały trzymane w niejpapiery. Co on mógł na to poradzić? On czy j akikolwiek inny człowiek?Nie można było z nimi walczyć jak równy z równym.Odznaczali się prawdopodobnie współczynnikiem inteligen-cji daleko wyższym od I.Q. ludzkości. Na polu czystego in-telektu Bradley nie miałby z nimi żadnych szans. Superkom- putery potrafiły rozwiązywać zawiłe problemy, z którymi nieporadziłby sobie żaden ograniczony umysł ludzki. Ostatniejnocy Bradley założył zniekształcającą rysy twarzy gumowąmaskę - ale jeśli zimny, metaliczny mózg Courta postawiłsobie za zadanie rozwiązanie zagadki j ego tożsamości, to czyCourt nie dojdzie wcześniej czy pó1/4niej do właściwej odpo-wiedzi?A może już ją znalazł?Bradley stłumił w sobie paniczny impuls pchający go doucieczki. Za drzwiami, których dotykał jeszcze łokciem, pa-nowała taka martwa cisza. Z tego co wiedział, dysponowaliwzrokiem, który potrafił prześlizgnąć się pomiędzy wirują-cymi atomami drzwi i zobaczyć tutaj Bradleya, tak jakbystał za szkłem - przejrzeć go na wylot i zajrzeć do zwojówjego mózgu, a tam odczytać przybierające dopiero kształtmyśli.- To tylko androidy - przypomniał sobie z wielką sta-nowczością, odwracaj ąc się od drzwi i zmuszaj ąc nogi dopodjęcia marszu korytarzem. - Gdyby były takie potężne,nie byłoby mnie tu teraz.Mimo to zastanawiał się z gorączkowym pośpiechem, coteż wydarzyło się ostatniej nocy po j ego wyj ściu z mieszka-nia Courta. Starał się nie myśleć o tym, jak wyglądał Courtleżący bez ruchu obok masywnej stalowej maczety zbroczo-nej tymi plamami, które wyglądały na zakrzepłą krew, a niebyly ludzką krwią.Sam się naprawił po wyjściu Bradleya? Właśnie słowa"naprawił" należało tu użyć - nie wyleczył. Leczyć można tylko ludzi. Prawdopodobnie zależało to od tego, gdzie usy-tuowany był mózg androida. Wcale nie powiedziane, żeznajdował się w głowie. Głowa jest miejscem zbyt podat-nym na wszelkiego rodzaju zagrożenia, by umieszczać w niejtak ważny zespół. Pod tyloma względami można ulepszyćbudowę człowieka. Może androidy to zrobiły. Może mózgCourta ukryty był bezpiecznie gdzieś w tajemniczych zaka- markach jego syntetyczriego ciała i jegochłodne, cykającemyśli przez cały czas kontynuowały swój zimny jak stal tok,kiedy Bradley stał tam w szoku niedowierzania, zapatrzonyw ciało swoj ej . . . swoj ej ofiary?Kto tu był ofiarą, a kto zwycięzcą!Po skróceniu o głowę ustały w robocie wszystkie procesy funkcjonalne. Bradley upewnił się co do tego. Nie oddy-chał, serce mu nie biło. Ale być może metaliczny mózg cy-kał cicho gdzieś w środku na swój chłodny sposób. Takchłodny, pomyślał irracjonalnie Bradley, że całe syntetyczneciepło syntetycznej krwi nie mogło go podgrzać choćbyo ułamek stopnia w kierunku temperatury ciała ludzkiego.Albo po wyjściu Bradleya tułów Courta wstał i przyspa-wał sobie z powrotem głowę, albo przyszli jacyś inni, żebyusunąć skutki - sabotażu. Czyżby każdy działający robotemitował coś w rodzaju stałej wiązki energii, której zaniksprowadzał w dane miej sce brygady remontowe? Jeśli tak było, to Bradley miał szczęście, że nie ociągał się zbytnioz opuszczeniem pokoju, w którym nie zostało popełnioneżadne morderstwo, chociaż głowa Courta leżała tak dalekood jego nieruchomego tułowia...Istnieje oczywiście możliwość, że doznałem pomieszaniazmysłów, pomyślał ironicznie Bradley. Na pewno będziemiał trudności z przekonaniem kogokolwiek, że tak nie jest.A będzie musiał kogoś o tym przekonać. Nie mógł już dalejdziałać w pojedynkę. Posunął się już za daleko, żeby zatrzy-mywać zgromadzoną wiedzę dla siebie. Zdradził się prze-prowadzając tę ogniową próbę, obcinając androidowi gło-wę. Wcześniej czy pó1/4niej dojdą tożsamości człowieka skry-wającego twarz pod gumową maską. Zanim to się stanie, będzie musiał przekazać dalej informacje, w których był po-siadaniu.I tu podejmował drugie straszliwe ryzyko. Androidy, poj-mawszy go, nie okażą mu cienia litości. Ale czego możeoczekiwać po ludzkości, kiedy opowie tę fantastyczną histo-rię? Skończę w pokoju bez klamek, pomyślał, a one będąsię dalej mnożyć, aż...Aż co? Aż zdobędą przewagę liczebną nad lud1/4mi i przej-mą władzę? Może już to zrobiły. Może po popełnieniu tegonieskutecznego morderstwa puściły go wolno, bo był jedy-nym człowiekiem, jaki pozostał jeszcze w całym cywilizo-wanym świecie... Może w rzeczywistości był zupełnie nie-szkodliwy. Może...- Oj , przymknij się - skarcił z rozdrażniemiem siebiesamego.- A więc przynajmniej nie podejrzewa pan, że i ja je-stem... androidem? - spytał surowo doktor Wallinger. Byłtrochę zdenerwowany, bo mijało właśnie dziesięć minut, jak siedział pod nieruchomą lufą pistoletu skierowaną w jegobrzuch. Sytuacj a, w której j akaś taj emnicza postać w gumo-wej masce na twarzy i szamerowanej złotem pelerynce roz-szerzającej się kloszowato i skrywającej większą część ciaławłaściciela siedziała tutaj, w jego bibliotece, zmuszając godo wysłuchiwania rojeń wariata, należała z pewnością doabsurdalnych.- Pan ma dzieci - powiedział Bradley głosem niecozduszonym przez maskę. - Dlatego właśnie postawiłem napana.- Słuchaj pan - powiedział poważnie Wallinger - je-stem fizykiem atomowym. Przypuszczam, że większej pomo-cy mógłby panu udzielić psycholog, nie...- Chciał pan powiedzieć psychiatra?- Wcale nie. Oczywiście, że nie. Ale...- Ale i tak bierze mnie pan za wariata. W porządku. By-łem na to przygotowany. Przypuszczam, że gdyby nie to, niezaufałbym panu tak dalece.. To normalna reakcja. Ale...niech cię szlag, człowieku, zastanów się! Spójrz na to po-ważnie. Czyż nie można sobie wyobrazić, że mogłoby dojśćdo czegoś takiego? Wallinger, zerknąwszy ukradkiem na rewolwer, złączyłczubki palców i zacisnął usta. - Hmmm, to prawdobodob-ne... Tak, właściwie to nie ma żadnego wyra1/4nego progu.Chocia1/4 dawka 1/100 rentgena dziennie uważana jest za bez-pieczną, o ile oboje z rodziców ńie są poddawani bombardo-waniu cząsteczkami gamma. Uwzględnił pan normalny czasregeneracji? Widzi pan, nawet w warunkach bombardowa-nia zmutowane geny wykazują mniejszą tendencję do po-działu i są stopniowo wypierane przez geny normalne.- To dla mnie nic nowego - powiedział Bradley silącsię na spokój . - Mnie chodzi o to, że promieniowanie gam-ma, które wywołałoby mutację u ludzi, nie ma żadnegowpływu na roboty, bo są bezpłodne. Pół biedy, gdyby bez- płodne były tylko andriody, ale promieniowanie gamma ste-rylizuje również i ludzi. Pan ma dzieci. Pan jest normalny.Ale...- Zaraz, zaraz - przerwał mu Wallinger. - Czy niemogą istnieć androidy-dzieci? Skoro potrafią wytwarzać do- rosłych, to nie mogliby również montować syntetycznychdzieci?- Nie. Przemyślałem to bardzo dokładnie. Dzieci zaszybko rosną. Musieliby przekonstruowywać całe dziecko--androida co jakieś dwa tygodnie, zmieniać wszystkie jegowymiary wewnętrzne i zewnętrzne, wszystko w nim przera-bić. Uważam, że wymagałoby to zbyt dużo czasu i wkładupracy. Jeśli moje wyliczenia są prawidłowe; nie mogą sobiejeszcze na to pozwolić. Za mało ich jeszcze. A pó1/4niej, kie-dy już podołają temu zadaniu, nie będzie to konieczne. Ro-zumie pan? Kiedy wreszcie zdołają już podjąć ten wysiłek,nie będzie już takiej potrzeby. I tak będą w większości. Nie będą musiały nas zwodzić. One...Bradley urwał. Głos wymykał mu się spod kontroli. Musibezwzględnie zachowywać w tej sprawie spokój i opanowa-nie.- Można na to spojrzeć pod jeszcze innym kątem -zaczął znowu. - Nie wydaje mi się, żeby dziecku-androido-wi udało się oszukać inne dzieci. Te prawdziwe. One zbyt bezpośrednio postrzegają otoczenie. Mózg androida na-strojony jest na syntetyczne myślenie kategoriami dorosłe-go człowieka. Odwaliły tu kawał dobrej roboty, ale i tak,znając prawdę, można je przyłapać na psychologicznych potknięciach w adaptacji. Po pierwsze, nie są ekshibicjo-nistami. Nigdy nie usiłują rozpychać się łokciami albo wy-wyższać ponad innych. Bo i po co? Są perfekcyjnie funkcjo-nującymi i wydajnymi maszynami. Nie muszą szukać kom- pensacji. Są zbyt dobrze wyregulowane, by były naprawdęludzkie.- To dlaczego nie mogą ich nastawić na mentalnośćdziecka?- Z tego samego powodu, dla którego nie potrafią stwo-rzyć fizycznie rosnącego dziecka. Umysł dziecka za bardzoróżni się od umysłu dorosłego i za szybko się zmienia. Roz-wija się. A zresztą, po co miałyby to robić? Nie muszą. Dotej pory udawało im się nas oszukiwać, a nawet jeśli jedenczłowiek zna prawdę, to co może w tej sprawie uczynić? Niewysłuchacie mnie. Nie...- Przecież słucham - zaoponował łagodnie Wallinger. -Wyszła z tego nawet interesująca opowieść. Ciekaw jestem,skąd zaczerpnął pan pomysł.Bradley ledwie się powstrzymał, żeby nie powiedzieć: -Zajmowałem się tym zawodowo. Miałem okazję skorelowaćmnóstwo materiałów i wszystko wskazywało na istnienie niewiadomego czynnika. - Ale nie powiedział tego. Wolałzachować anonimowość, dopóki nie będzie miał pewności,co do swego bezpieczeństwa w momencie dekonspiracji.Taka wskazówka mogłaby zbyt szybko naprowadzić na jegotrop.- Ja... ja to wywnioskowałem - powiedział. - Mamprzyj aciół pracuj ących w rozmaitych instytucj ach, którzywciąż napomykali o małych nieprawidłowościach, jakie zau- ważyli. Zainteresowałem się tym. Wszystko zaczynało sięzgadzać. Zdarzały się wypadki, w których pacjenci powinnibyli umrzeć, czasami nawet umierali, a potem wracali do ży-cia. Tak, zawsze tuszowali to formułką o zastrzykach z adre-naliny i tak dalej, ale zbyt często to się zdarzało. I niezmien-nie dotyczyło ludzi na wpływowych stanowiskach. Niewiem, j ak to w praktyce przeprowadzaj ą - być może praw-dziwa osoba umiera, a j ej miej sce zaj muj e android sobo-wtór. Dysponują siłami żywotnymi właściwymi maszynie,ale i maszyny mają swe ograniczenia. Skaleczyć takiegoi krwawi, ale...Bradley urwał oceniając czujnym spojrzeniem wrażenie,jakie jego słowa wywierają na Wallingerze.- No dobrze - zdecydował się nagle. - Powiem panu,co się naprawdę stało. Proszę postarać się słuchać bez uprzedzeń, jeśli pan potrafi. Zaczęło to się przed sześciomamiesiącami. Byliśmy sami w... laboratorium z jednym z mo-ich przyj aciół . - Tym przyj acielem był dyrektor Arthur Co-urt. Wtedy właśnie Bradley zobaczył na własne oczy pierw-szy dowód. Potrącił retortę, która stłukła się i przecięła mudo kości nadgarstek. Nie wiedział, że to zauważyłem. A zre-sztą, chociaż wszystko widziałem, przez długi czas próbowa-łem wyperswadować samemu sobie wiarę w to, czego byłem świadkiem. Na powierzchni jego nadgarstka znajdowała sięwarstwa ciała i ono krwawiło. Ale pod spodem były przewo-dy i metal. Mówię panu, ja je widziałem! To nie była prote-za ręki, to była prawdziwa ręka. W skład protezy nie wcho-dziłoby ciało i krew.- Jak się zachował?- Zupełnie się zdradził. Schował rękę do kieszeni i podjakimś pretekstem wymknął się z sali. Nie chciał, żebym się zorientował, co się stało, bo wtedy trzeba by było wezwaćlekarza, a przypuszczam, że żaden z i c h ludzi nie był wtedyosiągalny. Nie mógł dopuścić do tego, by człowiek wykony-wał przy jego ranie choćby ruchy, jakich wymaga bandażo-wanie. Och, mają wiele słabych punktów. Ale teraz nad-szedł czas, by uderzyć, dopóki jeszcze nie zniwelowali tychswoich słabości. Teraz... - Bradley znowu urwał, narzuca-jąc kontrolę swemu głosowi.- Co pan zatem proponuje? - spytał Wallinger uprzej-mym głosem. Nie można było odgadnąć, czy Bradleyowiudało się przekonać tego człowieka, a nawet czy przynaj-mniej są jakieś tego początki. - Nie wiem. - Ramiona Bradleya opadły pod kloszowąpelerynką. - To dlatego zwracam się do pana. Myślałem...no dobrze, niech pan posłucha. Istnieje pewna możliwość.Potrzebuję niezawodnego sposobu lokalizowania ich. Podej-ście psychologiczne zdaje do pewnego punktu egzamin, alejest zbyt powolne. Muszę znać tyle faktów z życia obiektui jego nawyków. Jeśli do tego trzeba bardzo dokładnie okre-ślić czynnik logiki i wydolności mechanicznej , niezbędna j estpodwójna kontrola. Ale...- Ale wystarczy tu się oprzeć o sam czynnik wydolności mechanicznej -podpowiedział niespodziewanie Wallinger. -Wziął pan to pod uwagę? Czynnik ten mógłby... - Urwałi uśmiechnął się z pewnym zakłopotaniem. - Niech panmówi dalej - powiedział.Twarz Bradleya sfałdowała się pod gumową maską w sze- rokim, tryumfalnym uśmiechu. Pierwsze lody ruszyły. Udałomu się zaprezentować fizykowi hipotetyczny problem, którywykrzesał iskrę chwilowego zainteresowania. Obracali się na-dal w królestwie teorii, ale Wallinger zareagował. Samo tobyło już sukcesem. Podjął z rosnącym entuzjazmem:- I o to właśnie chodzi. Maszyna musi być zasilana.Musi gdzieś istnieć jakieś 1/4ródło energii. Może noszą jew sobie, a może odbierają energię emitowaną przez jakieśzdalne 1/4ródło zasilania. Ale chyba można je wykryć. Cośw rodzaju rejestratora tyratronowego ukrytego w uczęszcza-nych przez nie miejscach albo licznik Geigera, albo...- Sądzi pan, że można ich wykrywać na podstawie pro-mieniowania jonizującego?- Och, sam nie wiem, co ja sądzę. Źródłem zasilania dlatych stworów może być, na przykład, synteza jądrowa. Mo-że nim być cokolwiek. Dlatego właśnie potrzebna mi pomoc kogoś takiego, jak pan. Kogoś, kto byłby w stanie wysuwaćhipotezy bardziej zbliżone do rzeczywistości od moich.Wallinger oglądał w skupieniu czubki swoich palców. -Widzi pan, ja bym się tego nie podjął - powiedział. -O ile nie dysponowałbym o wiele większym zasobem infor-macji niż to, co usłyszałem od pana. Prosił mnie pan o wy-słuchanie go bez uprzedzeń. Teraz niech pan posłucha mnie.Gdybyśmy zamienili się miejscami, to czy nie zażądałby panbardziej przekonywającego dowodu niż zapewnienia jakie-goś nieznajomego? Opracowanie teoretycznego urządzeniado wykrywania tych pańskich teoretycznych androidów wy- magałoby mnóstwa czasu i doświadczeń, zwłaszcza że pannie potrafi jeszcze nawet w przybliżeniu określić zasady ichfunkcjonowania. Czy zastanawiał się pan nad podejściem dotego od bardziej praktycznej strony - na przykład nad za- stosowaniem promieni rentgenowskich? Organizm ludzi tostrasznie skomplikowana konstrukcja. Wątpię, czy dałobysię ją perfekcyjnie skopiować.Bradley wzruszył ramionami pod kloszową peleryną. -Promienie rentegowskie wykazują tylko miejsca jasne i cie-mne. Te... te stwory mają wnętrze tak zbudowane, że nakliszy rentgenowskiej wychodzą normalnie. Jedynym sposo-bem upewnienia się byłoby zastosowanie chirurgii - a jakto zrobić? One nigdy nie choruj ą. Gdyby pan widział to coja...Urwał. Nie mógł powiedzieć: - Gdyby odciął pan głowęArthurowi Courtowi i wiedział to co ja o przewodach i pla-stykowych rurkach, o kręgosłupie, który nie jest z koś-ci... - Ale gdyby przyznał, jak daleko się posunął, aby zdo-być ten niezbity dowód, w odczuciu Wallingera zabrzmiało-by to jako dowód jego obłąkania.- Są zbudowane częściowo z krwi i ciała, a częściowoz elementów mechanicznych - powiedział ostrożnie. - Byćmoże te elementy mechaniczne są niezbędne do podtrzymy-wania normalnego funkcjonowania żywych tkanek. Ale nig-dy się o tym nie przekonamy nie stosując siły. Wszystkie są osobami dorosłymi na wysokich stanowiskach. Trzeba bybyło uzyskać ich zgodę na operację, a one jej, naturalnie,w żadnym przypadku nie wyrażą. Chyba że... - Urwał. Po-mysł, który przemknął mu przez myśl, zamazał na chwilętwarz Wallingera. A może to mimo wszystko był sposób.Może. . .- Niech mnie pan posłucha - Wallinger mówił bez znie-cierpliwienia nie odrywając oczu od rewolweru. - Potrafięmyśleć logicznie. Przedstawił mi pan tutaj interesującą kon-cepcję, ale nie jest pan jeszcze w stanie niczego dowieść.Dlaczego nie wróci pan do swoich zaj ęć, j akiekolwiek onesą, i nie zbierze więcej danych? I kiedy pan...- Boję się wracać - powiedział cienkim głosem Brad-ley.Pukanie do zamkniętych drzwi nie pozwoliło Wallingero-wi odpowiedzieć. Zanim zdążył się odwrócić, drzwi uchyliłysię leciutko i przez szparę wskoczył do pokoju na wpół wy-rośnięty kot, a tuż za nim mała dziewczynka i o wiele odniej mniejszy chłopczyk. Kot przemknął galopkiem po dy-wanie na sztywnych łapach i z wysoko uniesionym ogonem,co w kocim pojęciu wyraża dobry humor. Dziewczynka za-trzymała się na widok Bradleya, ale chłopczyk był zbyt za-aferowany zabawą ze zwierzakiem, żeby cokolwiek zauwa-żyć.- Dzieci, wracać mi na górę! Ale już! - powiedziałWallinger głosem nie brzmiącym wcale jak jego własny.Twarz mu nagle poszarzała. Nawet nie spojrzał na Brad-leya.Kot przewrócił się ciężko na grzbiet i bij ąc ogonem o pod-łogę boksował łapami opędzając się od chłopca, ale nie wy- suwając pazurków. Ciszę, jaka nagle zaległa w pokoju,przerwało jego niewprawne, jakieś nienaturalne mruczenie.- Jerry - powiedział Wallinger - zabierz kotka i wra-cajcie na górę. Słyszysz, co do ciebie mówię? Sue, wieszprzecież, że nie wolno wam wchodzić do mojego gabinetubez pukania. Id1/4cie na górę.- Pukaliśmy - powiedziała dziewczynka nie spuszczającwzroku z Bradleya, który ukrył rewolwer w fałdach peleryn-ki. Usiłował przeanalizować myśl, która mu zaświtała, kiedytylko ujrzał dzieci. Było to coś, co mógł wykorzystać, alerozwinięcie tego pomysłu zajmie trochę czasu.Wstając dostrzegł, że Wallinger wzdryga się nerwowo.Ten człowiek siedział jak na szpilkach. Bradley zrozumiałnagle dlaczego.Dziewczynka obserwowała nieznajomego okrągłymi, peł-nymi zainteresowania oczyma. Chłopiec i kot zauważyli gojednocześnie i zawstydzili się obaj. Kot pozbierał się nacztery łapy i przygotował do sprzedania drogo swego życia,a chłopiec rozejrzał się za czymś, za czym można by się byłoschować. Dziewczynka wykazywała jednak nieomylne ozna-ki chęci popisywania się. Bradley oceniał ją na jakieś siedemlat. Przesunął wzrokiem po twarzach rodziny Wallingerai uśmiechnął się.- Nic się nie stało - powiedział. - Nie będę panu dłu-żej zabierał czasu, doktorze. Skontaktuję się z panem.- Bardzo proszę - powiedział Wallinger trochę za ser-decznie. Zainteresowany był teraz tylko jak najszybszymuwolnieniem dzieci od niebezpiecznego towarzystwa swegogościa. Odprowadził Bradleya na korytarz wpychając nastę-pujące mu na pięty dzieci z powrotem do gabinetu i zamyka-j ąc drzwi.- Ja... - zaczął się trochę jąkać.- Nieważne - powiedział Bradley. - Za kogo panmnie bierze? Miłe dzieciaki.Wallinger westchnął. - Gdzie mogę się z panem spotkać?- Nie może pan. Sam przyniosę panu dowód tego,o czym panu opowiedziałem. Te stwory są pod skórami nawpół maszynami i znajdę jakiś sposób, aby pana o tym prze-konać. Przypuszczam, że zaraz po moim wyjściu zatelefonu-je pan na policję. Nic na to nie poradzę.- Nie, nie, oczywiście że tego nie zrobię - zełgał uspo-kajająco Wallinger.- W porządku. Ale jeszcze jedno. Powiedziałem, żeboję się wracać. To prawda. Popełniłem... no, pewne czyny,które mogą mnie zdradzić. Musiałem to zrobić, żeby nabraćpewności... Teraz na dwoje babka wróżyła, czy to oni, czyja znajdziemy pierwsi dowód. Doktorze Wallinger, zamie- rzam spisać nazwiska i fakty związane z tą sprawą - rzeczy,których nie śmiem panu teraz powiedzieć. Jeśli otrzyma pante informacje, będzie pan wiedział, że androidy znalazłyswój dowód pierwsze. I to, samo w sobie, powinno stanowićd 1 a p a n a dowód, że to wszystko prawda. Jeśli do tego doj-dzie, mnie już nie będzie. Wtedy wszystko będzie zależałood pana.- Proszę się o to nie martwić - uspokoił go Wallinger. -Jestem pewien...- Dobrze już, dobrze - nie dał mu skończyć Bradley.- Poczekamy, zobaczymy. Do widzenia, doktorze. Odezwęsię do pana.Idąc już ulicą obejrzał się przez ramię na dom. Nikt z nie-go nie wyszedł. Skręcił za róg, wszedł do samoobsługowegosklepu i przepchnął się przez zatłoczone przejścia międzypółkami do budki telefonicznej usytuowanej obok okna wy-stawowego. Widział przez szybę odległy narożnik domuWallingera i okno biblioteki, w której stało jego biurko.Przy biurku siedział pomniejszony odległością człowiek i te-lefonował gestykulując z ożywieniem.Bradley westchnął. Wallinger nie znał przynajmniej jegotwarzy ani nazwiska. Mógł jedynie powtórzyć policji zasły-szaną opowieść, zbyt zwariowaną, by ktokolwiek w niąuwierzył. Bradley będzie musiał znowu kroczyć ścieżką nadprzepaścią, balansując niczym linoskoczek. Obie strony byłyprzeciwko niemu.Odetchnął głęboko, rozprostował ramiona i skierowałswe kroki z powrotem do biura, w którym będzie go oczeki-wał Arthur Court.Przy biurku Courta stało ich dwóch. Widział tylko ich ple-cy. Bradley zatrzymał się niezdecydowanie przy drzwiach.Coś było nie tak. Ostrzegał go instynkt - atmosfera tegopokoju, postawa tych dwóch przed nim, coś nieuchwytnego,co wciąż zdawało się alarmować krzykiem jego nerwy wy-starczająco napięte, by odebrać to ostrzeżenie.Z tych dwóch przed biurkiem jeden nie był człowiekiem.Drugi znany był pod nazwiskiem Johnson i też mógł nie być człowiekiem. Trudno było powiedzieć.Dopiero przy drugiej próbie udało się Bradleyowi wydo-być normalny głos z zaschłego nagle gardła.- Pan mnie wzywał? Court odwrócił się z uśmiechem. Wysoki kołnierz skry-wał linię, wzdłuż której zespawane zostały z powrotemgłowa z tułowiem. Jego uśmiech był idealnie normalny,ale gdy szczęka androida poruszyła się i napięły się jejludzkie mięśnie, Bradleyowi wydało się naraz, że słyszy ci-chutkie, bezgłośne tykanie nieskończenie drobnych trybi-ków.- Proszę spojrzeć, Bradley - powiedział Court. - Wi-dział pan to już kiedyś.Bradley spojrzał. Krew odpłynęła mu na chwilę z głowyi pokój poszarzał pod wpływem raptownego zamroczenia.Ale tym razem nie ważył się niczego upuścić ani nawet za-grać na zwłokę, dopóki nie dojdzie z powrotem do siebie.Obaj go obserwowali. Dokonał straszliwego wysiłku i ode- pchnął szarość, opanował drżenie głosu, uspokoił dygoczącedłonie.- Czy co widziałem? - spytał idealnie normalnym gło-sem. Ale dobrze wiedział, o co im chodziło.Court podniósł w górę ostrą jak brzytwa maczetę, któ-ra przed czterdziestu ośmiu godzinami odrąbała mu głowęod szyi. To była bez wątpienia ta sama broń, którą Bradleykupił dwa dni temu w sklepiku ze starzyzną i użył przeciw-ko dyrektorowi. Poznał ją po rze1/4bionej rękojeści, poszczerbie na klindze, gdzie w naostrzoną stalową krawęd1/4wgryzł się jakiś nieludzko wytrzymały metal z szyi ArthuraCourta. Bradley widział ją ostatnio, jak leżała obok bezgło- wego tułowia androida, czerwona od fałszywej, androidzkiejkrwi.- Widział pan to już? - ponowił pytanie Court.- No... nie sądzę - usłyszał Bradley swoją odpowied1/4wypowiadaną tonem zawierającym akurat tyle co trzeba ła-dunku bezosobowego zainteresowania. - W każdym razienie pamiętam. A co?Popatrzyli na niego znacząco. I to jedno spojrzenie, iden-tyczne w na obu twarzach, dało mu nagle pewność, że żadenz nich nie jest człowiekiem. W tym spojrzeniu było coś spe-cyficznego. Po chwili uświadomił sobie, że było to takiesamo spojrzenie, jakie widział w ślepiach kotka Wallinge-ra - jakieś odległe, dzikie, spekulatywne, nie wrogie, aleczujne. Jeden gatunek patrzący na inny gatunek, oceniającypotencjalne zagrożenie. Kotek widział go pod zupełnie in-nym kątem, patrząc z dołu, w ostrej perspektywie i prawdo-podobnie nie w kolorach, ale w odcieniach szarości. Nadz-wyczajna wydała mu się nagle myśl, jak obco może wyglą-dać dla małego, dzikiego, czujnego stworzenia. Gdyby mógłzobaczyć siebie takiego, jakim ono go widziało, mógłbywcale siebie nie rozpoznać w tej budzącej niepokój postaci.I dotarło do niego teraz, że dla androidów musi wyglądaćrównie dziwnie i obco. W jakich barwach wykraczającychpoza widmo go widziały? I jakże delikatną, podatną na u-szkodzenia konstrukcją z ciała i kości musiał się wydawaćtym stworem ze stali i tworzyw sztucznych.Kazali mu długo czekać, zanim któryś odezwał się lub po-ruszył. Potem ten zimnosoczewkowy wzrok spełzł z jego twarzy. Ruchy obu androidów były tak zsynchronizowane,jakby szły w jednym zaprzęgu. To błąd, pomyślał Brad-ley - nie powinni dopuszczać do tego, żebym zdał sobiesprawę, jak mechanicznie reaguj ą. I druga myśl, następują-ca tuż za pierwszą, ostrzegła go, że być może już im nie za-leży. Wiedzą, co wie. Nie mają już nic do ukrycia...Court odwrócił się ostentacyjnie i zapisał coś w biurowym notatniku.- W porządku, Bradley, dzięki. Och... chwileczkę.Niech pan będzie w swoim gabinecie za pół godziny, do-brze? Chcę jeszcze z panem porozmawiać. Bradley skinął głową. Wolał się nie odzywać, nie będącpewnym, jak zabrzmi jego głos. Wypełniło go nagle głębo-kie, gorzkie upokorzenie, że musi wypełniać poleceniatego... tej maszyny.To zaprzeczenie wszystkiego, co normalne, skoro czło-wiek zwraca się per "pan" do przedmiotu skleconego z trybi-ków i drutów.Spuścił wzrok na swe dłonie, które leżały przed nim sple-cione kurczowo na blacie biurka. Upłynęło dziesięć minut.Będzie musiał zaczął działać, zanim upłynie następnych dwa-dzięścia. Wiedzieli. Nie przypadkowo wezwali go, żeby zo- baczył wyszczerbione stalowe ostrze. Nie potrafił sobie wy-obrazić, jak wpadli na jego trop, ale ich zimne, wydajnemózgi rozpracowywały logiczne teorie, jakich się nawet niedomyślał. Najwyra1/4niej przechytrzyli go bez trudu. Pomimowszystkich środków ostrożności, jakie podjął, pieczołowite-go zacierania wszelkich śladów, które mogły doprowadzićdo wykrycia jego tożsamości, wiedzieli. A jeśli nawet nie wiedzieli, to zachowywali się zbyt podejrzanie, by to lekce-ważyć. Za pięć, naj dalej za dziesięć minut będzie się musiałna coś zdecydować. Będzie musiał przejść do działania.Nie potrafił. Jego myśli przepełniała gorycz przedwczes-nej klęski. Jak mógł z nimi walczyć, skoro nawet jego włas-ny rodzaj zbywał go jako obłąkanego? Wątpliwe, wmawiałsobie, czy cała ludzka rasa, nawet uświadamiając sobie w tejchwili niebezpieczeństwo i powstając do działania, potrafiła-by ich teraz pokonać. Jak daleko są już zaawansowaniw przygotowaniach? Ilu ich jest? Zbyt wielu, by poradził imjeden człowiek.Pomyślał o całej długiej historii rasy człowieczej rozwijają-cej się z mozołem przez niezliczone tysiąclecia nie spisywanychdziejów, przez pięć tysięcy lat powolnego wzrostu wiedzy i doj- rzałości - aż do tej godziny. Do złożenia tego bezcennegodziedzictwa w żelazne androidzkie ręce przyobleczone synte-tycznym ciałem. Co zrobią z tym darem? Dlaczego przejmujątę kulturę, której stworzenie zajęło rodzajowi ludzkiemu tyle pełnego wyrzeczeń czasu? Czy będzie cokolwiek dla nich zna-czyła, czy może odrzucą dorobek wszystkich tych tysiąclecii zbudują własną bezduszną cywilizację na fundamentach igno-rujących wszystkie stracone wieki panowania człowieka?Jak to się zaczęło? Zadał sobie pytanie. Dlaczego? Dla-czego? I z ludzkiej logiki, którą posługiwał się jego mózg,zrodził się przebłysk odpowiedzi. Rasa ludzka była zgubionajuż wtedy, kiedy pierwszy człowiek zmontował pierwszegoudanego androida.Bo udany android oznaczał androida nieodróżnialnego odczłowieka, androida potrafiącego tworzyć innych na swe po-dobieństwo, androida zdolnego do niezależnego poruszaniasię i rozumowania. A jaki cel zagościł w mózgu tego pierw-szego z ich metalowego rodzaju? Czy jego ludzki stworzycielzaszczepił tam j akiś rozkaz, który doprowadził - za j egowiedzą lub bez niej - do tego, co nastąpiło. Czy był to roz-kaz, który android mógł wykonać tylko poprzez tworzenieswoich kopii aż do zainfekowania całej rasy ludzkiej roboci-mi komórkami androidów?To bylo całkiem możliwe. Być może oryginalny twórca je-szcze żyje, może już umarł - ze starości, w wypadku, lubzamordowany rękami własnych frankensteinowskich two-rów. I być może paradoksalnie, rasa androidów prze wciąż naprzód wzdłuż rozprzestrzeniających się coraz szerzej falwznieconych tym pierwszym rozkazem, dążąc ku nieskończo-ności, ku ostatniemu miejscu po przecinku, ku jakiemuś hipo-tetycznemu celowi, którego nie pozna nigdy żaden człowiek...Wykończą mnie, pomyślał niemal beznamiętnie Bradley.Jeśli jeszcze mnie nie podejrzewają, to wkrótce zaczną. I niemogę zrobić nic, żeby temu zapobiec. Wallinger mi nie wie-rzy. Nikt nie daje mi wiary. A androidy będą podążalymoim tropem, dopóki mnie nie dopadną, choćbym uciekł nakoniec świata. A gdy już mnie wykończą, zabiorą się praw-dopodobnie do takiego udoskonalenia swojego kamuflażu,że nawet ja, wiedząc to, co wiem, nie bylbym w stanie go zdemaskować. One to porafią. Potrafią przeanalizować każ-dy punkt, który wzbudził moje podejrzenia, i zatkać każdąlukę ludzkim zachowaniem. Są maszynami. To część ichproblemu. Mogą go rozpracować, jeśli postawią przed sobątakie zadanie. Może już się nim zajmują. Tymczasem wy-kończą mnie, może...Walnął z całej siły obiema pięściami w biurko. - Nie! -powiedział sobie zawzięcie i wstał.Pozostało jeszcze piętnaście minut.Zabrzęczał telefon stojący na biurku Arthura Courta.Android położył na aparacie metaliczną dłoń i maszynaprzemówiła do maszyny. Ze słuchawki rozległ się cichy i wy-ra1/4ny glos Bradleya.- Halo. Mówi Bradley. Czy bardzo pan zajęty? Wyszłowłaśnie coś bardzo dziwnego i pomyślalem sobie, że pan po-winien się pierwszy o tym dowiedzieć. Ja... nie bardzowiem, co robić.- A co się stalo? O czym pan mówi?- Wolalbym nie przez telefon.- Gdzie pan jest?- Po drugiej stronie ulicy. Zna pan bar "ZieloneDrzwi"?- Zdaje się, że kazałem panu czekać w gabinecie, Brad-ley.- Kiedy usłyszy pan, co mam panu do zakomunikowa-nia... - Bradley zamilkł na chwilę, żeby przełknąć ogarnia- jącą go zimną wściekłość na arogancję w głosie tej maszy-ny - ... zrozumie pan. Przyjdzie pan?- Proszę się stamtąd nie ruszać. Będę za pięć minut.Bradley siedział za kierownicą swego samochodu wyczu-wając słabiutkie dygotanie silnika pracującego na jałowymbiegu. Utkwił oczy w drzwiach biurowca po drugiej stronie ulicy. Czekał zaciskając palce na plastykowej kierownicy,a miarowe tętno samochodu wydawało mu się echem gwał-townego łomotu w klatce piersiowej .Przez obrotowe drzwi wyszedl Arthur Court. Spojrzałw górę, potem w dół ulicy. Skręcił w lewo i ruszył szybko,wydłużonym krokiem wzdłuż budynku, w kierunku wąskiej, bocznej uliczki, przy której znajdował się bar ZieloneDrzwi. Bradley czekał śledząc Courta, obserwując ruchuliczny, wypatrując stosownego momentu.Wszystko układało się z cudowną precyzją. W bocznejuliczce znajdowało się tylko troje przechodniów i wszyscyoddalali się w głąb niej. Wzdłuż wąskich chodników par- kowały wielkie ciężarówki przesłaniając cały widok, chy-ba że ktoś patrzył dokładnie na wprost. Wyglądało to tak,jakby Arthur Court przemykal przez szereg oddzielnych po-koików między ciężarówkami - a w ostatnim takim pokoi-ku miał spotkanie z Bradleyem, o którym jeszcze nie wie-dział . . .Wóz, pomrukując jak tygrys pod dlońmi Bradleya, wta-czał się z wolna w cichą uliczkę, w którą przed chwilą skręciłCourt. Trzeba to przeprowadzić z wyczuciem, powtarzał so-bie w napięciu Bradley. Nie za mocno, nie za słabo. Niewcześniej, niż Court znajdzie się na rogu, skąd nie będziejuż dla niego ucieczki, gdzie nie pomoże mu nawet błyska-wiczny refleks, impulsy sterujące z szybkością elektronówruchami ciała będącego dosłownie konstrukcją ze stalowegodrutu i sprężyn. Nie wcześniej, niż znajdzie się w pułapcebez wyjścia.Samochód jakby przysiadł na zadzie i jak wystrzelonyz procy wyrwał do przodu. Słysząc ryk silnika burzącegospokój uliczny, Court odwrócił się gwałtownie. W tej chwilizaskoczenia, kiedy jego zimnosoczewkowe oczy napotkaływzrok Bradleya, twarz miał jak maszyna. Bradley stał się in-tegralną częścią samochodu, tych dwoje stopiło się w jednoi wóz przeistoczył się w broń posłuszną jego rękom, tak jakposłusznym było stalowe ostrze, które odrąbało głowęCourta od szyi. Ale tym razem nie będzie żadnego błędu.Przygarbiony za kierownicą, naprowadzaj ąc samochód nacel niczym rewolwer, miał już Courta między jednym błotni-kim, a drugim, z nakrętką wlewu chłodnicy wymierzoną do-kładnie w jego brzuch, ze ślepą ścianą ciężarówki za pleca-mi. Człowiek i stworzona przez człowieka maszyna stanowiliwspólnie niszczycielską broń, która wpadła z całym impetemna inną maszynę stworzoną przez człowieka przygniatając jądo ściany ze stali...Bradley widział, jak twarz Courta gaśnie za nakrętkąchłodnicy. Widział, jak mechaniczne ciało osuwa się wolnoi niknie mu z oczu. Odczekał chwilę, gotów naprzeć jeszczesamochodem, jeśli trzeba będzie...- Wszystko w porządku - powiedział Bradley uspoka-jająco. Court poruszył się na siedzeniu obok i coś wybełko-tał. - Nie, wszystko w porządku, Court. Uspokój się. Mia-łeś mały wypadek, ale nie obawiaj się, nie wiozę cię do leka-rza...- Nie... - wymamrotał Court niemal wyra1/4nie. Bradleywestchnął i zjechał do krawężnika. Miał nadzieję, że nie bę-dzie zmuszony robić zastrzyku, ale na wszelki wypadekstrzykawkę miał przygotowaną. Działał oczywiście po omacku. Nie mógł być pewien, czymechanizmy androida zareagują na narkotyk przeznaczonydo wprowadzania w ludzki krwioobieg. Ale istniały szanse,że zareagują, przynajmniej czasowo. Android był tworzonyz myślą o jak najwierniejszym podobieństwie do człowieka.Jego odruchy wzorowane były na ludzkich. Skaleczony,krwawił. Odciąć mu głowę i zamierał oddech, ustawało krą-żenie. A więc dobrze, podać mu narkotyk i na jakiś czas za-śnie...Court zasnął.Tylko stwór wykonany z metalu powleczonego ciałem po-trafiłby tak kuśtykać na podobieństwo marszu, na wpół nie-siony, na wpół świadomy, z potężną dawką środka uspoka-jącego w syntetycznych żyłach. Bradley wprowadził go poschodkach do domu Wallingera. Tym razem nie miał na twarzy maski. Stawiał wszystko na jedną kartę. Jeśli doznateraz porażki, dalsze ukrywanie tożsamości i tak nie będziemiało sensu.Drzwi otworzyła mała dziewczynka.- Tatuś jest u sąsiadów - oznajmiła zerkając ciekawiei bez obawy na zamroczonego, słaniającego się na nogachCourta. - Za chwilę wróci. Możne panowie wejdą? - Wy-stosowała to zaproszenie z całą powagą osóbki świeżo wpro-wadzonej w arkana towarzyskich konwenansów, ale widaćbyło, że nie gościnność, ale ciekawość podyktowała jej tesłowa. Widać też było, że jest tak nie obyta z niebezpieczeń- stwem, iż sytuacja ta nie wzbudza w niej najmniejszychobaw.Bradley poprowadził swoje brzemię korytarzem do biblio-teki. Na sofie pod ścianą drzemał w swobodnej pozycji ko-tek. Bradley opuścił nieprzytomnego androida na poduszkidelikatnie strącając kota na podłogę. Złożoność umysłu jesttak wielka, że nawet w tym dcydującym momencie pomy-ślał, iż w świecie maszyn kot i poduszka byłyby prawdopo-dobnie nierozróżnialne jedno od drugiego. Tylko człowiek,i to człowiek dojrzały, jest niezdolny do szorstkiego obejściasię z jakimkolwiek małym żyjącym stworzeniem. Kot ziew-nął, obudził się i stwierdziwszy, że znajduje się na podłodzew obecności dwóch obcych, wyrwał jak błyskawica w stronędrzwi. Jego nadsłuchujące uszy wyłoniły się teraz ponowniezza narożnika.Nad nimi pokazała się po chwili onieśmielona, ale zacie-kawiona twarzyczka najmniejszego Wallingera. Bradley niebez trudności przypomniał sobie jego imię.- Cześć, Jerry - zawołał układając Courta na sofie. -Ojciec już wrócił?Dziecko milczało, ale w chwilę pó1/4niej, wystarczającokrótką, by odpowiedzieć na to pytanie, do pokoju weszładziewczynka. Popychała przed sobą zapierającego się bra-ciszka.- Zatelefonowałam po tatę - oznajmiła nie pytana. -Zaraz tu będzie. Co się stało temu... panu?- Miał... mały wypadek. Nic mu nie będzie.Przyglądała się Courtowi z nieskrywanym zaaferowaniem.Court otrząsał się powoli z otumanienia. Niespokojnie to-czył głową po poduszce bełkocząc coś chrapliwie. Chłopiec, dziewczynka i kotek przyglądali się mu od progu, a ich poz-bawione wyrazu oczy sprawiały niemal przerażające wra-żenie. Oczywistym było, że dla żadnego z tej trójki współ-czucie nic jeszcze nie znaczyło. W oczach wszystkich troj-ga malowała się tylko chłodna ciekawość mlodych zwie-rząt.A niby dlaczego mieliby się identyfikować z androidem?Bradley poczul, jak to pytanie wskakuje na swoje miejsce wjego umyśle i jak oświetla je przebłysk wspomnienia. Dzie-ci. Dzieci, które postrzegaj ą zbyt wyra1/4nie, by rasa androi-dów zdołała je oszukać. Dzieci bez perspektywy spojrzenia,a więc i bez przyjmowanych z góry uprzedzeń, które czyniądorosłych ślepymi na tę przerażającą inwazję na świat ludzi.Dzieci powinny znać prawdę.- Sue - nazywasz się Sue, tak? Posłuchaj . Chcę, żebyśpowiedziała mi coś bardzo ważnego. Interesuje mnie... two-ja opinia. - Bradley szperał rozpaczliwie w swych wspom-nieniach o mentalności siedmiolatka. Egocentryczni, roz-trzepani, łasi na nagrody, zainteresowani tylko swoimi włas-nymi zabawami, z wyjątkiem może tych najkrótszych wypa-dów w świat zewnętrzny. Gdyby tylko potrafił schlebić jejna tyle, by podtrzymać jej zainteresowanie...- Sue, to jest coś, co tylko ty mi możesz powiedzieć.Chciałbym się przekonać, jak dużo wiesz o... o... - Znowuurwał .- No nic, w każdym razie posłuchaj. Wiesz, że istnieją...- Jak miał to sformulować? Jak miał ją zapytać, czy wśróddoroslych, których znała, zauważyła androidy? Czy w ogólejuż jakiegoś widziała? Od jej odpowiedzi wiele by wtedy za-leżało, bo jeśli znala prawdę, to musiałoby ich być o wielewięcej, niż Bradley podejrzewał. Gdyby wiedziało o nichnawet rozpieszczane dziecko...- Sue, wiesz coś o ludziach takich jak... on? - wskazał na majaczącego androida. - Czy wiesz, że na świecie żyją...dwa rodzaj e ludzi? - Czekaj ąc na odpowied1/4, wstrzymałoddech.W jej oczach pojawiła się czujność. Nigdy nie można byćpewnym, kiedy dorosły stroi sobie z ciebie żarty, mówiło jej spojrzenie.- Nie, mówię całkiem poważnie. Nie przypuszczam... Japo prostu chcę się dowiedzieć, czy ty wiesz. Nie wszystkiedzieci dostrzegają różnicę i ja...- Oj, wszystkie dzieci to wiedzą. - W jej głosie po-brzmiewało lekceważenie.- Co wiedzą?- No o nich.Bradley wziął gtęboki oddech. Wiedzą o nich wszystkiedzieci.. .- A twój ojciec wie? - Własny głos wydał mu się jakiśpiskliwy.Rzuciła mu jeszcze jedno z tych czujnych spojrzeń, którebadały, czy nie kpi sobie z niej. Najwyra1/4niej upewniona,zachichotała.- No, chyba tak. Czy nie wiedzą tego wszyscy?Pokój zafalował lekko przed oczyma Bradleya. Jest ichtak wielu, o tylu więcej, niż to sobie wyobrażał...- Ale ten drugi rodzaj - usłyszał swój własny, niemalbłagalny głos. - Ten drugi rodzaj ludzi! Ilu...Z korytarza dobiegły głosy. Wallingera i jeszcze czyjś, ni-ski i silny.- Tutaj, panie oficerze - mówił Wallinger. - Właśnietutaj ! Szybciej !- Ilu ich jest na świecie? - dokończyła za Bradleya Sue.I roześmiała się. - Uczyliśmy się o tym w szkole, ale za-pomniałam. Ale mogę ci powiedzieć, ilu ludzi prawdziwegorodzaju jest w tym pokoju. Jeden! Jeden!- Powiesz to swojemu ojcu? - wyrzucił z siebie Bradleyw gorączkowym pośpiechu. - Powiesz mu, że jest tutaj tyl-ko jeden człowiek prawdziwego rodzaju, kiedy wejdzie? Po-wiesz, Sue...- Susan, cofnij się! - W drzwiach stał Wallinger. Tospojrzenie szarych oczu, którym omiatał dzieci w poszuki-waniu widocznych oznak wyrządzonej im krzywdy, postarza-ło jego twarz. Zza jego pleców wychylał się umundurowany,gotowy na wszystko mężczyzna o czerwonej twarzy, zagląda-jąc do pokoju z ponurą czujnością.Na chwilę zaległa cisza.Potem Court leżący na sofie jęknął cicho i zaczął z wysił-kiem siadać. Wallinger przebiegł przez pokój, żeby mu po-móc.- Co mu zrobileś? - krzyknął do Bradleya. - Ty stuk- nięty durniu, jak daleko się posunąłeś?- Nic mu nie jest - wyjąkał Bradley. - On jest... imnie można nic zrobić!Wallinger popatrzył na niego ponad głową Courta.- A więc tak wyglądasz - powiedział. - Poznałem cięjuż oczywiście, nawet bez maski, ale twarzy, naturalnie...Powiesz nam, jak się nazywasz?- Bradley - rzucił wyzywająco. - James Philips Brad-ley . - Czas anonimowiści minął. Nie spodziewał się tu po-licjanta - trudniej będzie składać wyjaśnienia w obecnościtego wielkiego, sceptycznie nastawionego chlopiska - alejeśli Sue powtórzy to, co mu przed chwilą powiedziała,może jednak zdoła ich przekonać. -- Spytaj o nich swoją córkę - powiedział nagląco.Ona wie. Mówię ci, Wallinger, ona wie! Pamiętasz, co ci mówi-łem o dzieciach? Powiedziałem, że nie mają nawet co marzyć0 oszukaniu dzieci. Sue mówi, że one wszystkie wiedzą...- Lepiej będzie, jeśli od razu cię uprzedzę, Bradley. Suema wybujałą fantazję. Nie wiem, jakich bajeczek ci naopo- wiadała, ale... panie oficerze, czy nie lepiej, żeby pan...- Chwileczkę! - Wszystko szło nie tak, jak to sobie za-planował. Rzucił na szalę wszelkie tony perswazji, jakieudało mu się zawrzeć w swoim głosie. - Obiecał pan, żemnie wysłucha, Wallinger. Nie pamięta pan, że mi to obie-cał? Wiem, że miałem wtedy rewolwer, ale proszę - niechmi pan da minutę na powiedzenie tego, co wiem. Ten czło-wiek jest jednym z nich. - Urwał, żeby przejechać języ-kiem po zeschniętych wargach. Wallinger sprawiał wrażeniegłuchego na wszelkie argumenty... - Nie jest ranny. Zapo-wiedziałem panu, że przedstawię dowód, i oto on. Ten czło-wiek. Musiałem go tu sprowadzić uciekając się do jedynegomożliwego sposobu. Mówię panu, że im nie można wyrzą-dzić krzywdy! Pod tą skórą są tylko przewody i metal. Mogętego dowieść! Ja...Urwał, czując jak ręce policjanta opadają lekko na jegoramiona i przytrzymują go za nie. Twarz Wallingera wyraża-ła współczucie i przestrach. To nie miało sensu. Należałozrobić jakieś nacięcie na syntetycznej skórze Courta, zanimtu przyszli. Teraz, oczywiście, nie pozwolą mu na to. Był dlanich szaleńcem, furiatem gotowym porżnąć niewinną ofiaręw imię dowiedzenia swoich rojeń.- No, uspokój się, młody człowieku - zaburczał łagod-nie policjant za jego plecami. - Zrobimy sobie mały space-rek po świeżym powietrzu i...- Nie! Zaczekajcie! - Głos Bradleya zabrzmiał dzikonawet dla niego samego. Zdławił protest zbierając siły doostatniego, nadludzkiego wysiłku udowodnienia tego, czegodowiedzenia był już tak bliski.Soczewkooki Court obserwował go spod zmarszczonychbrwi. Gdzieś w tym zimnym, nieludzkim ciele tykał niewzru-szenie zimny, nieludzki mózg nawet nie rozbawiony jego po-rażką, bo skąd maszyna mogła wiedzieć, jak należy sięśmiać?Maszyna - i to tak blisko, tak blisko! Dzieliło ich nie-spełna dwa metry odległości i ułamek centymetra syntetycz-nej skóry okrywającej mechanizmy ciała androida.- Zaczekajcie! - powtórzył i wykręcił się do Wallingerawkładając całą energię, jaka mu jeszcze pozostała, w prze-kazanie swego przeświadczenia poprzez barierę uprzedze-nia, która zaślepiała dorosłych obecnych w tym pokoju. -Posłuchaj, Wallinger! Porozmawiasz ze swoją dziewczynką, kiedy odejdę? Dasz mi chociaż tę szansę udowodnienia mo-ich racji? Ona wie! To wcale nie wyobra1/4nia! Wszystkiedzieci wiedzą. Sądzisz, że będziesz bezpieczny, kiedy Courtsię stąd wydostanie? Nie zaufają tobie. Nie mogą. Będą sięobawiałi, że pewnej nocy możesz się obudzić i uświadomićsobie prawdę. Pomyśl o swojej córce, Wałlinger! Court słu-cha. On wie, że go rozpoznała. Czy możesz ryzykować jejżycie, Wallinger? Ryzykuj swoje, jeśli chcesz, ale pomyślo Sue!Przez twarz Wallingera przemknął pierwszy błysk niepew-ności, jaki udało się zauważyć Bradleyowi. Uścisk dłoni po-licjanta spoczywających na barkach Bradleya nieco zelżał.Bradley wzruszył niecierpliwie ramionami. Chwilowe zwąt-pienie na twarzy fizyka, a może desperackie przekonaniew głosie Bradleya musiały dać coś do myślenia funkcjona-riuszowi. Bradley wykorzystał ten moment.- Pomyśl o Sue! - ciągnął. - Court nie śmie niczegosam przedsięwziąć, ale nie wiesz, jak wielu jest innych. Niewiesz tego! Nawet się nie domyślasz! Może tacy, jak Court,są wybrakowanymi egzemplarzami - egzemplarzami takniedoskonałymi, że same się zdradzają. Podejrzewam, żewyprodukowali jeszcze innych, tak zbliżonych do człowieka,że nawet nie jesteś sobie w stanie tego wyobrazić. Właśnie cisą niebezpieczni, Wallinger! Jeśli jest chociaż jeden taki, bę-dzie wiedział, że nie może czuć się bezpiecznie, dopóki tyżyjesz. Za dużo ci powiedziałem, żeby... - W porządku, panie oficerze - powiedział Wallingerz lekkim westchnieniem. - Przepraszam pana, Bradley, alesam pan wie, jak to jest.Oczy Bradleya przesunęły się z powrotem na Courta.Android siedział bez ruchu na sofie - twór z trybikówi drutów tak bezpieczny pod swoją fałszywą skórą, jakby tobyła kolczuga. Wszystkie ludzkie prawa chroniły ludzkie cia-ło. Czyniły je tak świętym, że teraz dostawało się w żelazneręce wroga. Gdyby tylko ci ludzie pozwolili mu ciąć raz no-żem tę miękką, oszukańczą powłokę, która wcale nie byłaciałem...Nagle Bradley wybuchnął śmiechem.Nawet robot wzdrygnął się nieznacznie na ten d1/4więk,a policjant wydał z siebie gro1/4ny pomruk, myśląc najwyra1/4-niej, że to pierwsze oznaki maniackiego szału. Ale Bradleymiał już swą odpowied1/4. Wiedział przynajmniej, jak prze-konać nawet takiego Wallingera.- Ten wypadek samochodowy! - Samochód w jego rę-kach był jak maczuga. Wiedział - pamiętał. Można się przecież zorientować, czy cios ledwie musnął wroga, czy teżdosięgnął celu. Do tej pory nie przyszło mu to do głowy.Zbyt wiele spraw go zaprzątało. Ale Court przyparty maskąsamochodu do burty ciężarówki, nie mógł wyjść z tego bezszwanku. Upadł, tak jak upadłby człowiek, ale teraz sie-dział, na co nie zdobyłby się żaden człowiek, siedział prostoi oddychał bez trudu...Bradley przypominał sobie bardzo wyra1/4nie wrażenie pę-kających żeber, zgrzyt giętego metalu, tam gdzie żadnegometalu być nie powinno. Zaden człowiek nie mógłby sie-dzieć po takim przygwożdżeniu do ściany samochodem, jaksamochód Bradleya przygwo1/4dził Arthura Courta.Szarpnął się tak gwałtownie, że dłonie policjanta zsunęłysię z jego barków. Jednym susem przemierzył pokój i zanimandroid domyślił się, o co mu chodzi, już zdzierał z niegomarynarkę.Funkcjonariusz stęknął i niezgrabnym skokiem znalezł sięprzy nim tak szybko, że Bradley miał do dyspozycji zaledwie pół sekundy, zanim masywne, odziane w granat ciało odrzu-ciło go swym impetem od sofy. Bradley wykorzystał te półsekundy do granic możliwości. Jego ręce zaciśnięte kurczo-wo na marynarce i koszuli poleciały w bok pod ciężarem cia-ła policjanta unosząc ze sobą wyprute płaty materiału.Krótka pelerynka Courta rozpostarła się szeroko podwpływem gwałtownego, obronnego ruchu, jaki wykonał. Rozchyliły się pod nią marynarka i koszula i na jeden bez-czasowy moment w pokoju zaległa cisza nie zakłócona na-wet czyimkolwiek oddechem. Bradleyowi wydawało się, żewraz z oddechem zamarło mu też serce, bo aż do tej chwili ostatecznej próby nie mógł mieć całkowitej pewności...Ich oczom ukazała się śniada klatka piersiowa; pokrytagładką skórą androida. Ale odcisnął się na niej ślad ozdob-nej kraty na chłodnicę samochodu, która wgniotła do we-wnątrz androidzkie żebra. Bradley słyszał metaliczny zgrzyt,z którym ustępowały pod naporem ciężaru. Teraz widziałskutki. Oglądał połyskliwy szkielet ze stali, tam gdzie kłat-ka piersiowa żadnego człowieka nigdy nie zawierała metalu,a w głębi tego szkieletu plątaninę przewodów i cienkich,przezroczystych rurek, którymi sączyła się czerwona ciecz...Oglądał mózg androida.Głęboko wewnątrz, za ściankami pogiętych stalowych że-ber, widniał mały, jasny, pulsujący przedmiot. Biło od nie-go nieustające migotanie oświetlając niesamowicie od we-wnątrz jamę klatki piersiowej robota w taki sposób, żebłyszczące stalowe żebra odbijały jasne promienie tej ilumi-nacji, i światło, przeniknąwszy przez krew tam, gdzie prze-biegały przed nimi prze1/4roczyste żyły, przybierało barwęrozj arzonego szkarłatu. W rozjaśnionych miejscach cieczpłynęła szybciej, a wraz z nią rurkami pędziły pęcherzykipowietrza. Ten przedmiot, ta wewnętrzna lampa płonącąw zgruchotanej osłonie klatki piersiowej androida, mógł byćzarówno sercem, jak i mózgiem.Bradley ani na chwilę nie stracił zdolności logicznego ro-zumowania. To co zrobił, było czystym odruchem. Niewia-rygodny widok sparaliżował na tę jedną decydującą sekundępolicjanta, ale Bradleya pobudził do działania.Rzucił się do przodu z wyciągniętymi przed siebie rękamii jednym sierpowym uderzeniem pięści wybił błyszczącyprzedmiot z gniazda.Przez jedną nierealną chwilę widział swoją dłoń zanurzo-ną głęboko w pustej piersi maszyny, widział przesuwającesię w miniaturze odbicie swego ciosu w wypolerowanych że-brach, widział swoje knykcie skąpane w słabiutkim, karma-zynowym blasku tego wewnętrznego światełka przeświecają-cego przez prze1/4roczyste żyły.A potem światełko zgasło.Rozległ się chrzęst przypominający kruszenie kryształu.Towarzyszył mu odgłos bardziej wyczuwalny nerwami niżsłyszalny, wysokotonowe gwałtowne buczenie, które ścichłoi ustało. I Arthur Court nie był już ani człowiekiem, aniandroidem. Nie był nawet maszyną.Człekokształtny stwór w ubraniu człowieka przechylił sięw przód sztywno, jak kawał metalu, i zwalił bezwładnie nadywan: manekin, o którym nikt by teraz nie powiedział, żekiedykolwiek oddychał, żył, czy mówił...Bradley pod1/4wignął się roztrzęsiony na nogi. Policjant,wciąż rozciągnięty na podłodze, gapił się jak zahipnotyzo-wany nie przej awiaj ąc żadnych chęci do wstania. Jego twarz,przed chwilą jeszcze rumiana, była teraz popielata, a bez-barwne usta otwierały się i zamykały bezgłośnie usiłując na-daremnie ubrać to nieprawdopodobieństwo w słowa. Brad-ley miał szaloną ochotę wybuchnąć śmiechem. Po takimwstrząsie, pomyślał, nawet prawdziwie ludzki organizm nieiunkcjonowałby zbyt sprawnie.Pierwszy otrząsnął się Wallinger. Bradley zerknął z ukosana poszarzałą, porytą zmarszczkami i stężałą z przerażeniatwarz fizyka. Ale tamten poruszał się dosyć sprawnie. Przy-najmniej słuchały go kończyny. Obszedł Bradleya ledwie zaszczycając go spojrzeniem, ominął metalowego stwora le-Lącego na podłodze i pochylił się nad policjantem...Podniósł energicznie zgiętą w łokciu rękę i zadał funkcjo-nariuszowi silny, wprawny cios kantem dłoni. Mężczyznapadł nie wydawszy d1/4więku.Wallinger spojrzał ponad nim w oczy Bradleya.Jesteś... po ich stronie? - Bradley dobył z siebie głosz wysiłkiem, zdziwiony, że mówi szeptem. Nie ważył sięoderwać wzroku od oczu Wallingera, ale jego umysł przestałjuż funkcjonować i nie bardzo wiedział, dlaczego patrzy anidlaczego ten rozsadzający mu pierś łomot nagłego przeraże-nia tak utrudnia oddychanie. - Pracujesz dla... nich?Wallinger wyprostował się powoli pozwalając ciału w gra-natowym mundurze osunąć się na podłogę. Spuścił wzrokz Bradleya i spojrzał poprzez pokój na drzwi prowadzące na korytarz. Bradley z wielkim wysiłkiem skierował wzrok w tęsamą stronę.Dzieci wciąż patrzyły. Bez obawy, zaciekawione, nie ro-zumiejące, co się dzieje, patrzyły tak, jak patrzyłyby na filmw pobliskim kinie.- Sue, Jerry, na górę! - Głos Wallingera był stanow-czy, prawie normalny. - W tej chwili! I zamknijcie za sobądrzwi.Trzask zamykanych drzwi zdawał się rozpraszać nieco na-pięcie, w jakim znajdował się ten człowiek, bo odetchnąłlekko i przygarbił się. Spojrzał Bradleyowi w oczy, skrzywiłsię, chciał coś powiedzieć, ale się rozmyślił.- Powiedz mi! - Głos Bradleya był silniejszy, pojawiłosię w nim żądanie. - Po czyjej jesteś stronie?Wallinger nie śpieszył się z odpowiedzią. Kiedy się wresz- cie odezwał, nie była to odpowied1/4 wprost.- Nie ma tego w dokumentach, Bradley - powiedziałprawie nieśmiało - ale chyba powinien się pan o tym do-wiedzieć - te dzieci nie są moje.- Nie...- Adoptowałem je.- Ale... ale w takim przypadku... - Nie warto byłokończyć tego protestu. Bradley wybrał tego człowieka naswego powiernika przede wszystkim dlatego, że miał pew-ność, iż ma do czynienia z wpływową osobą o niekwestiono-wanym człowieczeństwie - z ojcem innych ludzi. Nie z bez-płodną maszyną.Wallinger wzruszył nieznacznie ramionami. Spuścił wzrckna ciężko oddychającego człowieka leżącego u jego stóp.- Musiałem to zrobić - mruknął. - Teraz będę musiałobmyślićj akiś sposób wmówienia mu, że to wszystko mu sięśniło. Nie podoba mi się to, ale nie przychodzi mi do głowynic innego, chyba że... - Zerknął na swoje biurko. - Chy-ba że to.W górnej szufladzie znajdowała się butelka whisky. Poru-szając się z ostentacyjnym pośpiechem otworzył ją, nalałdwie szczodre porcje do małych metalowych kubeczków wy- ciągniętych z tej samej szuflady, a potem z premedytacjąprzechylił butelkę do góry dnem nad piersią pojękującegopolicj anta.Bradley sięgnął po kubek i przytrzymał go obiema dłoń-mi, żeby opanować drżenie. Mocny, piekący trunek poraziłmu na chwilę przełyk, a potem spłynął w dół roznosząc pocałym ciele przyjemne ciepło.- Widzi pan, ta historia nie może wyjść poza te mury - powiedział Wallinger podnosząc do ust swój kubek.- Ale ja nie... chcesz powiedzieć, że przez cały czas wie-działeś? Wallinger, czym ty jesteś?- Ta historia nie może wyjść poza te ściany - ciągnąłspokojnie Wallinger, ignorując pytanie. - Oczywiście, żewiedziałem. Ale musimy to zachować dla siebie.- Jesteś po ich czy po naszej stronie? - Bradley miałwrażenie, że chrapliwy głos ściera mu krtań. - Jesteś czło-wiekiem, czy... czy...- Łudzisz się, że nie zaczną działać, jeśli dowiedzą się,ile o nich wiemy? Musimy się j akoś pozbyć mechanizmuCourta, tak żeby nie byli go w stanie znale1/4ć. Przykro miz powodu tego tutaj policjanta, ale będzie musiał ocknąć sięz przekonaniem, że był pijany i że to, czego byliśmy świad-kami, śniło mu się. Mówię ci, Bradley, nie wolno nam zdra-dzić się przed nimi, że wiemy!Bradley upuścił na dywan opróżniony kubek. Postąpił sześćodmierzonych kroków i położył ciężko dłonie na ramionach Wallingera. Ciało sprawiało w dotyku wrażenie ciała; kość podnim była mocna i twarda. To mogła być kość... albo stal. Z wy-glądu trudno je rozpoznać. Ale na pewno można je odróżnić posposobie zachowania się, po reakcjach, po sposobie myślenia.Po tym, co cenią przede wszystkim...I - Dzieci! - powiedział z naciskiem Bradley. - Żad-na... maszyna... nie pomyślałaby w pierwszym rzędzieo dzieciach, tak jak ty to zrobiłeś. Mam rację, Wallinger?Chociaż nie są twoje, stawiasz je na pierwszym miejscu.Dlaczego powiedziałeś mi, że nie są twoje? Czy chciałeśprzez to... co chciałeś przez to osiągnąć, Wallinger? Co na-prawdę czujesz do tych dzieci?Wallinger uśmiechnął się. Głos miał teraz łagodny i roz- bawiony.- Czyż to nie oczy androida? - sparafrazował z lekkąironią. - Czyż to nie ręce - nie zmysły nie uczucia an-droida? Czyż nie krwawimy, jeśli nas ukłuć ?Bradley zdjął ręce z jego ramion. Cofnął się o krok pa-trząc takim wzrokiem, jakby chciał przebić zbyt idealne złu-dzenie ciała i zobaczyć, czy pod tą dobrodusznie uśmiecha-jącą się`twarzą znajdują się kości, czy stal.- Wykonano jednego androida - powiedział Wallin-ger - stanowiącego idealną replikę człowieka. Wszystko,czego użyto do jego budowy zarówno od strony psychicznejjak i fizycznej, było tak zbliżone do sposobów ludzkiego my-ślenia, jak tylko pozwalał na to ich stan wiedzy. - Urwał,krzywiąc się.- Tak - podjął - zbyt się zbliżyli do ideału. Udało imsię. Prawdę powiedziawszy... obawiam się, że stworzyli...człowieka.- Ciebie?Wallinger uśmiechnął się.- Nie wierzę - zaprotestował gwałtownie Bradley. -To niemożliwe.Wallinger posłał mu zagadkowe spojrzenie. Potem otwo-rzył inną szufladę, poszperał w niej i wyciągnął scyzoryk.Rozłożył ostrze i niemal tym samym gestem przeciągnął nimw poprzek grzbietu dłoni. .Bradley wstrzymał oddećh. Nie chciał patrzeć, ale nie po-trafił oderwać wzroku.- Potrafię powstrzymać krwawienie, jak widzisz - po-wiedział Wallinger. - Tak właśnie Courtowi udawało sięz początku zataić, że jest ranny. Potrafimy to kontrolowaćw każdych okolicznościach, jeśli zachodzi tego potrzeba. Nie pojawiła się ani kropla krwi. Krawędzie syntetycznejskóry były czyste i gładkie niczym jasna guma, a pod nią po-ruszały się stalowe ścięgna, pulsowały pełną baniek powie-trza czerwoną cieczą przezroczyste, cienkie jak włos rurki.To była dłoń z żywego metalu. To była dłoń androida.- Zadowolony? - Wallinger cofnął rękę. Pomagając so-bie drugą złączył ze sobą krawędzie przecięcia i wygładziłbliznę. Zasklepiła się jak wosk i zagoiła, zanim Bradleywykrztusił swój pełen niedowierzania protest.- Proszę, lepiej wypij jeszcze jednego drinka. - Rozba-wiony głos Wallingera zdawał się przemawiać z wielkiejdali, przebijając się przez dzwonienie w uszach.- Ale... dlaczego mi nie powiedziałeś? Jesteś pewien, żenic nie podej rzewaj ą? Czy naprawdę możemy się tego poz-być... zniszczyć Courta? Nic nie rozumiem, Wallinger! Je-steś naprawdę androidem i pracujesz przeciwko androi-dom... co my zrobimy? Musi istnieć jakaś procedura, za któ-rej pośrednictwem sprawdzają, co się dzieje z każdymz nich. A co z Courtem? Wallinger, jeśli to wszystko praw-da, dlaczego nie pomogłeś mi zdemaskować Courta? Mógł-byś...- Powoli! Po jednym pytaniu na raz! - Głos Wallingerawdarł się w niemal histeryczną paplaninę rozlu1/4nionegoBradleya. - Najpierw o Courcie. Nie mogłem działać prze-ciwko niemu, Bradley. Jestem sam bardzo niedoskonałymmechanizmem, zważywszy cel, do którego zostałem stwo-rzony, i zniszczą mnie, j eśli zorientuj ą się, co zamierzam. . .ale istniej ą pewne zasady, których nawet j a muszę prze-strzegać. Są we mnie wbudowane. Nie mogę wyrządzićkrzywdy innemu androidowi. Po prostu nie mogę. Tak jużjesteśmy skonstruowani. Nie mógłbym tego 1/4robić, taksamo jak ty nie potrafiłbyś powstrzymać krwotoku z rany.Mogę być niedoskonałą maszyną, ale sam nie jestem takniedoskonały.- A więc co zrobimy? Dlaczego nie wezwać policji...prasy. . .- O nie! Nie mów, jak głupiec. Czy nie uważasz, że do-wiedziawszy się o wyj ściu swego sekretu na j aw androidyzdecydowanie i szybko zaatakują? Mają przygotowne planyna każdą ewentualność. Nie ma co do tego żadnych wątpli-wości. Naszą jedyną szansą jest praca w ukryciu, dopókisami nie opracujemy przemyślanego planu działania.- Mogłeś mi to powiedzieć wcześniej - powiedziałz wyrzutem Bradley. - Kiedy pierwszy raz do ciebie przy-szedłem...- Jak miałem ci powiedzieć? Nie wiedziałem, kto kryjesię pod tą maską. Równie dobrze mogłeś być podstawionyprzez nich. A dzisiaj... nie chciałem mówić w obecnościCourta. Musiałem postąpić, jak normalny człowiek - we-zwać policję - okazać właściwe reakcje. Dopiero kiedy rzu-ciłeś się na Courta, upewniłem się co do ciebie.- No już dobrze. Tracimy tylko czas. Wiedzą; że Co-urt... jest zniszczony. Będą go szukać. Co zrobimy?- Sam chciałbym to wiedzieć. - Wallinger wstał gwał-townie i zaczął przechadzać się tam i z powrotem po poko-ju szybkimi, nerwowymi krokami. Niewiarygodne było, żetę idealną kopię człowieka poruszają przewody, nie ner-wy - stalowe sprężyny zamiast mięśni. Podobieństwo byłotak niesamowicie idealne nawet co do sposobu rozumowa-nia...Pełne koło, pomyślał Bradley z mieszaniną tryumfu i oba-wy. Jeśli to prawda, przeszli samych siebie. Stworzyli takidealnego androida - jeśli to w ogóle prawda - że ten za-mierza wykończyć cały ich rodzaj. Nie mogą pozostawić goprzy życiu. Gdy tylko nabiorą co do niego najmniejszych po-dejrzeń, będą musieli go zniszczyć. Każdy kij ma dwa koń-ce. Budując pierwszego udanego androida rasa ludzka wy-dała na siebie wyrok, który utrzymywał się w mocy aż do chwili wyprodukowania przez roboty pierwszego udanegohumanoida. Jest równie niebezpieczny dla nich, j ak oni dlanas. - Przyjrzał się bacznie Wallingerowi.- Co do nich czujesz... do androidów? - spytał.- To mieszane uczucie - uśmiechnął się z przymusemWallinger. - Moja postawa kształtuje się, oczywiście, jużod dłuższego czasu, ale aż do chwili obecnej nie opowiada-łem się zdecydowanie po żadnej ze stron. Nie wiem, jakokreślić, co czuję. Zagubienie. W praktyce, nieprzynależ-ność do żadnej ze stron. Wydaje mi się, że czuję dokładnieto samo co ty do rasy ludzkiej - że jestem jej cząstką. Bojestem jej cząstką. Zbyt dobrze mnie skonstruowali. Ale iluludzi, znając prawdę, zaakceptowałoby mnie? A nie ma jużdla mnie powrotu do androidów, skoro raz ich zawiodłem.Nie należę do żadnej ze stron. Wiem tylko, że ja... - Ur-wał nagle, uśmiechnął się i po chwili zastanowienia powie-dział: -Mówię jak człowiek, myślę jak człowiek, pozbyłemsię androidzkich zachowań. Rozumiesz? Kiedy próbuję ciopisać uczucia androida, ubieram to automatycznie w słowaSzekspira albo świętego Pawła. W słowa ludzi opisująceuczucia człowieka. Ale wciąż patrzę na wszystko jak przezszybę... - Przyłożył rękę do oczu, które, jak wiedziałBradley, były soczewkami, nie żywą substancją. - Widzęprzez tą szybę w ciemnych barwach...Po tych słowach na dłuższą chwilę zapadło między nimimilczenie.- No tak - westchnął w końcu Wallinger - a więc spa-da to na mnie. Ja ich znam. Ty nie.- Jak mam ci pomóc?- Id1/4 do domu. Zostaw mi numer swojego telefonu i nieruszaj się stamtąd, dopóki nie zadzwonię. Dobrze? Mam pe-wien pomysł dotyczący pozbycia się... tego... - Wskazałna człekokształtną kupę przewodów, ciała i stali leżącą napodłodze. - Muszę zrobić to sam. Potem, jutro, zatele-fonuję do ciebie. Ale cokolwiek się wydarzy, Bradley,nie opuszczaj swojego mieszkania, póki się z tobą nie skon- taktuję. Nawet nie otwieraj drzwi! A co najważniejsze, niepuszczaj pary z ust o tym, co się wydarzyło. Jeśli to zro-bisz...- Jeśli to zrobię, wyląduję w sali bez klamek - wpadłmu w słowo Bradley. - Wiem. Poza androidami nikt by minie uwierzył, a one byłyby niezmiernie rade, gdybym sięzdradził. Nie obawiaj się, będę trzymał język za zębami.Ale nie każ mi zbyt długo czekać, dobrze?- Będę się starał - obiecał Wallinger.Schodząc po schodach na ulicę Bradley zerknął w górę. Z korytarza obserwowała go dwójka dzieci. Dziewczynkauśmiechała się. Wskazała palcem na braciszka, a potem po-machała Bradleyowi kiwając główką. Naszło go dziwneuczucie, że stara się mu w ten sposób coś przekazać. Ale zajej uśmiechem kryła się wiedza dziecka, ezoteryczna, nieprzyswajalna przez umysł dorosłego. Bradley pomachał jej w odpowiedzi i oddalił się chodni-kiem. Gdy się obudził, było jeszcze ciemno. Leżał przez chwilęcicho, oszołomiQny, zastanawiając się, gdzie jest i co wyrwa-ło go ze snu. Nie widział zegarka, ale w powietrzu unosiła się nieruchomość przedświtu.Potem zobaczył światło wpadające do pokoju przez szpa-rę między podłogą a drzwiami i usłyszał ciche głosy rozma-wiające za nimi. Leżał we własnym łóżku, a tam był jegopokój gościnny, ale dlaczego paliło się w nim światło i ezyjeto były głosy, nie potrafił odgadnąć.Wstał i skradając się boso po podłodze podszedł dodrzwi. Uchylił je na kilka milimetrów. W pokoju za nimiznajdowało się pięciu mężezyzn. Rozsiedli się wygodniei rozmawiali cicho, jak ludzie czekający na coś... na ko-goś.Pierwsza twarz, jaką zauważył, należała do Arthura Cour-ta.- Dobrze, Bradley. - Znajomy głos dyrektora rozleglsię w tej samej chwili, w której Bradley go rozpoznał. -W porządku, już czas. Wejd1/4. Bradley nie miał pojęcia, czy android potrafił rzeczywiściewidzieć poprzez wirujące atomy drzwi, czy też jego obec-ność zdradził jakiś odgłos. Nie miało to znaczenia. Nie byłojuż dla niego ratunku. Dla niego ani dla rasy ludzkiej... Przestąpił w milczeniu próg i zamknął za sobą drzwi. Za-trzymał się przesuwając wzrokiem po pięciu mężczyznachprzebywających w jego pokoju gościnnym. Siedzieli idealnienieruchomi z utkwionymi weń oczyma. Zaden nie palił. Ża-den się nie poruszał. Zaden nie miał napiętych j ak strunynerwów niedoskonałych ludzi, a więc nie odezuwał potrzebywykonywania niepotrzebnych ruchów. Żaden z nich nie byłczłowiekiem.Gdy cisza osiągała już poziom, ponad który stałaby sięniemożliwa do zniesienia, Bradley przemówił.- Co się stało z Wallingerem? - zapytał.- Nic - odpowiedział z uśmiechem Court.- Nic? Ale przecież...- Potrzeba nam było trochę czasu. Wallinger nam goaał. I to wszystko. Nagły przypływ goryczy zamazał na chwilę wzrok Brad-leyowi. Jakże łatwo dał się podejść Wallingerowi! Jak ża- łośnie naiwny był nielogiczny ludzki mózg w zestawieniuz żelazną logiką maszyny! Wallinger dokładnie wiedział, ja-icie tony perswazji najprawdopodobniej uśmierzą obawyBradleya. I przemawiając, ten spokojny maszynowy umysłnawet nie łgał, bo jak można przypisywać maszynie fałszy-wość, czy szczerość intencji?Potrzebowali czasu - na co? Na naprawę roztrzaskanegoCourta, na zebranie sił, na zamknięcie okrążenia. Najbar-dziej ze wszystkiego chodziło im o zamknięcie ust Bradleyo-wi na czas, kiedy przygotowywali się do jego zniszczenia.W j aki sposób? Co zrobią? Czy nawet w tej ostatniej chwiliistniał jakiś sposób przechytrzenia ich? Nie sądził, ale roz-paczliwy spryt kazał mu powiedzieć:- W porządku, nie mogę was powstrzymać. Róbcie, cochcecie. Ale proszę cię, Court... proszę! Pracowaliśmy ra-zem... nie możesz mnie winić za to, że spełniałem swój obo-wiązek, ale przepracowaliśmy razem szmat czasu. Zrób miprzysługę. Proszę, nie daj im mnie umieścić w domu waria-tów! Lepiej będzie, jeśli mnie zastrzelicie... bezpieczniej dlawas! Wszystko, tylko nie dom wariatów.O mało się nie zakrztusił, kiedy musiał to powiedzieć. Ża-den człowiek nie powinien się tak poniżać przed maszyną.Ale jeśli miało to służyć ostatecznemu ocaleniu człowieka,ao tak, może posunąć się nawet do błagania o łaskę tegotworu ze stali i drutu. Ta specyficznie przewrotna ludzka lo-gika będąca częścią folkloru, stanowiła jego ostatnią brońprzeciwko nim. Taka logika ocaliła Królika przed nieprzyja-ciółmi. Nie wrzucaj mnie w dzikie róże! Gdyby umieścili gow domu wariatów, zachowałby przynajmniej życie, mógłbyorzynajmniej działać nadal przeciwko nim. A dzieci wiedzia-ły. Gdyby tylko pozostał przy życiu, ktoś wreszcie by gousłyszał .- Proszę cię, Court, wszystko, tylko nie dom wariatów!Android uśmiechnął się. Niesamowita była myśl o tychmałych sprężynkach i d1/4wigienkach, które ściągały jegotwarz, gdy zmieniała wyraz. Do wyobra1/4ni przemawiałaświadomość, że kiedy Arthur Court mówi, umysł dyktuj ącymu słowa znaj duj e się w lśniącej j amie klatki piersiowej ,gdzie coś wykonane z migoczących światełek stanowiłoesencję duszy maszyny.- Bąd1/4 spokojny, Bradley - powiedział android. - Tonie będzie dom wariatów.Bradley przywarł do drzwi. A zatem do zrobienia pozo-stała mu tylko jedna rzecz. Starał się wymyślić jakiś fortel,ale w głowie miał pustkę. Próbował już wszystkiego, czegopróbować mógł człowiek, i wszystko zawiodło.Ale nie powinni go zabić. Miał jeszcze tę jedną możliwośći nie dopuści do tego ostatniego upokorzenia. Jeśli już musiumrzeć, niech to będzie z własnej woli, z własnego wyboru.Napinając mięśnie do tego ostatniego skoku, ocenił wzro-kiem odległość dzielącą go od okna. Tyle było rzeczy, o któ-rych już nigdy się nie dowie, pomyślał rozpaczliwie. Sam losrasy ludzkiej, za którą walczył tak bezskutecznie, pozostaniedlań teraz wielką niewiadomą. Pomyślał o Wallingerze takprzypominaj ącym człowieka w swych reakcj ach, mimo zdra-dy, tak przekonywająco ludzkim w swych wypowiedziach.Być może w słowach Wallingera było więcej prawdy, niż musię wydawało. Być może stworzyli androida zbyt zbliżonegodo człowieka...Ale było już za pó1/4no. Zabrzmiał mu przez chwilę w u-szach głos Wallingera i wspaniała wypowied1/4 świętego Paw-ła, która zaczynała się od słów "Chociaż mówię językiem lu-dzi...". Wallinger mówił językiem ludzi, ale na zgubę czło-*ieka. Było coś przerażającego w trafności tego ustępu z li- stu do Koryntian."Języki, co będą, przeminą, wiedza, co będzie, zanik- nie..."Odepchnął się na oślep od drzwi w ostatnim desperackimskoku. Znajdujący się najbliżej android zareagował zbytpó1/4no, by zastąpić mu drogę. Rozsunął jednym szarpnię-ciem zasłony, zamachnął się i roztrzaskał pięścią szybę, któ-ra oddzielała ich od gwarnej ulicy biegnącej dwadzieścia pię-ter niżej. Ludzkie ulice, które tak niedługo nie będą jużludzkie.. .Wychylił się gwałtownie przez rozbite okno. Zawisł z za-wrotem głowy nad wirującą w dole otchłanią. Zobaczyłpod kolanami opadającą pionowo ścianę budynku, któregolinie, kiedy się tak kołysał, uciekały oszałamiająco do we-wnątrz.Powstrzymał go głos Arthura Courta.- Zaczekaj, Bradley, zaczekaj! Nie rób tego, dopóki nieusłyszysz prawdy!To powstrzymało go na krawędzi, a nawet poza krawędziąparapetu okna. Wydawało mu się, że żadna siła na świecienie potrafi odwrócić tego straszliwego ssania grawitacji, któ-ra położyła już na nim swoją łapę i przechylała coraz bar-dziej na zewnątrz i ku dołowi samym momentem obroto-wym ziemi. Ale przekonał się, że jest silniejszy, niż my-ślał . . .Twarz Courta była surowa. Bradley stal opierając sięo rozbite okno; kolana odmawiały mu posłuszeństwa,w głowie wciąż wirowało od przyciągania ulicy w dole. Pa-trzył na androida nie widzącymi oczyma poprzez całą szero-kość pokoju.- Głupcze! - wycedził przez zęby Arthur Court. - Chcesz nam wszystko popsuć?- Ależ j a. . .- Nadal nic nie rozumiesz? Wciąż do ciebie nie dociera,że Wallinger powiedział ci prawdę?- Wallinger... powiedział prawdę?- Tak - częściową. Pomyśl, Bradley, rusz głową!Nie potrafił myśleć. Jego umysł przeszedł zbyt wiele ogłu-szających wstrząsów, by teraz rozumować. Ale nie musiałmyśleć. Usłyszał podpowied1/4 przed wieloma godzinami i ażdo tej chwili nie uświadamiał sobie tego. Wróciły wspomnie-nia i w uszach zabrzmiał mu cienki głosik Sue Wallinger mó-wiący w cichej bibliotece. Zobaczył j ą stoj ącą przy drzwiach, kiedy odchodził. Przypomniał sobie jej gest i jejuśmiech."Mogę ci powiedzieć, ilu ludzi prawdziwego rodzaju jestw tym pokoju - jeden, jeden!" I uśmiechnęła się do niego dotykając ramienia braciszka.Nie miała na myśli nikogo z obecnych w tym pokoju pozaludzkim dzieckiem płci męskiej. Pytał o ludzi - ona do-tknęła ramienia brata. Wszystkie dzieci wiedziały - wszyst-kie androidy wiedziały. Tylko ludzie byli ślepi - a z nimiJames Bradley.- Spójrz pod nogi - rozległ się niemal łagodny głosCourta.Bradley spojrzał. Na podłodze była krew. Poczuł piecze-nie dłoni i uniósł w otępieniu rękę, żeby zobaczyć, skąd się bierze. Przebił pięścią szybę. Wtedy nie miało dla niego zna-czenia, czy przetnie sobie skórę, czy nie. Teraz też nie miałoto znaczenia...Zobaczył bez zaskoczenia, bez szoku, tylko z odrętwie-niem, że krawędzie przeciętej skóry rozstąpiły się gładko.Do złożonej w miseczce dłoni sączyła się powoli krew.W niezmąconej ciszy patrzył na odsłonięte ścięgna dłoni, nalustrzany blask bijący od każdej stalowej powierzchni. Zo-baczył precyzyjne, maleńkie, ciasno zwinięte sprężynki rea-gujące idealnie, gdy zaciskał palce.- Zbyt dobrze cię zbudowaliśmy - mówił ArthurCourt. - Zbudowaliśmy cię tak dobrze, że jesteś niedo-skonały. Trzeba cię poddać przeróbce, Bradley. Żadenandroid nie może być zdolny do atakowania własnego ro-dzaju. Od tego prawa zależy nasze przetrwanie. Czy rozu- miesz teraz, co próbował ci powiedzieć Wallinger? Zagroże-nie ze strony idealnego androida jest zbyt wielkie. Ty jesteśidealny. Odpowiedz mi, Bradley - rozumiesz, co do ciebiemówię?Nie mógł odpowiedzieć. Znał teraz prawdę, ale czuł sięzupełnie tak samo jak przedtem. Nadal był człowiekiem.Zachował całą swą lojalność wobec rodzaju ludzkiego, któ-rego kopią tak bezlitośnie go uczyniono. Dopóki nie doko-nają tej przeróbki, która wyeliminuje jego niedoskonałość,musi kontynuować walkę, którą podjął w imieniu ludzi prze-ciwko maszynom. Dopóki nie przerobią go z niedoskonałe-go androida w idealnego przedstawiciela rasy maszyn...Kiedy przychodzi to co jest doskonałe, to co jest niedos-konałe musi zostać zniszczone. Święty Paweł wyłożył towszystko z tak przerażaj ącą j asnością. "Chociaż mówię języ-kami ludzi... głos mój jest niczym d1/4więczny spiż..."- Nie chcemy cię spisywać na straty, Bradley - powie-dział Court. - Jesteś wspaniałą maszyną. Bardzo na ciebieliczymy. Tyle jest do zrobienia i potrzebujemy twojej po-mocy.- Nie - powiedział Bradley. - Nie.I tym razem nie mogli go już powstrzymać.Nie tracił czasu na odgarnięcie zasłony, a szyba była jużwybita. Zobaczył znowu przechylającą się do wewnątrz ścia-nę opadaj ącą pionowo przez dwadzieścia pięter w kierunkuulicy. Klęczał na parapecie.Na dole zobaczą go ludzie. Tam w dole, na ulicy, na pew-no zobaczą i być może zrozumieją znaczenie tego paradok-su, jakim było ciało androida - stalowe żebra i nieodłączneokablowanie, za którego pośrednictwem poruszany był kie-dyś ten powleczony ciałem mechanizm...Gdzieś głęboko w piersi mały iskrzący przedmiot, któryw tym momencie myślał tak, jak myśli człowiek, uświadomiłsobie cudowność tej chwili. - Czy to jest tak, jak czuje sięczłowiek poświęcający swe życie dla własnego rodzaju? -zadał sobie pytanie Bradley. - A może poruszam się jedy-nie jak maszyna, ślepo posłuszny rozkazom wydanym miw procesie wytwarzania? Musieli postawić przede mną zada-nie zachowywanie się jak człowiek. A to jest rzecz, którą ro-bią ludzie... nie maszyny. W żadnym wypadku maszyny.Wychylił się na zewnątrz. Potężny moment obrotowy zie-mi przeciągnął go przez parapet. Niewiele był w staniezdziałać dla rasy, na której podobieństwo został stworzony,ale teraz dawał jej z siebie wszystko. Może jej to pomoże.Może nie. Nigdy się tego nie dowie.Roboty stłoczyły się przy parapecie i patrzyły za nim, jakspada.