Krzysztof Kamil Baczynski Koleda Aniolowie, aniolowie biali, na coscie to tak u zlobka czekali, po coscie tak skrzydelkami trzepoczac platki sniegu rozsypali czarna noca? Czyscie blaskiem droge chcieli zmylic tym przekletym, co krwia rece zbrudzili? Czyscie kwiaty, srebrne liscie posiali na mogilach tych rycerzy ze stali, na mogilach tych rycerzy pochodow, co od bata pogineli i glodu? Ciemne noce, aniolowie, w naszej ziemi, ciemne gwiazdy i snieg ciemny, i milosc, i pod tymi oblokami ciemnemi nasze serce w ciemnosc sie zmienilo. Aniolowie, aniolowie biali, o! przyswieccie blaskiem skrzydel swoich, by do Pana trafil ten zgubiony i ten, co sie oczu podniesc boi, i ten, ktory bez nadziei czeka, i ten rycerz w rozszarpanej zbroi, by jak czlowiek szedl do Boga-Czlowieka, aniolowie, aniolowie biali. Krzysztof Kamil Baczynski Milosc O nieba plynnych pogod, o ptaki, o natchnienia. Nie wydeptana ziemia, nie wyspiewane Bogu te drzewa, te kaskady iskier, ten oddech nieba, w ramionach jak w kolebach zamkniety. Jak cokoly drzewa z szumem na poly, serca jak dzbany laski takie serca jak gwiazdki, takie oczu obloki, taki lot- za wysoki. Slonce, slonce w ramionach czy twego ciala krysztal pelen owocow bialych, gdzie zdroj zielony tryska, gdzie oczy miekkie w mroku tak pol mnie, a pol Bogu. Twych krokow korowody w urojonych alejach, twe odbicia u wody jak w pragnieniach, w nadziejach. Twoje usta u zrodel to syte, to znow glodne, i twoj smiech i plakanie nie odplynie, zostanie. Uniose je, przeniose jak ramionami- glosem, w czas daleki, wysoko, w obcowanie oblokom. Krzysztof Kamil Baczynski Spojrzenie Nic nie powroci. Oto czasy juz zapomniane; tylko w lustrach zsiada sie ciemnosc w moje wlasne odbicia -- jakze zla i pusta. O znam, na pamiec znam i nie chce powtorzyc, naprzod znac nie moge moich postaci. Tak umieram z polobjawionym w ustach Bogiem. I teraz znow siedzimy kolem, i planet dudni deszcz -- o mury, i ciezki wzrok jak sznur nad stolem, i stoja ciszy chmury. I jeden z nas -- to jestem ja, ktorym pokochal. Swiat mi rozkwitl jak wielki oblok, ogien w snach i tak jak drzewo jestem -- prosty. A drugi z nas -- to jestem ja, ktorym nienawisc drzaca poczal, i noz mi blyska, to nie lza, z dretwych jak woda oczu. A trzeci z nas -- to jestem ja odbity w wyplakanych lzach, i bol moj jest jak wielka ciemnosc. I czwarty ten, ktorego znam, ktory naucze znow pokory te moje czasy nadaremne i serce moje bardzo chore na smierc, ktora sie le/gnie we mnie. Krzysztof Kamil Baczynski Swieta Bozego Narodzenia Ukochanej Matce - Krzysztof Nie patrz w tyl - to dzieciectwo taka otchlan, a na placz jej za wiele. Jakby kantyczki dziecinnej odglos znow cie napotkal, kantyczki spiewanej w ktoras sniezna niedziele. To dlawi - te swieta swierkowej piesni, sniezy snieg, po ktorym przeszlo juz tyle ludzi. Omotany w sniezyce innych aniolow, smiertelnych, nie snij, W dniach, w kopulach blaszanych nagle sie zbudzisz. Piesn prymitywna - kto ja obudzi, nie budz. Odpadly skrzydla nocy swietej, odpadly bogom. Inne juz gwiazdy - z lodu - przyprawione niebu. To tekturowy smok zweglony od lez ciagnie z szelestem sypiacy popiolem ogon. Krzysztof Kamil Baczynski Spojrzenie I zbudzili go nagle. Byl to glos z daleka. Umarlego lat tyle ktoz to zbudzil z Boga jak ze snu, by jak kropla ciazyl znow ku ziemi i cierpieniem, co mysla zywego czlowieka, jak cialem okryl i sprowadzil w dol? Juz opadal. Mgla nisko. Oblok sniegu w dole. Od swiatla oderwany, w czarnoksieskim kole, w kole glosu wirowal, az uslyszal z bliska, jak go nazwala po imieniu. Sliska ulica w sniegu znikla. Grajek zginal pile i cienki glos przeszywal i oddalal czas -- jak w tamten wieczor smierci. Juz byl u tych okien. Stol bialy, wigilijny, posypany mrokiem i ona tam samotna. Plomien sniegu gasl od chlodu, ktory przyniosl, i powiew westchnienia zatrzepotal, i stanal znow u jej ramienia jak w tamten wieczor smierci. "Moj mily -- mowila -- oto samotnosc moja, lzy i tych lez sila, co cie do mnie prowadzi". Pytal ciezko: "Co, co mi kaze powracac w olowiane dno, na same dno milczenia, na ziemie, w popioly?" "O mily, ukochany -- mowila; wspomniala: -- Ty duch, ty nie pamietasz o cierpieniu ciala. Juz nie ma naszych synow. Krew ich wsiaka w snieg. Mozes widzial ty serca ich na ulic bruku, mozes widzial schodzacych na umarly brzeg, a moze roztrzaskana matki siwa glowe? Dzisiaj przyszla godzina, zabierz serce moje, obron mnie, od dotkniecia ich jakes mnie bronil". Pokoj spelnial sie switem. Na ulicy dzwonil dzwonek u malych sanek. Ciemni, trzej, schyleni, dlugo szukali w szafie. Jeden zlozyl dlon na jej ramieniu sztywnym. Wtedy sie ukosem obsunela powoli; brzask jej zwilzyl wlosy i strumyk chlodnej ciszy poplynal przez skron. Zamilkli. Ona byla z nim, daleko, chyba dalej niz kazda milosc. Ostry szron na szybach skrzyl sie. Ruszyli z wolna, lek ich bialy zmrozil i czarny krzyz ze sciany jak milczenie -- grozil. Bylo wysoko, cicho jak w kosciele. Krzysztof Kamil Baczynski Z szopka Gora biale konie przeszly, trop dymiacy w klebach stanal, w gwiazdach plonac cicho trzeszczy wigilijne siano. Spoza gor czy sponad ziemi aniol bialy? kruchy mroz? starcy w niebo nachyleni? Aniol bialy szopke niosl. Zamknac tak - to ironicznie - w daszek gwiazdom pobielany, plomien wiekow i czlowieka w tekturowe cztery sciany. Zamknac tak - to z odleglosci - w dwie figurki - czarna/, biala/, rozdeptanych epok kosci i spalone zadza/ cialo. W naprezone kusze burz aniol bialy - szopke niosl. A figurki w mece gasnac coraz slably, zanikaly w napowietrzna gwiazdy jasnosc tekturowo - popielaly. Smial sie aniol polusmiechem z ich uporu, a nie z grzechu, ze tak jedni - choc ich stu. Aniol bialy szopke niosl. Az na grudzie stopa lekka stanal niby mgla/ i skala/ i koslawe, glodem sciete ujrzal w grude wbite - cialo, zeber czarnych l/uki, spiete, poskrecane rydle ra/k, brzuch jak beben zycia - wzdety, brzuch zsinialy, brzuch jak tlok, i zawrocil. W nieba plusk poczerniala szopke niosl. Krzysztof Kamil Baczynski ? To odwaga - zycie wzdycha tak ciezko w pokoju opustoszalym z mysli ktory kazdy dzien czysciej wygladza dla nich ze zmarszczek. Jest pusto pusciej dnia chodzacego bez Ciebie ulica obojetna kurzem jak co dzien. I kazdy dzien chodzi aleja przerazen i kazdy jest jak obcosc wybuchajaca w codziennosc. Jak przechodzien mija przyjazn ktora odwisla od zdarzen. W pociagach pustych od smutku wypatruje: nie dzwieczysz nadchodzaca jak radosc. Odleglej - noce ktorych nie wiem. Czekam: parostatki zielonych dni rzekami wracaja o pokladach wyblaklych jak otchlan bez Ciebie I kazdy pokoj ktory juz gluchnie jak kroki jest pelen slow moich nie powiedzianych rozstrzelanych przez wystrzaly okien i pelen mysli moich nie wybuchlych. Za oknem swiece wypalonych drzew chlodna deszcze zimowe wybuchaja lzami i slysze - muchy roznosza brzeczenie jak moja samotnosc... Krzysztof Kamil Baczynski ? Jestes o tyle spojrzen ode mnie. Jest mi o tyle twych spojrzen samotniej. Ciemniej opada kazdy wieczor bez slow, trudniej slowa rzucone, kwiaty na drodze podniesc. Cztery spojrzenia scian miasto zamyka na smutek, a obce czyny i ludzie ulatuja obok. W ktorym wieczorze jak ten odnajde cisze przechodzaca przez ugor czasu Bogiem i toba? Oto jest znow ulica niedzielna zamknieta w miejski kurz. Obcy flet krokow, gdzie Szopen placze z okien. Tak samo, tak samo, tak samo jak kiedys niebo patrzy oble, jak smutek glebokie. Dni ulatuja w trwoge o ciebie, noc obca gwiazdami zarasta i blada miejska trawa. Wiatr wspomnienia - chmurom oderwana galaz. A przeciez te same gwiazdy co tam kolysza noc nad Warszawa